Zielone Kręgi 2016. Być naprawdę


Tego lata pobiłam swój rekord jeżdżenia na festiwale – Dharma, Goadupa, Źródło, omal nie wylądowałam na Litwie, a do tego jeszcze zahaczyłam o dwie pomniejsze plenerowe imprezki. Wszystko to były wydarzenia z muzyką psychedelic trance, gęste od hipisowskiej atmosfery, z czymkolwiek by nam się ona nie kojarzyła, jednakże nieco przesiąknięte nocnym melanżem i porannym kacem (nawet, jeśli mnie osobiście omijał, gdyż jak się niektórzy z żalem przekonali, ja na takich imprezach piję dwa piwa i chodzę spać o pierwszej, żeby wstać na poranną jogę) :)

Dlatego dla równowagi wybrałam się też na festiwal inny niż wszystkie, czyli taki, na którym melanżu ani masażu trzewi za pomocą basu nie uświadczę – i wiedziałam, że tam będę, gdy tylko zobaczyłam info na fejsie.
zielone kręgi

Zielone Kręgi 2016 – szamański festiwal uzdrawiania

Zawsze na psyfestach wciągają mnie warsztaty i spędzam na nich z roku na rok coraz więcej czasu. Ćwiczę jogę, słucham wykładów, tańczę, śpiewam intuicyjnie i robię różne dziwne rzeczy wraz z innymi ludźmi, którzy nie przyjechali się tam, ujmując rzecz wprost, wyłącznie nawalić. Gdy więc zobaczyłam, że szykuje się taki festiwal, na którym będą SAME warsztaty, a do tego odbędzie się on w duchu szamańsko-mistyczno-uzdrowicielskim, to od razu przepadłam z kretesem.

Wiesz, jak to jest, kiedy dowiadujesz się o jakimś wydarzeniu i już od razu czujesz, że musisz tam być, że to nieprzypadkowo do ciebie przyszło i że ty tam będziesz, nawet jeśli to jest najdziwniejsze wydarzenie na świecie? No, to ja tak właśnie miałam.

Festiwal Zielone Kręgi odbywa się w Kożyczkowie – ja też nie wiedziałam do tej pory, gdzie to jest. A jest na Kaszubach, pośrodku dokładnie niczego. Takie miejsca, gdzie wróble zawracają, a deszcz pada poziomo, idealnie nadają się na różne ośrodki duchowej odnowy i wszelkiego rodzaju rozwojowe warsztatownie. Tam na pewno spotka nas tylko i wyłącznie medytacyjna cisza na łonie natury. Żadni narąbani imprezowicze nie wywrócą się o nasz namiot w środku nocy. A mimo to, chyba nie przesadzę, jak powiem, że chodziłam tam spać później niż na festiwalach muzycznych, bo wieczorami naprawdę się działo i to konkretnie.
zielone kręgi

Dziękuję za:


Zajęcia jogi Kundalini,
będące wyprawą z jednej strony poza strefę komfortu, z drugiej strony – ku naturalnej duchowości, którą każdy ma w sobie. Albowiem w tej odmianie jogi to już nie ma gadania, że to tylko dla gimnastyki fizycznej. Tu się rozchodzi o odkrycie w sobie wszechświata, o zobaczenie go głęboko w oczach drugiej osoby, i są ku temu metody skuteczne i robiące wrażenie. Szczególnie, kiedy mamy do czynienia z nauczycielem, który naprawdę wie, co robi. I choć nieodmiennie moje wrażenie jest takie, że od tej praktyki można dostać pierdolca, to można też doświadczyć czegoś naprawdę godnego uwagi. Jak ja bym chciała, żeby w Łodzi było więcej jogi Kundalini! (W tym samym czasie była też gimnastyka słowiańska i qi gong, jeśli by ktoś chciał spróbować metod pracy z energią z innego kręgu kulturowego.)

IMG_0980

Warsztaty “Uwolnij swoją pieśń” z Aliną Jurczyszyn z Laboratorium Pieśni i zespołu Annutara, w którym to zespole kompletnie i bez reszty się zakochałam. Chyba każdy, kogo znam, chciałby umieć śpiewać, ale jest to w obecnych czasach owiane taką atmosferą artystycznej elitarności, czymś dla wybranych, że niby trzeba mieć nie wiadomo ilu oktawowy głos, wyciągać górne C, być gwiazdą estrady i wszystkich zachwycać – że w praktyce każdy z nas ma głos zablokowany i potrafi wydawać z siebie tylko cichutkie, cienkie piski. Tymczasem jak ta grupa po trzech godzinach wygłupiania się, skakania, ryczenia, kwiczenia i odkrywania swoich głosów, w końcu razem zaśpiewała, to naprawdę kopara mi opadła, tym bardziej, że ja zaśpiewałam razem z nimi. Każdy ma głos, ja też, Ty też, i każdy może się tym swoim głosem cieszyć i sobie z nim robić, co mu się żywnie podoba, i dzięki temu poznawać i wyrażać siebie. A jak się już przełamiesz, i wiesz jak wyciągnąć ten głos gdzieś ze środka brzucha, gdzieś z ziemi, z odmętów twojego JA, to jest to niezwykle uwalniające i przyjemne, a w kilka osób – jeszcze przyjemniejsze. Nic, tylko dalej zgłębiać temat, co z entuzjazmem czynię! I dziękuję mega fajnej pani prowadzącej, że we mnie tę ciekawość rozbudziła.

Koncert wspomnianego zespołu Annutara, który był chyba najbardziej nieziemskim i czarodziejskim koncertem, na jakim byłam. Wyobraź sobie – pierwsza w nocy, ludzie leżący w ciepłych śpiworach na całej przestrzeni Maloki. Na dworze ziąb, ale pośrodku budowli płonie ogień, ludzie są blisko siebie, opatuleni i przykryci, jest ciepło i przytulnie. Jest niesamowita otwartość, jesteśmy wśród przyjaciół, wśród swoich. Sala jest przystrojona światełkami, atmosfera iście odświętna. I w tę noc, w tej atmosferze sennego relaksu daje koncert chyba najlepsza kapela world music, jaką słyszałam. Same nastrojowe kołysanki, spokojne ballady, delikatne dźwięki – a jednak leśne, bagienne, podziemne, plemienne, dotykające tej dzikiej struny w nas, tej najprawdziwszej naszej postaci. Energia nocy, wraz z całym jej spokojem, ale też tajemniczością i aksamitnym mrokiem. Choć znajdowałam się w stanie śpiąco-półpłynnym praktycznie przez cały koncert i słuchałam go głównie z zamkniętymi oczami, to było jedno z TYCH doświadczeń, takich, których ulotne piękno staje się częścią nas, tworzy nas i wędruje później z nami przez życie. Serio, zakochałam się i znów to czuję, kiedy o tym piszę.

zielone kregi

Warsztaty świadomego śnienia, które ponownie po latach przerwy zwróciły moją uwagę na tematykę snów w ogóle, a świadomych snów w szczególności. I chyba specjalnie po to do mnie przyszły, żebym znów zaczęła lepiej zapamiętywać sny, w miarę możliwości je zapisywać, a później oczywiście interpretować. Być może ktoś z was jest ciekaw, jak może wyglądać coś o tak enigmatycznej nazwie – czy tylko mnie początkowo na myśl przyszła grupa ludzi śpiących w śpiworach na podłodze? Te “warsztaty” były raczej wykładem i serią pytań i odpowiedzi, okraszoną ćwiczeniami do wykonania, gdy już będziemy kładli się spać, i bardzo konkretną dawką wiedzy pochodzącą od ludzi, którzy zgłębili temat od podszewki. Były też zaproszeniem do wzięcia udziału w miesięcznych ćwiczeniach, mających na celu przeżywanie takich prawdziwie świadomych snów, jeśli ktoś chciałby się tego nauczyć – bo jest to dostępne dla każdego. Uwielbiam swoje sny, nawet te nieświadome, które również wiele mogą nam powiedzieć o nas samych, jeśli tylko potraktujemy je poważnie.

IMG_1006

Majańską ceremonię ognia, czyli kilkugodzinną podróż w świat swoich marzeń, lęków, pasji, na spotkanie z tym, co chcielibyśmy przywitać, na pożegnanie tego, co pora pożegnać. Było emocjonująco, wzruszająco, pouczająco bardzo. Mądra, doświadczona Indianka wprowadziła nas wszystkich zgromadzonych wokół ognia w tajniki tej ceremonii, jak i ogólnie całej kosmologii Majów, ich rytuałów, ich sposobów na dobre i udane życie. Dwieście osób naraz wydających ciche dźwięki ptaków, kolejno składających ogniowi ofiarę z ziaren sezamu w intencji spełnienia swojego marzenia. Podniosła, ceremonialna atmosfera, w której naprawdę dokonują się przemiany. Jest coś przejmującego w tej indiańskiej duchowości, która choć zupełnie nieznana, jest spójna i przekonująca, ma w sobie mądrość pokoleń, które zapraszają, byśmy z niej czerpali. Ta mądrość nie przeczy mądrości zyskanej dotychczas, a ją uzupełnia; jest piękną drogą ku poznaniu i zrozumieniu świata, na którym żyjemy, naszej pięknej Matki Ziemi, obfitej w bogactwa, których nie znamy i nie zauważamy.

IMG_0992

Niesamowitą, transformującą ceremonię Temazcal, którą szerzej opisałam w tym wpisie. Dalej wspominam to jako mega mocne duchowe doświadczenie, którego efekty czułam jeszcze długo po zakończeniu. Jednocześnie było poprowadzone w bardzo bezpieczny i fachowy sposób, który rozwiał wszelkie moje wątpliwości, mimo iż byłam początkowo pełna obaw (byłoby chyba dziwnym, gdyby było inaczej). Czy warto przeżyć takie coś? Na pewno trzeba czuć się gotowym, no i znaleźć w sobie trochę odwagi, ale to mniej więcej tak, jak ze wszystkim. To, co ma się wydarzyć, to się wydarzy we właściwym dla siebie czasie. Mnie to znalazło w czasie najwłaściwszym z możliwych i w takiej konfiguracji naprawdę gorąco (oj, gorąco) je polecam wszystkim podróżnikom ku samopoznaniu :)

Wszystkie inne warsztaty i ceremonie, również te, w których nie brałam udziału, dlatego, że na niektóre nie byłam gotowa, a na inne nie miałam czasu albo nie pozwolił mi na nie tajemniczy splot wydarzeń, ale brali w nich udział inni i dzięki temu mogli przeżyć w pełni swoją podróż taką, jaka miała być.

IMG_0996

Dziękuję za mega towarzystwo, które miałam bardzo blisko siebie, bo we własnym namiocie, a mianowicie Hai Le, która jest cudowną, totalnie wolną duszą, a przy tym mądrą czarownicą i naprawdę nie wiem, dlaczego wy wszyscy nie śledzicie jeszcze jej bloga. Jak również za pomoc pewnego pana w tworzeniu mojego pierwszego łapacza snów, za towarzystwo dziewczyn na trzykilometrowym spacerze w celu wykąpania się nago w jeziorze przed zmrokiem, w mżawce i na zimnie (tak, no wiem, że nie wszyscy zdobyli się na takie poświęcenie), za cudowną kawę w Turkusowym Domku (potwierdzono, że jest najlepsza w całym kosmosie), za powrotną podróż z Mają i Romkiem przy dźwiękach piosenek z Pana Kleksa i za to, że po powrocie śpiewałam z radości, że spotkał mnie ten cały wyjazd i że mogłam tam być. (Nawet, jeśli prawdą jest, iż było zimno i mokro, a festiwal nie był pozbawiony pomniejszych wad organizacyjnych, o których jednak nie chce mi się wspominać, bo były poprawiane już w trakcie trwania wydarzenia i jestem pewna, że za rok ślad po nich nie pozostanie).

IMG_0995

Dziękuję za atmosferę, którą stworzyliśmy z tymi wszystkimi wspaniałymi ludźmi, za tę swobodę, z którą ja (nieśmiała, zalękniona, hiperwrażliwa i introwertyczna – pragnę przypomnieć!) odnalazłam się w towarzystwie ludzi zupełnie nieznajomych, a jednak w takim luzie i swobodzie, jakbym ich znała od zawsze. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie świat, w którym z każdym nieznajomym możesz sobie po prostu usiąść i porozmawiać na bliskie ci tematy, dotykające sedna twojej egzystencji, nierozmyte przez żadne small talki i zbędne pustosłowie? A jednocześnie nie ma obowiązku bycia górnolotnym i masz tam również kupę śmiechu i zabawy, bo każdy nie wiadomo skąd i jak rozumie, że życie to nie jest poważna sprawa, że jesteśmy wszyscy częścią tej samej całości, mimo że każdy w innym punkcie swojej odrębnej i wyjątkowej drogi.

Za tę bezpieczną przestrzeń, w której mogliśmy być sobą, zupełnie autentycznie i szczerze, i w której można było choć przez chwilę nie osądzać i nie być osądzanym, odpuścić sobie analizowanie, martwienie się, te wszystkie lęki i iluzje, w których się tak chętnie nurzamy w naszej codzienności, i po prostu pobyć, posiedzieć, posłuchać, pogadać – prosto z serca, z głębi duszy. Znalazło się miejsce dla każdego – i bardziej, i mniej ekscentrycznych, i bardziej i mniej zwyczajnych. W tak swobodnym klimacie po prostu łatwiej było się otworzyć do tych wszystkich ludzi i powiedzieć: to ja, jestem taki, a to jest moja prawda. Jestem zachwycona tym całym dobrem, które mnie tam spotkało, i tym, że w ogóle DA SIĘ. Da się bez alkoholu, bez robienia na siłę, bez sztucznego tworzenia pozorów. I choć oczywiście nie jest tak, że ja wszystkich tam pokochałam, bo zawsze do jednych żywimy sympatię większą, a do drugich mniejszą, ktoś ma poglądy odmienne od naszych lub nadaje na innej fali, a czasem od samego początku zwyczajnie nas wkurwia – ale hej. Każdy ma prawo przeżywać życie po swojemu, bo życie właśnie po to jest.

Miło było znaleźć się w gronie ludzi, którzy tak zwyczajnie to rozumieją.

I do zobaczenia za rok :)

A może zobaczę się tam z kimś z Was?

Previous Kochaj życie! Koniec lata w moim obiektywie
Next Joga w domu - skąd brać pomysły?