Weekend z szantami w tle


Co można zrobić ze sobą w jeden z ostatnich weekendów lata? Na przykład wsiąść w furkę i pojechać do Bronisławowa nad Zalewem Sulejowskim. A co takiego tam się dzieje? Nic. I właśnie o to kaman.

Bo ile można spędzać intensywnych, imprezowych weekendów? Każdy, powiecie. Przez ile lat? Dziesięć? Piętnaście? Aż pewnego dnia człowiek wspomina, że za dzieciaka pływało się z tatą na łódce, grało na gitarze, wieczorem piekło kiełbaski na ognisku i niepotrzebny był absolutnie żaden melanż, żadne chlanie i jaranie, by się zachwycać. Wręcz mam wrażenie, że to całe nieopanowane imprezowanie wyłącza zachwyt, zmienia człowieka w zombiaka, niezdolnego cieszyć się całą gamą cudów, które ma przed nosem, chyba, że się wypije połówkę i spali piątkę, wtedy to można się cieszyć, ale wtedy się już nic nie kuma.IMG_1507-2Takie właśnie refleksje towarzyszyły mi, gdy przyjechaliśmy nad zalew. Ogromny teren do żeglowania, buszowania po lasach i dzikich plażach. Uwierzycie, że byłam tam pierwszy raz w życiu, chociaż miejscówka jest niecałe 100 km od Łodzi? Są ludzie z dziećmi, weseli młodzi żeglarze na nowoczesnych łodziach i są stare wiarusy, wilki morskie czy może rzeczne z siwymi brodami, z fajkami w zębach, pływające na katamaranach i drewnianych omegach. Każdy spędza swoje życie jak lubi i widok każdego dziadka korzystającego z życia budzi moją sympatię.IMG_1567Wybraliśmy Ośrodek Wypoczynkowy “Wodnik”, między innymi dlatego, że bookowaliśmy ten wyjazd na spontanie i niewielki mieliśmy już wtedy wybór. Nigdy nie wiadomo, co będzie nas czekało w tak zwanym standardzie turystycznym. Czasem mogą to być nieremontowane od dwudziestu lat zapleśniałe domki z dykty i personel pracujący za karę. Tutaj nic z tych rzeczy. Dostaliśmy ładny pokój w pawilonie (takim jakby parterowym ośrodku, każdy pokój z wyjściem od razu na dwór). Był telewizor, radio, sprawna lodówka świetna do schładzania napojów, czajnik bezprzewodowy, przyjemne oświetlenie, nowa pościel, nowe koce i ręczniki, nowe okna i drzwi. No, łazienka do remontu, ale nie korzystaliśmy z niej za wiele. Z tego, co widzieliśmy, wszystkie domki są ładne i zadbane, a te holenderskie wręcz zachęcają, by przyjechać do nich następnym razem. Obsługa też w porząsiu, wymienili nam nawet pokój na inny tylko z powodu naszego kaprysu, że nie chcemy mieszkać obok dwójki emerytów, woleliśmy obok rodzin z dziećmi, które pomysłowo wszystkie zostały zakwaterowane po drugiej stronie pawilonu. Wszędzie są ławy, stoły i wydzielone miejsca by rozstawić grilla, w pobliżu ośrodka są też ze cztery smażalnie z szerokim wyborem ryb, z których wiele chyba nawet nigdy nie próbowałam. Ceny tych rybek trochę wysokie, jeśli miałabym się czegoś czepić. IMG_1506Z pewnością wielce znaną i szanowaną postacią w okolicy musi być niejaki Łysy, bo wszystko do niego tam należało, od Baru u Łysego, przez Camping u Łysego, aż do Portu u Łysego. Nie zdziwiłabym się, gdyby ten ośrodek też wcześniej był jakimś “Ośrodkiem u Łysego” :] Przystań U Łysego powitała nas szeroką ofertą atrakcji pływających, z których wybraliśmy rower wodny. Ze wszystkich kajaków i innych wiosłówek rowery biorę najczęściej, bo są wygodne i łatwe, chociaż trochę marzy mi się wypożyczenie małego jachcika, spanie w kajucie codziennie w innym porcie, tylko kto by te żagle ogarniał, bo chyba nie ja:]IMG_1534Na zalewie spłynął na mnie boski spokój po kilku trochę nerwowych poprzednich dniach. Po prostu być, popijać sobie czekoladowego Magnusa i dryfować sobie pośród łódek i łódeczek, mając w perspektywie pysznego grilla (w miłym towarzystwie!) i długi letni wieczór.IMG_1564A wieczorem, gdy kryliśmy się w szuwarach, czy może raczej na małej plaży ukrytej w leśnych chaszczach, których tam pełno jak to na rzece, uszu naszych dobiegały dźwięki strojenia poszczególnych instrumentów i prób mikrofonu dochodzące z pobliskiego baru… A później nagle popłynęły takie kawałki, że aż spojrzeliśmy po sobie, łodafak? Jakie zajebiste SZANTY! :D

Oczywiście zaraz udaliśmy się do tamtego baru. Zespół nazywał się Wyciągnięci z Mesy. Już sobie ich sprawdziłam w internecie i na youtube i oczywiście nagrania bledną wobec rzeczywistości. Repertuar wahał się od typowych szantów do typowych kawałków rozrywkowo-biesiadnych dla naprutych ludzi, ale wszystko profeska i zagrane z jajem. Pary kręciły się po parkiecie jak frygi, trafiła się też jakaś grupka rozdokazywanej młodzieży. Ani się obejrzałam, jak robiłam pociąg z jakimiś wczasowiczami. Wiem, że szanty są zupełnie niemodne i w ogóle ich lubienie świadczy o konieczności szybkiej wyprowadzki do domu starców, ale w taki żeglarski wieczór chyba nie mogło nas spotkać nic lepszego. A jeszcze nie były to takie zwykłe szanty, ale towarzyszyły im jeszcze irlandzkie skrzypki, gitarzysta basowy też dawał radę po całości, rytmy były bardzo taneczne, a zespół wyglądał jak metale na wakacjach. To znaczy nie znam się i możliwe, że tak właśnie wyglądają współczesne szanty dwudziestego pierwszego wieku. Moje dotychczasowe ich wyobrażenie pochodzi z Kubryku z ’80któregoś, gdzie poszłam z rodzicami i zasnęłam, ale bardzo mi się podobało:D

Polecam Bronisławów, my na pewno wrócimy. Jeszcze dodam, że nie trzeba tam bookować noclegu, a całość jest naprawdę blisko Łodzi i łatwo dojechać (zjazd z drogi nr 1 w Kruszowie i dalej przez wiochy na Wolbórz i po drogowskazie na hotel Molo). Świetnie się nadaje na zamknięcie sezonu grillowego. Peace!

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *