Witaj sklepie, czyli jak otworzyć firmę w rytmie slow!


Teraz to już na pewno skończyło się bumelowanie. Założyłam firmę. Otwieram sklep internetowy. Słoneczny. Slow life’owy.

Będą, a nawet już są: ciuchy do jogi (piękne legginsy!), książki o szczęśliwym życiu, biżuteria orientalna i ręcznie robiona, pachnąca lasem i kadzidłami. Zdrowo, uważnie i blisko natury.

Od dawna chciałam robić coś takiego – i teraz patrzę, jak moje marzenie spełnia się, a raczej jak sama je sobie spełniam, i wciąż nie mogę się ani nacieszyć, ani nadziwić, że to JUŻ, że to naprawdę się dzieje!

Już niedługo zaproszę Was do słonecznego sklepu i wszystko opowiem – to znaczy, jak już trochę opadnie ten szalony wir, co się wokół mnie wzniecił. I kiedy uda mi się te wszystkie fruwające w powietrzu kawałki układanki połapać, zebrać i poukładać na swoich miejscach. A jeszcze trochę ich tu wiruje.

Jedno jest pewne – robienie rzeczy “we własnym tempie” niejedno ma oblicze. I to, że w ogóle w “slow life” występuje słowo “slow” jest trochę podejrzane w mojej obecnej sytuacji, gdzie wyskakuję z łóżka o 7:30 i zamiast celebrować w nieskończoność śniadanie, ochoczo wgryzam się jednym zębem w bułkę, a drugim – w tematykę hurtowni, marketingu, fotografii, opakowań, faktur i integracji z allegro, a to wszystko tylko na przystawkę.

Cały dzień mija na wgryzaniu się, gdzieś w międzyczasie jest obiad (czasem trzeba mnie nakarmić, podczas gdy ja w malignie cały czas bredzę o firmie) a później się kładę i jest dwudziesta druga, a ja mam budyń zamiast mózgu i szaloną satysfakcję.

Czy obowiązkowy codzienny spacer po leśnych ścieżkach (czasem wieczorny, po zmroku, w dzikości wśród nieznanych dźwięków i kształtów, ryzykując, że pożrą mnie wilki) liczy się jako bycie slow i życie w zgodzie z naturą?

Czy fakt, że ostatnio po zrobieniu trzystu zdjęć produktów stwierdziłam, że jestem już wystarczająco zmęczona, by podpierać się nosem, że dziś już robić nic nie zamierzam i idę się napić piwa, liczy się jako życie w zgodzie z intuicją i słuchanie własnych potrzeb?

Work-life balance chwilowo nie istnieje, ale radość z tego, co się dzieje i co przede mną jest nie do opisania – czyli chyba łapie się pod “rób to, co cię uszczęśliwia, a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu”, choć nie nadmienili tam, że nie oznacza to, że “ani jednego dnia nie będziesz zmęczony”.

Pozdrawiam Was z krainy najprzyjemniejszego z możliwych zmęczeń!

Previous Dlaczego inteligentni ludzie tak często nie są szczęśliwi?
Next Rzeczy nie są takie, jakie się wydają. O krokodylu z Czarnobyla
  • Anka

    Powodzenia! Czekam niecierpliwie :-)
    No i dużo sił i radości na tej nowej ścieżce!

  • Laura Sielskie Zycie

    Powodzenia :) i mniej chwil zmęczenia życzę, oszczędzaj się ;)

  • och wow, nie mozemy sie doczekac premiery!!! :)) trzymamy kciuki i wysylamy mnostwo energii!

    • Dzięki! :) ja nie mogę się doczekać, kiedy będę znów regularnie publikować na blogu :p