Tygodnik: cierpienia młodego blogera


Wybaczcie, że wczoraj nie było Tygodnika!! Ale jest dzisiaj. To wszystko dlatego, że zachciało mi się pisać opowiadanie i tamta rzeczywistość tak bardzo mnie wciągnęła, że pisanie bloga zdało mi się równie odległe i nierealne, co pisanie wierszy po japońsku. Opowiadanie jest już skończone i każdego, kto miałby ochotę je przeczytać, pięknie proszę o odezwanie się, tutaj w komentarzach, na witajsłońcowym facebooku lub poprzez emaila na adres witajslonce@gmail.com. Jest romantyczne i podobno nostalgiczne, a z całą pewnością pełne ironii i okraszone dużą dawką mojego specyficznego humoru. Opowiadaniem można się dzielić z innymi ile dusza zapragnie, a nie wrzucam go tu do ściągnięcia jednym klikiem tylko dlatego, że jestem skromna :)

Nie da się ukryć, że zainspirowała mnie twórczość Kereta, którą zgłębiałam w tym tygodniu i tutaj pozwoliłam sobie wspomnieć o niej w paru słowach.
Opisałam też śniadanie, które ostatnio uwielbiamy sobie robić (Wojna jest świetny w robieniu tego śniadania! W ogóle to śniadanie takiego typu, jaki dobrze wychodzi facetom. Jutro jemy je na lunch).
A przede wszystkim napisałam, po czym poznać, że możecie być dobraną parą, i zainteresowanie takim niepozornym tekstem tak zwaliło mnie z nóg, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy z czasem nie wprowadzić działu męsko-damskiego na blogu. Chcielibyście?

Tak poza tym niewiele jednak robiłam, bo wyszły mi bokiem moje niedawne przechwałki na fejsie, że jestem taka wiecznie zdrowa i nigdy nie miewam kataru. Dostałam prztyczka w nos od losu i natychmiastowo się wyłożyłam na prawie tydzień. Zaznaczam, że ja z tych, którzy się wykładają, gdy temperatura podnosi mi się o 0,1 stopnia (w poprzednim życiu byłam facetem). Większość kobiet na moim miejscu podjęłaby się nawet wspinaczki na Mount Everest, ale ja jestem na to zbyt wielką sofciarą i wolę się byczyć, to znaczy odpoczywać i wracać do zdrowia.

Jeden z dni mojej choroby spędziłam u mamy, która jak nikt ma dar wyganiania ze mnie infekcji. Poza pietruszkowym koktajlem z cytryną i kremem porowo-gruszkowym, i żurkiem, i ogóreczkiem kiszonym, i wegańskim ciastem czekoladowym (mówiłam już, że apetyt mi dopisywał?), w moje łapczywe ręce wpadło też wzruszające “Moje drzewko pomarańczowe” José Mauro de Vasconcelos. Zaczęło się tak niewinnie, niby prosta lekturka na jeden wieczór, ale na końcu serce moje dostawało spazmów, jakby przejechał po nim pociąg. Warto zapamiętać ten tytuł, bo na pewno nie będzie stratą czasu zapoznanie się z tą dramatyczną opowieścią o końcu dzieciństwa.

Obecnie czuję się już dobrze, na dowód czego prowokacyjnie wklejam w nagłówku zdjęcie z papierowym rekwizytem, służącym wyłącznie wykonaniu artystycznej sesji fotograficznej. Wojna mówi, że uważam się za jakiegoś Snoop Dogga, a ja tylko pragnę nauczyć się obsługiwać mój nowy obiektyw, dzięki któremu będę miała te plastyczne obrazy, te działające na wyobraźnię rozmycia, tę fotografię kulinarną najwyższej próby i tę masę portretów znajomych, jak tylko znajdę kogoś, kto się zgodzi mi pozować. Zdjęcie jest też elementem testu, w jakie rodzaje zdjęć ludzie najchętniej klikają. Następne będą cycki.

Miłego tygodnia, moi drodzy!

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *