Tygodnik: witaj, listopadzie


Wczoraj kupiliśmy sobie stół do kuchni. Teraz będę mogła dumnie zdawać Wam zza niego poranne poniedziałkowe sprawozdania z całego tygodnia. Remont kuchni skończył się kilka miesięcy temu, ale wciąż po kawałku się urządzamy. Mam wrażenie, że jak tylko uda nam się to zrobić, będzie już pora, żeby znów zaczynać jakiś nowy remont. Ale ma to plusy. Można cieszyć się każdym nowym zakupem osobno, co daje łącznie dłuższy okres cieszenia się. Po prostu niekończąca się radość z nowego wystroju wnętrz. Z pokojem mamy podobnie, a jest wyremontowany od czterech lat :)

W tym tygodniu byłam bardzo kulturalną i światłą osobą, bo byłam aż dwa razy w kinie. Jedno z tych wyjść – na ostatni boski hit filmowy – pozwoliłam sobie zrecenzować parę dni temu. Drugim filmem był “Facet niepotrzebny od zaraz” w kinie łódzkiej Szkoły Filmowej. Recenzje na Filmwebie nie pozostawiły na nim suchej nitki, a mnie się podobał. Taka lekka i wyluzowana impresja na temat współczesnych związków, okraszona niewymuszonym poczuciem humoru. Może bez głębokiej filozofii, ale dobrze mi się to oglądało. Oryginalne jak na polski film, może dlatego nie podeszło Januszom, bo chyba wypuścili to jako rom-kom na walentynki, a nie klasyfikuje się jednak. Ciekawe, gdybym tak ja miała się spotkać z moimi różnymi byłymi chłopakami dla dokonania życiowego podsumowania, to z kim bym się spotkała.

Z tym wyjściem do kina wiążą się jeszcze dwie sprawy, bo byłam tam z jedną taką moją fajną koleżanką, której pomysłowy mąż akurat tego dnia naprawił w końcu mój kochany wysłużony wzmacniacz! O, jaka jestem zachwycona tym faktem, aż musiałam tu napisać. Po filmie podjechaliśmy więc po odbiór i od tej pory codziennie całymi dniami cieszę się muzyką. Włączam ją głośno i tańczę po pokoju, śpiewam i w ogóle szaleję. Albo robimy sobie z Wojną festiwal starych dramenbejsów przeplatanych goa transami. Po prostu wszystko gra. Brakowało mi tego.

Druga rzecz to że odkryłam dzięki temu wyjściu twórczość pisarza izraelskiego nazwiskiem Edgar Keret. Krótkie opowiadanka, trzy strony, akurat do łyknięcia na raz, a każde wykręca mózg na lewą stronę. Mam co czytać, a jak skończę, to może też się pokuszę o recenzję.

Poza tym przyszła też do mnie książka Gity Iyengar “Joga doskonała dla kobiet” i zgłębiam zawartą w niej wiedzę. Ostatnio staram się zmobilizować do codziennej godzinnej praktyki w domu, co nie zawsze się udaje, ale i tak czuję, że systematyczność daje efekty, tu centymetr niżej, tam minuta dłużej, no i przy okazji uczę się czegoś o tych pozycjach. Na temat domowej praktyki też mam zamiar się rozpisać. W tym tygodniu natomiast napisałam o przekraczaniu granic komfortu na zajęciach w szkole jogi. Bo w grupie ćwiczy się zupełnie inaczej.

W weekend mieliśmy Święto Zmarłych, co w sumie jest istotne, i może powinnam z tej okazji wykrzesać z siebie jakiś refleksyjny tekst o przemijaniu, ale musiałby być mocno kontrowersyjny, bo mnie w wydaniu katolickim to święto nie przekonuje. Wolałabym już powrót naszych słowiańskich rdzennych zwyczajów, i to nie tych związanych z wywoływaniem duchów, bo bez przesady, tylko tych, zgodnie z którymi celebrowało się nasze korzenie, nasze pochodzenie. Oddawało się cześć naszym przodkom i to nie mając na myśli zmarłego kilka lat temu dziadka, bo na inne groby już nam się nie chce iść, tylko naszych Dziadów i Baby w ogóle, te tysiącletnie linie genetyczne, te pokolenia naszych protoplastów, dzięki którym istniejemy, a nawet wszystko, co kiedykolwiek na naszej ziemi było żywe i umarło, bo to z tej materii pochodzimy, na ich prochach wyrośliśmy. Ogólnie jak pogrzebać w pradawnych kulturach i obyczajach, to zawsze się okazuje, że zamiast zabobonu była w nich ukryta głęboka ludzka mądrość i duchowość związana z naturą. Z której niestety zostało tylko jakieś niejasne przekonanie, że w Dziady to duchy się wywoływało i że jakieś gusła były odprawiane. Co jak co, ale akurat ta religia, która zniszczyła pogańską kulturę, zawsze wiedziała, jak wykorzystywać public relations.

Cóż, jest jesień, robi się chłodno, ale jeszcze nie ma tragedii, więc na zmianę z przytulnymi, cieplutkimi wieczorkami z herbatką z imbirem urządzamy sobie też ostatnie tegoroczne spacery. Oby tendencja utrzymała się i w tym tygodniu, bo coś czuję, że będę miała wielką ochotę połazić z aparatem, a dlaczego akurat teraz… to na razie moja tajemnica.

Miłego tygodnia!

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *