Wolne Miasto Christiania – raj czy patologia?


Tytułem wstępu wspomnę dla niezorientowanych, czym jest Christiania. Wbrew swej nazwie nie jest osobnym miastem, lecz wydzielonym rejonem Kopenhagi, rządzącym się własnymi, bardzo liberalnymi prawami. Jest zatem słynne przyzwolenie na palenie marihuany, z którego Christiania jest szeroko znana, bardzo niemile widziane jest za to używanie twardych narkotyków, bieganie i robienie zdjęć, aczkolwiek z tymi zdjęciami okazało się na koniec, że dotyczy to głównie rejonów handlowych, ze zrozumiałych przyczyn.

Christiania ma też swoją flagę – taką, jak na załączonym tytułowym zdjęciu, czyli żółte kropki na czerwonym tle.

Wszystkie skupiska hippisów, które dotąd oglądałam, miały pewne cechy wspólne – były trochę przybrudzone, odrobinę chaotyczne i bardzo kolorowe. Nie inaczej było i tym razem. Przekraczając bramę Christianii, prosto z krainy nienagannego ładu i porządku, jakim jest Dania, trafiliśmy do krainy odrapanych budynków pokrytych graffiti i wieloma warstwami imprezowych plakatów. O dziwo, więcej niż młodzieży napotkaliśmy tam osób w wieku 40+, noszących się z fantazją. Otaczały nas długowłose siwe hippiski, kolorowo ubrane dzieci w różnym wieku i biegające luzem psy (głównie suczki). Klimat tego miejsca okazał się dość typowy dla wszelkiego rodzaju offowych zagłębi alternatywy, czyli może niekoniecznie czysto, ale za to z pewnością swobodnie.

Jednym z pierwszych miejsc, które ukazują się oczom nowo przybyłych, jest wielki plac, na którym kobiety handlują ciuchami w indyjskim klimacie i etniczną biżuterią, a mężczyźni – szerokim asortymentem akcesoriów do palenia, wszystkich tych bongosów, bletek, fajeczek i młynków. Połowa z logiem Christianii. Wokół kręci się pełno turystów, którzy przyszli sobie tych hippisów obejrzeć i przy okazji kupić jakąś pamiątkę. Cała ta idealistyczna komuna wydaje się poniekąd źródłem utrzymania dla tych ludzi, a oni sami są jakimś rodzajem atrakcji turystycznej, co uświadomiłam sobie z mieszanymi uczuciami. Samym mieszkańcom jakoś szczególnie to chyba nie przeszkadza, prowadzą swoje interesy, bary, kawiarnie, kioski z magnesikami na lodówkę i sklepy z ręcznie kutymi artystycznymi przedmiotami z metalu, a przy okazji mogą sobie być alternatywni i mieć osobiście w nosie świat wielkich korporacji i niepohamowanej konsumpcji.

Bez trudu odnaleźliśmy też najbardziej kontrowersyjną część dzielnicy, czyli miejsce, w którym można kupić zioło. Jak się okazało, nie trzeba było nawet szukać stojących na rogu i szepczących handlarzy, bo wszystko co potrzebne wyłożone było otwarcie na stolikach, a jedynym czym się to różniło od widzianych przed chwilą stoisk z szarawarami, był fakt, że sprzedawcy mieli na głowach kominiarki, a ich stoiska otoczone były siatką maskującą, żeby nie było widać, co w głębi się wyprawia (na pewno duńska mafia zabijała tam akurat jakiegoś przesłuchiwanego szpiega z krainy Deszczowców). Choć sprzedawcy byli dużo bardziej spięci niż w Holandii, to ceny i asortyment były zbliżone do tych, które widziałam w Amsterdamie. Sądząc po liczbie ludzi palących w okolicy skręty, popyt również jest porównywalny ;)

Ponieważ bardzo nam się w tej całej Christianii podobało, nie zakończyliśmy na tym naszego zwiedzania, tylko chodziliśmy dalej, aż nie doszliśmy do rejonu, w którym było mniej turystycznie, a bardziej mieszkalnie, a królowały tam drewniane domki, krzesła ogrodowe i sadzonki warzyw, coś jak weekend u wujka na działce. Znaleźliśmy też malowniczy pagórek, na którym przy muzyce gromadziła się duńska młodzież, a także rejon gastro, gdzie oszamałam tortillę z falafelem i napiłam się piwa marki Christiania. (Piwo w Danii ogólnie dobre, tyle, że delikatne i prawie bez gazu.) Zdjęć z grzeczności nie robiliśmy, dlatego moje krasomówcze opisy muszą Wam wystarczyć.

Cała okolica jest do obejścia w jakąś godzinkę-dwie i nie powala wielkością. Nie zmienia to faktu, że dzięki wyjątkowej atmosferze stała się naszym ulubionym miejscem w Kopenhadze i przyjechaliśmy do niej jeszcze dwa razy podczas naszej podróży. W tym raz w sobotni wieczór. Okazało się, że Christiania raczej nie jest imprezownią. Kilka lokali na krzyż i do tego wjazd płatny. Tłumów brak. Może siedzą w undergroundzie, do którego byle turystka nie ma dostępu, a może po prostu nie są szalonymi imprezowiczami. W końcu po paleniu to raczej chillout niż szaleństwo – i tak tam właśnie było.

Czy takie otwarte przyzwolenie na palenie trawki to w końcu jest dobre, czy złe? Przede wszystkim to sprawia, że robi się… normalnie. Po prostu jest po ludzku. Tak, jak ktoś mający chrapkę na piwo nie musi iść po nie do żula Mietka na melinę, tak nie musi też kitrać się niczym poszukiwany kryminalista, gdy ma ochotę coś tam sobie zapalić. Nam to się od razu wydaje, że to mega niebezpieczne i ryzykowne, bo mamy od dziecka wpychane do głowy, że tak być nie może, że to brud i margines, że wstyd i hańba. Znam osoby, które jak zapalą zioło, to mają zaraz wyrzuty sumienia, że oto stoją na krawędzi i boją się, że zaraz ni stąd, ni zowąd, bez jakiegokolwiek sensu i logiki rzucą się w przepaść i zaczną wstrzykiwać sobie heroinę. A co, jeśli cała przestępczo-występna otoczka wokół trawki nie jest spowodowana trawką samą w sobie, tylko jej nielegalnością, stygmatyzacją i właśnie taką mylącą propagandą? Spójrzmy na państwa, które zdecydowały się na depenalizację czy choćby częściową legalizację marihuany. W cudowny sposób spada w nich poziom przestępczości, jest coraz mniej osób uzależnionych od twardych narkotyków, zmniejsza się alkoholizm, maleje liczba bijatyk na ulicach, a później w ogóle wychodzi tęcza i wszyscy wybiegają na ulicę trzymając się za ręce. Zakazany owoc zawsze najbardziej kusi, a to, co wypieramy i negujemy, najbardziej zajmuje naszą uwagę. Taki łatwy mamy dziś dostęp do wiedzy, dlaczego wciąż tego nie możemy zrozumieć?

Christiania wbrew opowieściom, o których czytałam w necie, okazała się nie być żadną sztucznie stworzoną, przesłodzoną krainą pokoju i miłości, choć pewnie to ta opinia zapewnia jej taką popularność wśród turystów. Wbrew pozorom nie jest to też miejsce przesiąknięte obrzydliwym syfem i degeneracją. Christiania przywodzi mi raczej na myśl sposób, w jaki pędy roślin wgryzając się w beton przywracają miejsca przetworzone przez cywilizację do życia, oddając je naturze. Tak właśnie mieszkańcy Wolnego Miasta transformują swoje otoczenie, choćby to było dalekie od typowego poczucia estetyki człowieka Zachodu. Jest tam miejsce na chaos, ale chaos jest potrzebny, by mogło coś z niego powstać. Przede wszystkim zaś jest tam przestrzeń, żeby móc odetchnąć od narzuconych zasad i przymusu. Można sobie pozwolić na pełen luz i robić, co się chce – a okazuje się, że człowiek mając wolność wyboru wcale nie chce gwałcić i rabować, tylko po prostu żyć sobie i się tym życiem cieszyć.

Choć gdybym wierzyła temu, co mówiły mi różne niedouczone, blade, smutne panie na pogadankach w podstawówce, to całe to wrażenie jest tylko moją iluzją, bo powinnam chcieć raczej bogactwa, komfortu i bezpieczeństwa, a ideały typu “niech żyje wolność i swoboda” pozostawić miłośnikom disco polo, ewentualnie mętom społecznym, którzy z brudnymi stopami siedzą na trawie i rolują te swoje obślinione skręty. Wzięliby się zamiast tego do porządnej roboty, mogliby w końcu kupić sobie telewizor i stać się normalnymi, łatwymi do kontrolowania i do oszukiwania obywatelami naszego świata.

I taka właśnie jest Christiania, moi drodzy państwo.

Previous Jak odbiła mi szajba w Tivoli
Next Czego nauczyłam się od "Najgorszego człowieka na świecie"?
  • Legalizacja – tak
    Christianiopodobnie miejsca – nie, po prostu moje poukladane i pedantycznie “JA” jest odrzucane przez taki…. hmm… śmierdzący chaos i podobnych hippisów. Przekonałem się już o tym w San Francisco: http://lepszawersjasiebie.pl/2013/10/pozegnianie-z-san-francisco-bezdomni-hipisi-spacery-i-dzielnica-haight-ashbury/

    • Śmierdząco to tam nie było, ale wiem o co chodzi, Ty mi na hippisa nie wyglądasz:)

  • Pięknie napisałaś o zakazanym owocu – zgadzam się w 100%. Z ciekawości chętnie zajrzałabym do takiej christianii, choć faktycznie to takie trochę dziwne, że są atrakcją turystyczną. Myślę że to miło z Waszej strony, że powstrzymaliście się od robienia zdjęć. :)

  • Ale ze względu na to, że zakazany owoc najlepiej smakuje to jakby zalegalizowano marihuanę to właśnie ludzie mogliby sięgać więcej po coś innego, bo nielegalne. Szczególnie w Polsce ;) Zawsze byłaby jakaś alternatywa kupienia na lewo czegoś mocniejszego czy podrasowanego, zakazanego.

    • Teoretycznie to prawda że ludzie mogliby znaleźć sobie inny zakazany owoc, ale praktyka pokazuje, że w państwach o liberalnym podejściu do gandy praktycznie dilerzy nie mają rynku na twarde dragi. Raczej właśnie teraz jest tak, że jak chłopaczek z osiedla idzie do dila po palenie to przy okazji jeszcze kupuje prochy. Zresztą są różne sposoby żeby zupełnie usunąć pokusę, np w Czechach zdepenalizowali wszystko, łącznie z heroiną. Na to Polacy może faktycznie nie są gotowi, ale na pewno fajnie by było, żeby np. mojemu dziecku za ileś lat nie groziło pójście do więzienia za bycie złapaną z jointem.