Zmiany. To słowo zwykle kojarzy się z jakąś radykalną operacją, arcywyzwaniem, do którego podjęcia jest potrzebny nowy rok albo co najmniej nowy poniedziałek. Nic dziwnego, że się ich boimy, skoro taki obrót spraw grozi pozostawieniem całego naszego dotychczasowego życia za sobą, gdy przed nami trud i mordęga, a nagroda niepewna.

Tymczasem niektóre zmiany mogą być małe, codzienne, sympatyczne i wcale nie trzeba wszystkich wprowadzać raz na zawsze i kategorycznie wykluczać tego, co było wcześniej. Można uczyć się ich po troszku. Przekonywać się do nich pomału. Testować ich działanie na sobie i otoczeniu. Przyglądać się, co się zmienia.

A wiele się zmienia! Wszystko zaczyna się od tego, co wewnątrz nas.

Dziś chcę Wam życzyć kilku dobrych zmian :)

Wdzięczność zamiast poczucia winy

Czy zauważyłeś, ile na co dzień przepraszasz?

Przepraszam za spóźnienie. Przepraszam, nie słuchałem. Przepraszam, ale mam inne zdanie.

Rozumiem, że czasem wewnętrzna potrzeba każe przeprosić, ale kiedy to potrzeba, a kiedy pseudogrzecznościowy nawyk? Czy przypadkiem nie wziął się on stąd, że zostaliśmy nauczeni, że wszystko, co robimy, jest inwazją na innych i przejawem nieskromności, i że należy przeprosić, że w ogóle żyjemy i mamy czelność zaznaczać swoją obecność w świecie, oraz że nie jesteśmy w stu procentach oddani innym, tylko czasem myślimy o sobie?

Są osoby, które każde zdanie najchętniej zaczynałyby od “przepraszam”. Tak na wszelki wypadek.

Od tego wiecznego przepraszania poczucie, że postępujemy jak słoń w składzie porcelany i wiecznie coś jest z nami nie tak, tylko się wzmaga. I to nie tylko w nas, ale i wokół nas, jako że otoczenie przecież to nasze przepraszanie słyszy. I gdzieś w środku myśli: “jeśli przeprasza, to chyba ma za co”.

Czy nie byłoby fajniej zamienić przynajmniej część “przepraszam” na “dziękuję”?

Dziękuję, że poczekałeś. Dziękuję, że mogliśmy pogadać. Dziękuję, że powtórzyłaś, bo jestem trochę rozkojarzony.

Wdzięczność jest dobrym budującym uczuciem, które łatwo udziela się innym i tworzy atmosferę, w której czujemy, że wszystko jest w porządku, w której doceniamy, a nie oceniamy.

Fajnie można wykorzystać język, którym na co dzień się posługujemy, do zmiany codziennego odczuwania emocji i atmosfery, w jakiej przebiegają nasze relacje międzyludzkie. Słowa mają swoją siłę i sprzęgają się ze światem, w którym żyjemy; one tworzą nasz świat, a nasz świat jest postrzegany przez ich pryzmat.

Uważaj, jakimi słowami opisujesz swój świat.

Zwróć uwagę na to, że i twoje “przepraszam” nabierze wtedy mocy, bo nie będziesz nim szastał na prawo i lewo z okazji takiej, że nie wiesz, którędy do kibla albo że na talerzu leży ostatnia czekoladka i ą-ę yh-eh jakoś tak głupio ją wziąć. Czy zjedzenie ostatniej czekoladki to powód, by czuć się winnym? W takim razie powinno się ją chyba wyrzucać do śmieci zamiast zjadać, skoro jej zjedzenie to takie przewinienie i wielki błąd.

“Przepraszam” jest mocnym słowem, które burzy mury, tylko pod warunkiem, że doceniamy jego moc.
I sami również możemy je docenić tylko wtedy, gdy nie słyszymy go co pięć minut z byle powodu.

Dziękuję, że mogę cię przeprosić wtedy, kiedy naprawdę jest za co, a nie automatycznie, z bycia zaprogramowaną na kajanie się i kłanianie w pas, kiedy tak naprawdę tego nie czuję i wolałabym tego nie robić.

Życzę sobie i Tobie więcej wdzięczności :)

Życzliwość zamiast niechęci

Miałam ostatnio taką sytuację. Okres przedświąteczny, młyn nie z tej ziemi, ja stoję w kolejce do kasy w markecie, przede mną na oko tak z miliard ludzi, a każdy w koszyku ma prezenty dla całej licznej rodziny. Orientacyjny czas oczekiwania: 40 minut. Jestem tak daleko, że kolejka nie jest tu już w kształcie kolejki, tylko się rozwidla i rozlewa niczym rzeka w delcie. Na przykład koło mnie wpycha się baba z wielkim wózkiem i ewidentnie ma zamiar stanąć przede mną, chociaż ja byłam pierwsza.

Pierwsze odczucie: no chyba ta baba sobie żartuje. Załącza mi się delikatny nerw i sprawdzanie co sekundę, czy można posunąć wózek choćby o centymetr do przodu, żeby zostawić ją za sobą. Ale ona też trzyma rękę na pulsie i konsekwentnie wyrównuje dystans. Niby stoimy w bezruchu, a toczy się tu walka na śmierć i życie. Czuję frustrację i niesprawiedliwość. Zaraz jej chyba coś powiem.

Chwila moment.. ale właściwie co się takiego dzieje?

Dlaczego w sobie tak rozdmuchuję te gniewne emocje? No dobra, powiem jej i co? I będziemy stały takie naburmuszone, tylko że ja będę pierwsza, wow, tyle wygrać.

Czy w ogóle muszę być pierwsza przed nią? W sumie to ona nie była tu długo po mnie. A jest starsza ode mnie, może ją nogi bolą. Może ona też się denerwuje. A ja mam cały wieczór przed sobą.

Odsuwam się trochę do tyłu, pani wjeżdża przede mnie, uśmiecha się do mnie. I nagle całe ciśnienie znika, a moja pączkująca złość przekształca się w życzliwość. Ta pani to czyjaś mama, czyjaś bliska osoba, ktoś ją kocha, a ona ma dla niego te prezenty w koszyku.

Pani z uśmiechem dzieli się ze mną jakąś tam swoją myślą na temat tłumu, ja odpowiadam, a energia z napiętej staje się przyjazna i od razu w tej kolejce stoi się inaczej. Milej. I tak sobie myślę: co wewnątrz, to na zewnątrz. Co wysyłasz, to wraca. Po co wysyłać niechęć i nieprzychylność do ludzi? Po co wysyłać poczucie krzywdy, jeśli ta krzywda tak naprawdę się nikomu nie dzieje?

Choć są takie pola, których nie warto oddawać, i takie granice, które trzeba postawić, to wiele murów wznosimy wokół siebie zupełnie niepotrzebnie – a świat niczym gabinet luster wznosi wokół nas kolejne.

Życzę sobie i Tobie więcej życzliwości :)

Zaufanie zamiast kontroli

Lubisz, kiedy ktoś daje ci wolną rękę, a później stoi nad tobą, dyszy, sapie i łypie spod oka, czy na pewno wszystko dobrze robisz? Mnie wtedy wszystko momentalnie zaczyna lecieć z rąk, czy to chodzi o gotowanie (pieprz rozsypany po całej kuchni) czy o makijaż (kleks z eyelinera na całe oko na pięć minut przed wyjściem), nie mówiąc o pracy twórczej, którą można równie dobrze od razu wyłączyć i zrobić “Nie zapisuj”.

Nawet fizycy kwantowi zauważyli, że cząsteczka zachowuje się inaczej, kiedy jest obserwowana. Nie dziwię się jej! Choć też sama musiałam dojść do tego.

“Idź zobaczyć się z kolegami, kochanie, i baw się dobrze” – mówi dziewczyna, chłopak wychodzi i jeszcze dobrze nie zdąży drzwi za sobą zamknąć, a już dostaje od niej pierwszego smsa z pytaniem, jak się bawi i czy będzie w domu, zanim ona pójdzie spać. (Tak, sama wiele razy popełniałam ten błąd!)

Zresztą ona nawet nie musi pisać smsów – sama świadomość, że ona siedzi w domu, patrzy na zegarek i złowrogo mruży oczy, może temu biednemu młodemu człowiekowi odebrać całą przyjemność z sączenia browara wieczorową porą.

Zresztą nie tylko kontrolowanie innych ludzi, ale też zdarzeń, a nawet samego siebie, ma podobny efekt.

Taka nieustanna kontrola jest trochę jak stawianie oporu naturalnemu biegowi rzeczy. Tak, jakbyś wachlował ciągle drzwiami od piekarnika, kiedy pieczesz ciasto drożdżowe. Jak myślisz, co wyjdzie?

Wystarczy, że przypomnisz sobie, jak na egzaminie intuicyjnie pozaznaczałeś dobre odpowiedzi, a później zacząłeś samego siebie sprawdzać i pozmieniałeś na złe ;)

Ale są też i bardziej złożone przykłady – jak kiedy coś tworzysz i tak strasznie chcesz, żeby to było idealne, że dłubiesz przy tym i dziubdziasz, aż dzieło “zamyka” się w sobie, natchnienie odmawia współpracy i w efekcie twój talent nigdy nie ogląda światła dziennego.

Albo kiedy spotykasz kogoś tak interesującego, że zamiast cieszyć się tym, co kiełkuje, zaczynasz kontrolować każdy swój krok, analizować każdy ruch i w efekcie, choć przecież jesteś fajnym człowiekiem, to nagle stajesz się drętwy, nudny, emanujesz niepewnością i desperacją, a na końcu patrzysz, jak twoja wybranka odchodzi w siną dal z innym facetem.

Jak będziesz tak międlił świeżo rozkwitający kwiatek, to też ten kwiatek nigdy nie wyrośnie, tylko uschnie w połowie i będzie tak smętnie zwisał, żebyś na drugi raz pamiętał. No właśnie – bo choć ta lekcja jest chyba najtrudniejsza, to też można ją opanować, nawet jeśli na błędach :)

Wciąż się uczę prawideł funkcjonowania wszechświata i im głębiej wnikam w temat, tym bardziej widzę, że świat jest właśnie jak taki gigantyczny piekarnik z ciastem drożdżowym.

Zamówiłeś coś, zaprosiłeś do swojego życia – to teraz pozwól, żeby się stało, daj temu urosnąć i zamanifestować się! Po prostu zaufaj, że to nastąpi. Oczywiście może się to nie stać samo bez twojego udziału, tylko w pewnym momencie przyjdą szanse i synchroniczności, dzięki którym będziesz miał okazję wpłynąć gładko dokładnie na tę falę, o którą ci chodziło… lub inną, jeszcze lepszą.

Przy czym należy oddzielić kontrolę od okresowej korekty kursu (czy przypadkiem sama nie utrudniam sobie spełnienia mojego marzenia, czy w ogóle w dalszym ciągu tego chcę?) jak i zaspokajania wybujałej ciekawości (czy googlowanie dziewczyny, która ci się podoba, to kontrola, czy zaspokajanie ciekawości? hmm).

Wszystko zależy od intencji. W końcu nie zaszkodzi zerknąć przez drzwiczki, jak pięknie ciasto rośnie :)

Życzę Tobie i sobie więcej zaufania :)

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że obdarowując świat większą ilością wdzięczności, życzliwości i zaufania, również więcej ich otrzymujemy.
Świat odbija zwielokrotnione to, co wysyłamy.

I choć nie zawsze zmiana jest prosta – bo czasem chodzi o zmianę nawyków, które mieliśmy przez całe życie – to nawet najmniejszy kroczek się liczy; pamiętaj, że każda najdalsza podróż zaczyna się od wyjścia z domu :)

A Wy czego sobie życzycie?

Previous Sylwester w Berlinie, czyli wszystko może się zdarzyć!
Next Moje zimowe tu i teraz