Tygodnik: zwalniamy tempo


Jesień uderzyła z pełną mocą. Cały ubiegły tydzień nic nie było widać za oknem, ale w dzisiejszym oślepiającym słońcu listopad ujawnił się w pełnej krasie, w swoim zimnym i nieprzyjaznym pięknie. Nie ma wątpliwości – po letniej eksplozji życia nie pozostał nawet ślad. Przyszedł czas wycofania, snu, bezruchu i ciemności. Oczywiście my, cywilizowani ludzie sukcesu, nie zwracamy uwagi na takie przestarzałe i niemodne rzeczy jak pory roku… jesień i zimę i tak już niedługo mają wycofać, bo wiosna i lato lepiej się sprzedają, a my przez cały rok nie zwalniamy tempa i ochoczo zapieprzamy jak króliczki Duracella.

Nie ja, moi drodzy! Korzystając z okazji, gdy Wojna ponownie udał się w trasę, by w trudzie i znoju zapewniać byt rodzinie, ja zostałam doglądać ogniska domowego i zrobiłam sobie dwa dni takiej sielanki, że nic, tylko mi pozazdrościć. Książki, muzyka, filmy, ciepły kocyk i pełna lodówka. Wspaniały relaks w ochronnej atmosferze. Róbmy sobie takie dni, kiedy tylko możemy. A możemy często, tylko o tym nie wiemy, bo nam się wydaje, że na relaks zasługujemy dopiero wtedy, kiedy wszystko zrobimy.

Moje teksty na blogu też były relaksujące:
Koszulki tie-dye, czyli jaką możemy sobie zapewnić kreatywną rozrywkę,
Rosyjskie kosmetyki naturalne, czyli jakimi specyfikami możemy rozpieścić nasze ciała,
“Obywatel”, czyli na co możemy iść do kina, chociaż niekoniecznie, a czemu, to przeczytaj sam.

Ostatnio zaś przyszła refleksja, że po nawet najdłuższym dniu kiedyś przychodzi pora na noc, i że te ciemności nie tylko roślinom dają znak, że pora odpocząć. Jedyne, na co mam obecnie ochotę, to położyć się z książką, zanurzyć się w lekturze – i przeleżeć tak do wiosny. Albo chociaż do zimowego przesilenia. Bo na nic innego nie mam siły ani ochoty, a dzisiejszy poniedziałek przygniótł mnie niczym odważnik z napisem “10 ton” w kreskówce ze Strusiem Pędziwiatrem.

Cóż, taki czas. Choć kusi mnie, by przedstawiać tu wyłącznie swoją roześmianą, radosną stronę, to jednak wprowadzałabym w błąd moich zacnych Czytelników, którzy mogliby przypuszczać, że kiedy pójdą na przykład ścieżką jogi, to już całe życie będą tylko się cieszyć i dobrze bawić. Z całym tym rozwojem i świadomym życiem nie chodzi o to, że trudne emocje znikają i od tej pory jest zawsze don’t worry, be happy, jak w amerykańskim sitcomie. Przeciwnie, one nareszcie mają szansę się pojawić; uczymy się je dostrzegać i rozumieć, o co w nich chodzi. Jesień to nie tylko opadające liście drzew; jesteśmy dziećmi natury i również podlegamy jej prawom, i podobnie jak byłoby głupie nie akceptować tego, że na dworze jest jesień i będzie zima, tak i chłód, i melancholię w sercu trzeba zaakceptować, a nawet można się z nimi zaprzyjaźnić i napić herbaty, bo to nic innego jak my sami. Wiosna wróci! W swoim czasie.

Po całym tygodniu pełnym przyjemnych i lekkich tekstów mam ochotę pokazać Wam, jakie inne myśli kłębią mi się po głowie. Może będzie coś o jodze, może o kobiecości… A jutro o tym, co zrobić, kiedy robi się naprawdę dołująco. (Bo kiedy jest średnio dołująco, to kostka gorzkiej czekolady powinna załatwić sprawę.) Do zobaczenia :)

2 Comments

  1. Avatar
    November 26, 2014
    Reply

    Z drugiej strony gdy nie mamy akurat możliwości zwolnić tempa pozytyw z tego taki, że nie doskwiera nam depresja jesienna, bo nie mamy czasu się nad tym zastanawiać ;) Mi tak śmignął właśnie ten okres i odpoczynek przypadnie akurat na miły czas świąteczny i początek zimy, a wtedy nastroje jakoś zawsze są lepsze :)

    • Avatar
      November 26, 2014
      Reply

      Ważne żeby w ogóle zdążyć odpocząć, bo co to za życie, które śmiga tak że go nie widać:]

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *