Czasem ludzie pytają się mnie: skoro nie jesteś religijna, to czemu obchodzisz święta Bożego narodzenia?

A ja na to: nie obchodzę świąt Bożego narodzenia. Ja świętuję powrót światła.

A może to jest jedno i to samo? 

W tym roku w samym środku zimowego przesilenia zima zaskoczyła drogowców. Po szklance, pokrywającej cieniutką warstwą ulice całego miasta, powolutku przesuwały się samochody. Jednak nie przesuwał się po niej żaden autobus. A ja stałam na przystanku, na przesiadce, wracając do domu z coworkingu, w którym aktualnie lubię pracować.

Dopóki grała mi radośnie muzyka, dziarsko poruszałam się po całym przystanku. Ale w końcu bateria telefonu rozładowała się. Żaden autobus jadący do mnie wciąż się nie pojawiał. Ile to już czasu stoję na tym przystanku? Pół godziny? Godzinę? 

Podjechał autobus jadący gdzie indziej. Odczytałam czas przez okno. Zdałam sobie sprawę, że wyszłam z biura dwie godziny temu. Było cicho. Ciemno. I zimno, coraz zimniej.

Jak bardzo jest to prawdopodobne, że nie przyjedzie po kolei osiem autobusów jadących w twoją stronę? 

Po tak długim staniu na mrozie mój umysł nie miał siły szacować prawdopodobieństwa. Myśli ulatywały w nicość tak samo, jak ciepło mojego ciała. Czułam się coraz bardziej zdegradowana do stanu małego szczeniaczka, który czeka z nadzieją, aż ktoś go podniesie z tego kartonu za śmietnikiem i schowa w jakieś ciepłe miejsce.  

W tę najdłuższą i najciemniejszą noc w roku powoli miałam wrażenie, że w coś się zapadam. Gdzieś się osuwam. W którymś momencie przestałam myśleć. Patrzyłam prosto w pustkę.

Pustkę, która miała w sobie wszystkie te momenty, kiedy nie umiałam się sobą zająć, albo kiedy jakoś mimo chęci nie mogłam. Wszystkie te chwile, kiedy trudne nastroje nie pozwalały mi działać. Oraz te, kiedy nieporadna gapcia we mnie nie potrafiła znaleźć oparcia w dorosłej mnie. W ciemności zobaczyłam całe zaniechanie, zaniedbanie i bierność świata. 

Wszystkie momenty, gdy zawiodłam siebie. I gdy świat zawiódł mnie. 

Było to takie uczucie, jakby czas i przestrzeń zostały zawieszone, a pozostała bezlitosna, lodowata przestrzeń kosmiczna, w której zostałam uwięziona tak, jak słonik, którego się najpierw przywiązuje sznurkiem do kołka wbitego w ziemię, i on potem, kiedy jest już duży, nie potrafi się uwolnić, choćby mógł.

Pomóż mi, k***!!! – wykrzykiwały moje nieme myśli gdzieś w tę zimną, daremną pustkę, a zza rogu nadal nic się nie wyłaniało.

W końcu wyszły stamtąd jakieś dwie szczelnie ubrane panie i jedna powiedziała do drugiej:

– Zawsze lepiej przejść się na piechotę ten przystanek czy dwa, kiedy nic nie jedzie. Przynajmniej się ruszasz.

Więcej nie potrzebowałam. Poprawiłam koronę i poszłam pieszo do domu. 

A kiedy szłam i szłam, smagały mnie najzimniejsze wiatry w całym kosmosie. Jakbym utknęła na Syberii i szła na spotkanie z Dziadkiem Mrozem. Nieziemska cząstka mnie przyglądała się temu z mojego nie do końca jeszcze zamarzniętego centrum serca i z niedowierzaniem drapała się po głowie, że taka sytuacja oto miała miejsce. I szłam.

W domu długo gapiłam się przed siebie, ignorując bycie zagadywaną przez moją jedenastoletnią prawie-córkę, zjadłam gorącą zupę, a potem zawinęłam się w potrójną warstwę kocyka i obejrzałam dwa odcinki serialu, które zakończyły się całkowitą porażką i rozpaczą bohaterki. 

A potem dalej długo gapiłam się przed siebie.

Ale nie bałam się i nie byłam załamana. Bo to nie był pierwszy raz, kiedy tak mało litościwie obeszło się ze mną zimowe przesilenie. Z reguły jest to pora, gdy nagminnie chodzę i wpatruję się w czerń. 

Jeszcze kilka lat temu myślałam w takich chwilach, że moje życie wali się w gruzy, że dzieje się coś strasznego, czego nie powinno być. A teraz wiem, że po prostu to jest doświadczenie ciemności. 

W naszym świecie chcielibyśmy pełni, ale sami wybieramy sobie, co w tej pełni ma być, a czego ma nie być. Kiedy okazuje się, że razem z dniem w pakiecie jest noc, to nie jesteśmy już tacy zachwyceni. Momentalnie zaczynamy cierpieć. 

Pomaga pamiętanie, że nawet jeśli otula nas ciemność ze swoim uczuciem chłodu i rozpadu, to światło i tak zawsze tam jest. Ponad dualnością i różnorodnością naszego świata, esencja rzeczywistości, w której zawiera się i światło, i ciemność, i pełnia, i pustka – zawsze tam jest. 

I nic nigdy nie znika na zawsze ani nie zostało ci odebrane, ani nigdy definitywnie się nie kończy. Bo każdy koniec zawsze jest początkiem. A każde przeżycie zawiera w sobie też swoją przeciwwagę, która przyjdzie i zrównoważy nasze doświadczenie, tak jak dobrze przemyślana sekwencja jogi.

U mnie to było następnego dnia po przesileniu, kiedy poczułam ogromną lekkość w sercu. Mój partner dostał nagrodę w pracy. Ja dostałam wielką wenę. Spędziłam dzień w cieple, przytulności i zapachu piekącego się piernika. A moja bohaterka z serialu przekroczyła swoje ograniczenia i w ostatnim odcinku triumfowała swoje zwycięstwo.

To jest właśnie ten czas w roku, kiedy ciemność też chce zostać zobaczona i uhonorowana, bo już za chwilę ponownie nieuchronnie i nieodwołalnie ustępuje miejsca światłu.

To jest czas, kiedy pieczemy te ciasta i stroimy te choinki nie tylko z powodu tradycji, ale żeby jakąś pradawną, niewysłowioną częścią siebie oddać hołd temu światłu, które zawsze powróci, nawet z najciemniejszych krain, kiedy tylko mu zaufamy. 

Tej potężnej sile, która to, co umarło i przeszło rozkład, scala z powrotem, małymi zielonymi kiełkami wypycha na nowo z ziemi i ciągnie w górę, do przygód i blasku, do potęgi i mocy, by za jakiś czas znów się w nią zapadło i zczerniało. Tak genialnie jest pomyślana nasza pulsująca, trójwymiarowa rzeczywistość. 

Widzę Cię, aksamitna ciemności, niechciane doświadczenie, odpychane i znielubiane przez wszystkich. Przygarniam cię, niewygodo, bólu, trudna emocjo i nieprzerobiona sprawo. Wiem, że jesteś i zgadzam się na ciebie. I kocham cię bez zastrzeżeń. Czasem tylko z lekka klnąc pod nosem.

Witam Cię, światło. Trzeba przyznać, że uwodzisz swoją jasnością, dynamicznością, aktywnością. Swoim ciepłem, komfortem i energią. W Tobie jest cała nadzieja i Ty potrafisz rozjaśnić każdą, nawet najbardziej beznadziejną historię. Potrafisz “zniknąć” potwora spod łóżka i otrzeć gile z nosa nawet najbardziej rozmazanemu wewnętrznemu dziecku. Nic dziwnego, że wszyscy cię kochamy, nawet, jeśli nie wszyscy rozumiemy.

Może dlatego to “Boże narodzenie” mają ochotę obchodzić ludzie z przeróżnych kultur, i ci, którym po drodze z tradycjami prastarych religii, i ci, którym w sercu błyszczy ich osobiste, prywatne światło za przewodnika?

W takie dni jak ten nie dostrzegam różnicy. 

Z najserdeczniejszymi życzeniami Światła dla Ciebie i całego świata :)

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *