Ostatnim razem, gdy miałam okazję siedzieć w pubie z rodzicami, mój Tata kochany zapytał mnie o muzykę, która właśnie monotonnie plumkała w tle – a były to jakieś deep housy. Niewiele wydukałam w odpowiedzi, gdyż w deep housach nigdy się nie zasłuchiwałam. Jednocześnie w tamtym momencie dotarło do mnie, jak wiele czasu poświęciłam na muzyczne odkrycia, jak wielkie dawki rozmaitych dźwięków przyjęły moje uszy. Jak ważna jest dla mnie muzyka.

Czym jest muzyka elektroniczna?
Jest połączeniem żywej ludzkiej energii i bezdusznej cyfrowej technologii. Jest ciągłym poszukiwaniem nowych brzmień, zapętlaniem dźwięków i układaniem ich, jak komu w duszy gra – to w eksperymentalne trzaski, to w kosmiczną symfonię, to w dyskotekowy szlagier. A mówiąc po ludzku to po prostu muzyka, która została stworzona z pomocą komputera czy innego elektronicznego urządzenia.

Istnieje pierdyliard gatunków, w które nawet nie będę się zagłębiać, gdyż to nazewnictwo przerasta nawet samych jego twórców. Zaczęło się od tego, że był house, trance i techno, i koniec. Obecna różnorodność jest zdumiewająca. Oczywiście część z tych gatunków doprowadza mnie do rozpaczy. Was pewnie też, bo to akurat te, które są na największym topie. (Pop to obecnie też głównie muzyka elektroniczna. Tak zwana wiksa i umc umc też się w to łapią.) Jednak tutaj też sprawdza się zasada, że to co najcenniejsze, jest na pierwszy rzut oka ukryte i że odrobina poszukiwań może doprowadzić do odnalezienia garnka złota na końcu tęczy.

Ponieważ nastolatką to ja już nie jestem, najbliższa memu sercu jest muzyka z lat dziewięćdziesiątych i tak zwanych zerowych. Wtedy miałam najwięcej czasu, który mogłam poświęcić na odkrywanie jej tajemnic. Teraz też jest dużo świetnej muzy, tyle, że ja nie mam kiedy do niej dotrzeć, a cała kultura klubowa, której byłam częścią, trochę się postarzała, wybudowała domy, posadziła drzewa i pozwoliła przejąć stery młodszemu pokoleniu. Dlatego większość numerów, które za chwilę będziecie mogli usłyszeć, pochodzi właśnie z ubiegłych dwóch dekad.

Zapraszam Cię do długiej, bo ponad godzinnej podróży przez moje dźwięki. Niech to będzie tło do Twojego wieczornego relaksu albo weekendowego szaleństwa. Wybierz z długiej listy, co chcesz. Albo słuchaj po kolei.
Gotowi? Zaczynamy.

Za co kocham tę muzykę?

Za odkrywanie nieznanych lądów, łamanie konwenansów i odwagę w poszukiwaniu inspiracji,

Za trafianie dokładnie w tę szczelinkę w mózgu, której drażnienie doprowadza do szaleństwa, i kręcenie tam zardzewiałym śrubokrętem, aż nie ucieknę albo… to polubię,

Za możliwości ograniczone tylko ludzką wyobraźnią, takie jak na przykład zrobienie całego kawałka z zapętlonego beatboxu,

Za bryzgającą energię, za pierwotny radosny trans, za perfekcyjne kompozycje, które przetrwały już prawie dwadzieścia lat i przetrwają drugie tyle, bo są tak dobre,

Za wszystkie nieoczywiste melodie, które rozwijają się przez cały numer i prędzej czy później rozkwitają, zupełnie jak uśmiech na mojej twarzy na widok wschodu słońca na plenerowej transowej imprezie.

Za brak melodii, a w zamian bezkompromisowe i ostateczne zrycie mózgu i odstrzelenie łba,

Za mechaniczną monotonię, przy której można zatracić się w plemiennym grupowym tańcu,

Za mrok, niepokój i energię, który nie pozwala zasnąć,

Za przywracanie spokoju ducha i powrót do bezpiecznego źródła,

Za boską samotność wśród precyzyjnie ułożonych cyfrowych dźwięków, jak astronauta w przestrzeni kosmicznej, tyle, że ten kosmos jest w głowie,

Za wszystkie wściekłe noce na parkiecie pośród rejwowych dzieciaków,

Za nieprzewidywalny i nieubłagany rozwój w wielu kierunkach, za to że robi się coraz dziwniejsza i ani na moment nie przestaje zaskakiwać,

Za bycie zupełnie normalną i miłą dla ucha muzyką,

Za żywość i ciepło, i serce,

Za to, że potrafi w jednej chwili być tak hałaśliwa, szorstka i alarmująca,

A za chwilę tak uspokajająca, gładka i hipnotyczna.

Uff, mogłabym tak przez resztę dnia i pół nocy. W zamierzchłej przeszłości zdarzało mi się prowadzić audycje w różnych amatorskich radiach internetowych. Zawsze miałam co puszczać :)

Zdaję sobie doskonale sprawę, że ta muza jest pełna kontrastów i nie dziwię Ci się, jeśli nie udało Ci się przebrnąć przez wszystko. Nawet największy miłośnik tej muzy nie słucha wszystkich gatunków – ja też wkleiłam tu zaledwie parę z nich. Ta kultura to ogromny tygiel, w którym mieści się i hippisujący transiarz w kolorowych szarawarach, i ubrany na czarno fan undergroundowego techno, i acidpunk w bojówkach ubrudzonych błotem spod głośnika, i housowa laska w mini i szpilach.

A Tobie co najbardziej przypadło do gustu?

Wstawiajcie też swoje ulubione kawałki, dowolne, jakie chcecie. Czego słuchacie? Niech i ja coś nowego usłyszę.

3 Comments

  1. Avatar
    April 5, 2015
    Reply

    :-) Trochę tego za duzo jak na jeden wpis, pewnie 5 by starczylo, a reszte partiami. Wynioslem (juz realizowaną) chęć zapoznania się z DubFX

    Zdziwienia:

    1. To ktos w ogole zna Koop? :-)
    2. Jak jechalas przez goa/psy, to gdzie jest Juno Reactor ja sie pytam?!?

    Zapytania: a słyszałaś Infected Mushroom? :-)

    A Halycon+on+on… heh… od kiedy uslyszalem pierwszy raz z trzeszczacej kasety z soundtrackiem filmu Mortal Kombat… nie mam chyba innego utworu ktory (a jeszcze z tym “teledyskiem”) bylby w stanie lepiej mnie wychillowac i pozytywnie nastawic do swiata :-)

    Czuj duch, idę jeść jajka!

    • Avatar
      April 6, 2015
      Reply

      Też się zastanawiam co ten wpis tak urósł. Wyrwał się na światło dzienne prosto z serca zanim głowa zdążyła go skrócić. Choć są też pewne powody. Postanowiłam dowalić raz, a dobrze, żeby zainteresowani mieli ucztę, a pozostali nie musieli czytać dziesięciu wpisów o kociej muzyce. Wiem, że tak się nie pisze bloga. Ale to prawie jak kompromis między być i mieć;) Poćwiczę streszczanie się od następnego razu:p

      Infected kiedyś lubiłam, ale mi trochę przeszło. Juno mogłoby być na mojej liście, no ale.. się nie zmieściło:) nie zmieściło się też np. Bonobo, Thievery corporation i inne triphopowo-downtempowe klimaty które reprezentuje Koop.
      Orbital cały jest czilujący (czego nie da się powiedzieć o reszcie soundtracku z Mortala. Pamiętam tę kasetkę!) Halcyon to jeden z największch klasyków ever. Btw. a znasz kawałek Opus III – It’s a fine day? Poznajesz te wokale?;)

      Ogółem fajnie spotkać kogoś kto czai bazę,

      Mokrego dyngusa itd :]

      • Avatar
        April 6, 2015
        Reply

        :D Zajrzę na te kolejne tytuły później, a teraz wracam pisać ciąg dalszy posta, który pójdzie w czwartek, słuchając tymczasem innego mojego uber-chill klasyka Chicane – Red Skies.

        p.s. z kasety Mortal Kombat zdecydowanie daje radę (nadal!) Psykosonic – Unlearn i Control, nomen omen, Juno Reactora :D

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *