Temazcal, indiański szałas potów. Moje katharsis


szałas potów

Indiański szałas potów Temazcal bywa porównywany do prekursora sauny, jednak poza temperaturą i wilgotnością, nie ma z nią wiele wspólnego. Do sauny wchodzimy po to, żeby było przyjemnie i relaksująco. A po co wchodzi się do szałasu potów?

Zanim zacznę moją opowieść, muszę nadmienić, że jako iż było to dla mnie zupełnie nowe przeżycie, skoncentruję się raczej na moich odczuciach, niż na opisie samej ceremonii. Jeśli znajdzie się tu osoba mająca więcej doświadczenia, chętna coś dodać lub sprostować, zapraszam do komentowania :)

Szałas potów

Przygotowania do ceremonii zaczynają się na długo przed samą ceremonią. To cały proces. Przygotowujemy szałas, oczyszczamy przestrzeń. Mężczyźni składają drewno na ognisko, kobiety dekorują kwiatami i liśćmi umieszczony przed szałasem zrobiony z ziemi ołtarz Żółwia. Nie wiem za bardzo, co mnie czeka. Wszystko to ma symboliczny wydźwięk. Jest w tym nastrój oczekiwania, godzenia się na to, co ma nadejść, cokolwiek to będzie, choć kiedy rozmawiam z osobami, które przez to przeszły, to się trochę boję. A jednak chcę tego doświadczenia, już od dawna chciałam.

Wieczorem gromadzimy się wszyscy wokół ogniska, które od dwóch godzin płonie, rozgrzewając do czerwoności ukryte w swoim wnętrzu kamienie. Szałas ze swoją ciemną szczeliną przypominającą waginę czeka na nas. Jestem zupełnie naga pod spowijającym mnie prześcieradłem. No dobra, mam na sobie jeszcze sweter i ciepłą chustę, bo wieczór jest bezlitośnie chłodny. Przychodzi jednak chwila, kiedy sweter i chustę trzeba zdjąć. Trzydzieści osób zawiniętych w ręczniki i prześcieradła czeka na ceremonię. Nie jestem jedyną, która będzie brać w niej udział po raz pierwszy.

Mistrz ceremonii wytycza linię między ołtarzem ognia, ołtarzem Żółwia, symbolizującym życie na Matce Ziemi, i szałasem – łonem Matki Ziemi. Od tej pory nie można jej przekraczać. Ta rytualność ma w sobie jakąś nieziemską, nieznaną powagę i tajemniczość, którym poddaję się z ciekawością i niepokojem. Zaczynamy.

Kolejność wchodzenia do szałasu jest jasno określona. Najpierw kobiety od najstarszej do najmłodszej, później mężczyźni od najmłodszego do najstarszego. Wchodzimy powoli. Wejście do szałasu nieuchronnie się do mnie zbliża. Przed samym wejściem schodzę na kolana, okadzam się dymem, przykładam czoło do ziemi. Wczołguję się w szczelinę i jak wszyscy na czworakach obchodzę cały szałas dookoła paleniska, by usiąść pomiędzy dwiema nieznajomymi kobietami. Wszystko odbywa się w milczeniu, panuje uroczysty, podniosły nastrój.

W szałasie jest ciemno i mgliście, duszne powietrze ma ziemisty zapach. Jedyne światło to światło nocy, wpadające promieniem przez szczelinę. Oświetla trzydzieści ciał, skulonych w pozycji siedzącej w dwóch kręgach wokół centrum. Szałas jest duży, każdy z nas ma dla siebie trochę wolnego miejsca, przynajmniej na tyle, że nie jesteśmy stłoczeni. Siedzę na płachcie, w którą jestem owinięta. Ziemia pode mną jest chłodna i wilgotna.

Wszyscy są już zgromadzeni, strażnik ogniska przynosi po kolei dziewięć rozgrzanych kamieni, które układa w palenisku pośrodku szałasu. Gorące posypane ziołami kamienie wydzielają specyficzny zapach, którego nie umiem do niczego porównać – to zapach natury, ale nie tej promienistej, tętniącej życiem. To zapach pochodzący z wnętrza, mroczny, pierwotny. Rytuał jest wykonywany powoli, z namaszczeniem, w ciszy. Szczelina zamyka się. Zapada kompletna ciemność.

Powietrze

Pierwsza runda. Będą cztery. Każda z nich będzie poświęcona innemu żywiołowi, innemu okresowi życia, innej symbolice. Mistrz ceremonii wygłasza wprowadzającą mowę. Mądre słowa. Opowiada o tym, co jest związane z tą rundą, o tym, czego uczymy się od żywiołu, czemu służą poszczególne etapy naszego życia. Każdy z nas wszedł do szałasu z określoną intencją. Każdy z nas może inaczej rozumieć padające zdania, co innego dla siebie z nich wziąć. Dla każdego to przeżycie będzie trochę inne.

Prowadzący polewa kamienie wodą. Momentalnie atmosfera staje się ciepła i parna. Czuję pokrywającą mnie wilgoć. Nie wiem jak to możliwe, ale staje się jeszcze ciemniej. Nie ma różnicy między zamkniętymi, a otwartymi oczami. Otacza nas nieprzenikniona czerń i ciepła wilgoć.

Śpiewamy pieśni przy akompaniamencie szamańskiego bębna i grzechotki. Każdy może zaintonować, jeśli zna pieśń pasującą na tę okazję – indiańską, szamańską lub inną. Są cztery pieśni na rundę. Podoba mi się to wspólne śpiewanie, głosy wyłaniające się z ciemności. Nawet, jeśli nie rozumiem słów, staram się śpiewać z innymi lub chociaż mruczeć, gdy tylko podłapię melodię.

“Ziemia moim ciałem, woda moją krwią. Powietrze mym oddechem, ogień siłą mą.”

Jest bardzo ciepło. Moje prześcieradło szybko nasiąka wilgocią, poza tym niepotrzebnie mnie ogrzewa w tym parnym środowisku. Pod koniec rundy siedzę już nago. Ciała obok mnie też obnażają się ze swoich ręczników. Kiedy runda się kończy, szałas zostaje otwarty. Księżycowe światło zbliżającej się pełni oświetla nasz krąg, podczas gdy opiekun ogniska wnosi do szałasu kolejne dziewięć czerwonych, rozgrzanych kamieni.

Woda

Druga runda. Druga mowa. Nowa symbolika. Nowe polewanie kamieni wodą. Mimo, że przez moment szałas się wietrzył, nadal jest bardzo duszno i ciepło. Na tyle, że chcę się położyć. Nie będę kozaczyć, nie wiadomo, ile energii będzie mi jeszcze potrzebne. Początkowo opieram się na łokciach, ale do końca rundy leżę już na płasko z głową na ziemi. Śpiewamy pieśni, połączeni w tej klaustrofobicznej, jakby podziemnej ceremonii. Wspólna obecność. Nasze intencje unoszące się w tej nie-przestrzeni. Nasz wspólny pot w wyższym celu, nasza chęć głębszego poznania.

Jest bardzo fizycznie, a jednocześnie nie do objęcia zmysłami, które są nieco onieśmielone, zagubione w tym, że nic nie widać, że dźwięki i zapachy są tak nieznane, że moje ciało jest otoczone przez mokre, duszne gorąco od góry i zimną ziemię od spodu, a wokół muskają mnie miękkie ciała sąsiednich kobiet, które również starają się przybrać wygodniejsze pozycje. Moje ciało, bardzo obecne i wrażliwe, jest pokryte potem, ziemią i skórą schodzącą jak podczas jakiegoś głębokiego peelingu. Jakbym siedziała w jakiejś norze. W łonie. I nie mogła wyjść.

“Wszyscy jesteśmy od Bogini i do niej wrócimy. Tak jak kropla deszczu powraca do morza.”

Jest parno jak w saunie. Jestem cała mokra. Mokra skóra, mokre włosy. Mokry materiał pode mną. Nieprzenikniona ciemność wokół mnie. Jakbym była w czymś ukryta, zagrzebana w ziemi. Czuję, jak stopniowo opuszczają mnie siły. Jakbym rozpuszczała się w tej ciemnej wilgoci. W tej nieokreślonej przestrzeni wokół mnie słyszę westchnienia ludzi, którym jest gorąco. Koniec rundy witam z ulgą. Jakoś dało radę wytrzymać, ale nie było lekko, a to dopiero połowa.

Przy otwartym szałasie otrzymujemy medycynę pokrzyw. W ciemnościach rozdajemy sobie pokrzywy, którymi każdy może pookładać się w miejscach, gdzie czuje największe napięcie. Pokrzywy o dziwo nie parzą, ich dotyk płynący po brzuchu, po nogach, jest przyjemny, jakby drapiący.

Ogień

Trzecia runda jest krótsza. Ma tylko jedną pieśń. Jest intensywnie. Prowadzący mówi, żeby nie dmuchać ustami, bo możemy poparzyć kogoś obok nas. Pachnące ziołami powietrze z polanych nowych kamieni, które nadchodzi, jest ogniście gorące. Wdech trzeba brać powoli i ostrożnie. Mimo to moje oddechy są coraz głębsze, bo powietrza wydaje się być coraz mniej. Prowadzący wspominał wcześniej, że powietrze na pewno się nie skończy i żeby nie wpadać w panikę, więc jestem spokojna.

Czuję mrowienie, wibrowanie, mocne wiercące odczucie fizyczne w brzuchu na wysokości pępka. Tak jakby od środka wypełniała mnie jakaś nieznośna energia. Jednocześnie moje ciało jest zupełnie pozbawione sił. Leżę nieruchomo. Przekręcam tylko głowę na bok, by chwytać chłodniejsze powietrze bliżej ziemi. Staram się śpiewać tę pieśń, choć zarówno ja, jak i kobiety wokół mnie, wydajemy z siebie raczej zawodzenie, niż śpiewanie. Sił jest coraz mniej, myśli również. Jest ciężko. Jak ja wytrzymam?

Runda dobiega końca. Jakiś mężczyzna z drugiego końca kręgu chce wyjść. Mówi, że jest zdecydowany i że dłużej nie da rady. Prowadzący przekonuje go, że została już tylko jedna runda, żeby wytrzymał. Mnie to dodaje otuchy – zdaję sobie sprawę, że nie tylko mnie, ale wszystkim wokół jest trudno. Jesteśmy w tym razem. Nocne światło wpadające smugą do szałasu pada na jednolitą masę nagich ciał, porozkładanych na każdym dostępnym skrawku ziemi. Jakieś ciała dotykają moich rąk i nóg, jesteśmy w jednym stadium rozpuszczenia, zjednoczenia z ziemią.

Teraz medycyna wody. Każdy z nas dostaje cały kubek zimnej wody. Czuję, jakby nadszedł ratunek. Można wypić nawet dwa kubki. Czuję cudowny chłód bijący od kubka z wodą. Jest tak cudowna. Uśmiecham się, czuję wręcz euforię, że mam tę wodę. Delektuję się nią po malutkim łyczku. Wszyscy głośno dziękują wodzie za to, że jest. Ja też dziękuję. Wszyscy wyrażają wdzięczność, śpiewają na cześć Matki Ziemi i tej wody. Czuję ogromne emocje, nie tylko własne, ale też tych ludzi wokół. Ogromna radość. Życie.

Wietrzenie szałasu (jeśli można to tak w ogóle nazwać, bo gorąca nie wydaje się ubywać) trwa dłużej, niż w poprzednich rundach. Mimo to powietrze jest bardzo duszne. Cała pływam we własnym pocie. Kiedy tylko szałas ponownie się zamyka i przychodzi nowa fala gorąca, moje serce ściska niepokój, bo jestem już u kresu wytrzymałości, a jeszcze cała jedna runda, aż cztery pieśni.

Ziemia

Powietrza przy ziemi jest coraz mniej i już nie jest zimne. Wiercenie w brzuchu nie daje mi spokoju. Jest to coś związanego z seksualnością, ale tak intensywne, że aż nieprzyjemne. Mowa prowadzącego prowokuje kolejne refleksje, w ciemnościach rozlegają się głosy wdzięczności, podziękowań Matce Ziemi, sobie, bliskim. Śpiewamy, wydajemy z siebie dźwięki, bo dzięki temu jest łatwiej, ale już nie daję rady, zaraz szlag mnie trafi. Nie wytrzymam. Jestem uwięziona w jednym nieznośnym momencie, który nie chce minąć, nie mogę go w żaden sposób uniknąć.

Oddycham coraz głośniej, czuję narastającą rozpacz i niemoc, co robić? Czuję się, jakbym się rozkładała, rozpuszczała, ale jest też ta nieznośna fizyczność, z którą nie mogę sobie dać rady, jest jej tak dużo, jest taka wkurwiająca!! Zaraz zacznę się drzeć, wierzgać, miotać wulgaryzmami. Rozniosę w strzępy ten szałas. Ale chyba tylko w wyobraźni, bo nie mam siły kiwnąć palcem. Jakbym przechodziła przez jakiś czyściec, jakiś absurdalny zbyt wąski kanał rodny.

W tej ciemności krzywię się, jęczę, próbuję się poruszać, ale nic już nie działa, nie mam czym oddychać, i ten brzuch, to uczucie z brzucha wypełnia mnie już w całości, i ten dudniący bezlitosny bęben, te zawodzące głosy ludzi wokół. Czas i przestrzeń ograniczyły się do jakiegoś mrocznego podziemnego jęku z głębi trzewi, który trwa przez całą nieskończoność i nie chce minąć.

Mężczyzna z naprzeciwka ponownie chce wyjść. Prowadzący mówi, że jeszcze tylko dwie pieśni. Mężczyzna zostaje, ale mnie chce się płakać. DWIE PIEŚNI! Nie wytrzymam ani chwili dłużej! Zaraz eksploduję! Co ja mam robić? Każda sekunda dalszego istnienia jest nieznośna.

Kobieta z lewej, kochany kobiecy głos mówi, żebym przyłożyła nos do ziemi, że wytrzymam. Resztkami sił przekręcam ciało na brzuch, w jakąś totalnie bezwładną i pozbawioną sensu pozycję. Odwijam rąbek koca przykrywającego ziemną ścianę za mną i wtykam nos w powstałą szparę. Jezu, tam zostało trochę powietrza. Chłodne, cudowne, mocno pachnące ziemią powietrze. Ulga przenika mnie falą aż po końce palców. Wytrzymam.

Jestem mokrą plamą, wyżętą ścierką. W ogóle mnie nie ma, jest tylko mój nos chwytający powietrze. Są tylko te wdechy powietrza. Moje ciało bez życia leży w gorącu, w ciemnościach, nie wiadomo gdzie. Nie ma go. Nie ma nas. W ogóle niczego nie ma. Są uderzenia bębna i śpiewające głosy. Mimo wszystko śpiewam też, mruczę coś bez ładu i składu z tym nosem wciśniętym w ziemię, bo wydawanie głosu pozwala mi uwolnić trochę emocji, poczuć wspólnotę z tymi umęczonymi niewidzialnymi ludźmi wokół, w tym niewidocznym kłębowisku ciał porozrzucanych w losowych pozach. Czas nie płynie. Przestrzeń nie istnieje. Dzięki temu, że mogę oddychać, czuję się bezpiecznie, jak w gniazdku. Lęk minął. Wszystko minęło. Jestem. Dziękuję, Matko, dziękuję.

Odrodzenie

Ceremonia dobiega końca. Szałas zostaje otwarty, a prowadzący mówi kilka słów na koniec, które wydają się ciągnąć w nieskończoność, ale już mi to nie przeszkadza. To, co ze mnie zostało, leży na ziemi w wielkim zadowoleniu. Oczywiście dalej z nosem w tej szparze. Te resztki powietrza, które tam były, też powoli gęstnieją, ale teraz to już wytrzymam.

Wyczołguję się na zewnątrz wśród buchających kłębów pary. Jesteśmy nadzy pod gwiazdami, trzydzieści odrodzonych istnień. Nie mam siły ustać na nogach, leżę na mojej przemoczonej zabłoconej szmacie na ziemi. Jest wspaniale, jak w raju. Nieopisana radość. Nie chce mi się nic gadać. Uśmiecham się od ucha do ucha. Co ja właśnie przeżyłam? Wszystko wibruje nowością, świeżością, energia tego momentu jest święta. Jestem taka kompletna, taka spełniona. Jestem jednością z Matką Ziemią, jestem z niej zrodzona. Jestem w najdoskonalszym, boskim czasie i miejscu. Dziękuję!! Dziękuję.

Jestem zupełnie wyczerpana fizycznie, a jednocześnie czuję, jak energia i miłość rozpierają mnie od środka. Przytuliłabym tych wszystkich ludzi. Czuję taką dzikość w lędźwiach, przydałoby mi się teraz męskie towarzystwo. Ale wątpię, czy miałabym siłę na seks tak naprawdę. Raczej jest we mnie potrzeba kontaktu, po prostu. Miłości wyrażonej w każdy możliwy sposób.

Ustawiam się w kolejce golasów do lodowatego prysznica, który spłucze ze mnie pot, ziemię i emocje – przynajmniej na tyle, żebym mogła położyć się spać, by rano wstać i porządnie się wykąpać.

Siedzimy jeszcze przy ognisku, kilka radosnych, wolnych dusz, chcących zachować te cenne chwile jeszcze trochę dłużej. To, co się wydarzyło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mam też świadomość, że na poziomie głębszym niż fizyczny również wiele się zmieniło. To, co miało umrzeć we mnie, umarło, by teraz narodzić się w nowej formie. Jest tak, jakby wszystko zaczęło się od początku. Metaforycznie i dosłownie.

Kiedy w końcu ląduję w namiocie, jest czwarta rano, co oznacza, że musieliśmy siedzieć w tym szałasie nie mniej niż dwie i pół godziny.

Przez następne dni będę uświadamiać sobie po kawałku, że moja intencja odniosła skutek, że gdzieś głęboko we mnie zaszła zmiana, której się nie spodziewałam, że naprawdę coś ważnego narodziło się we mnie tamtej nocy. Z zaskoczeniem, ale bez wątpliwości, idę w nowym kierunku, który zobaczyłam, z pełnym zaufaniem, wolna, lekka i pełna radości.

Dziękuję!

Previous Jak wybrać szkołę jogi?
Next Jak radzić sobie z lękiem? 15 sposobów na niepokój
  • Musze przyznac, ze nie slyszalam jeszcze o czyms takim, ale jak zwolenniczka ajurwedy bardzo mi sie to podoba i bardzo chetnie wziellabym udzial. Pozdrawiam, Daria xxx

  • Wow! Brzmi świetnie, aż nie chce mi się wierzyć, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. Brzmi trochę jak fragment książki :)

  • Agnieszka

    Ciekawe :)

  • Niesamowite! Przyznam, że pierwszy raz słyszę o takiej ceremonii, chętnie wzięłabym udział w czymś takim :)

  • Też nigdy nie słyszałam. ale brzmi intrygująco ;)

  • Wow! Brzmi niesamowicie, choć ja nie przepadam za saunami czy też duszącym wilgotnym powietrzem

  • Dotee a coś więcej, skąd taki pomysł? Czytając poczułam się trochę jak w połowie “Alchemika” tylko z tym mogłam jakoś umiejscowić w wyobraźni. Jesteś bardzo odważna. :)

    • Ania, wiem że to wszystko brzmi kosmicznie, ale po prostu idę w kierunku, który mnie wzywa. Pomysłów to mi nigdy nie brakowało, a odwagę właśnie w sobie odkrywam :) Ta ceremonia była częścią szamańskiego festiwalu, na którym byłam, i niedługo napiszę więcej o tym wszystkim. Buziaki!

      • Riverina

        Słońce, ale dokąd Cię ta ścieżka doprowadzi? Pamiętam ostrzezenie w jednej z książek Dalajlamy, ze duchowo bardzo groźne jest pomieszanie kilku ścieżek duchowych, jedna porządnie zgłebiana jest wystarczająco trudna….A Ty w krótkim czasie próbujesz kilku … I to na zasadzie skoku na główkę do basenu. Czy to nie jakieś działania kompulsywne?

        Nie mówię, ze nie jest to ekstremalne i nieinteresujące. Super, że zachowujesz dużą szczerosc, dzięki temu osoby, które wezmą udział w takiej inicjacji będa wiedziały, czego się spodziewać, a inne po prostu zrezygnują. Ale nie wolno zapominać , ze to dotykanie sedna mało u nas znanych kultur bez żadnego przygotowania. Łatwo się poparzyć….

        • Dziękuję Ci za ten komentarz :) Dla mnie moja ścieżka jest mimo wszystko bardzo spójna. Wszystkie moje doświadczenia układają się w jedną całość. Duchowość jest tylko jedna bez względu na kulturę, religię itd. Głęboko we wszystkim kryje się jedna i ta sama prawda. Sęk w tym, żeby nie być wobec różnych wpływów bezkrytycznym, nie wierzyć w nic ślepo dlatego, że np ktoś tak powiedział. Bo wtedy stajemy się łatwym celem do manipulacji. Jeśli do czegoś takiego mamy tendencję, to rzeczywiście lepsza będzie jedna wybrana ścieżka. Ja chyba jestem zbyt sceptyczna, by wybrać jedną i odrzucić inne. To tak jak z religiami – jedni wyznają konkretną, inni wolą inspirować się wszystkimi naraz. Zresztą to “bez żadnego przygotowania” jest nieco na wyrost. Owszem piszę szczerze, ale nie prowadzę tu pamiętnika i o wielu rzeczach nie wspominam. Zauważyłam, że ludzie interpretują to sobie po swojemu i chyba muszę gdzieś o tym oficjalnie napisać :)

          Jeszcze dodam – ten festiwal nie polegał na tym, że były tam inicjacje na szamanów. Nie, nie jestem i nie będę szamanką:) Wiem, że to nie jest zabawa.

          • Riverina

            To jest ciekawe, co piszesz. Przez ok 12 lat zgłebiłam kilka ścieżek duchowych, mniej więcej po 3 lata każdą , więc dość dokładnie. Po jednej wylądowałam u egzorcysty i on stwierdził, że jestem zbyt sceptyczna, zeby z czymś do końca się zidentyfikować, wiec raczej sobie krzywdy nie zrobię. Dlatego też zarzuciłam eksperymenty duchowe stwierdzając, ze i tak nie doprowadzą mnie do żadnego pełnego oddania czy wtajemniczenia- bo zawsze gdzieś na końcu wybuchnę śmiechem….A swoją drogą nie znam szamana, który interesowałby się buddyzmem albo odwrotnie – każdy z nich uważa swoją scieżkę za świetą i nieskalaną. A ludzie Zachodu – pełen synkretyzm. Takie New Age dla maluczkich( wersja uproszczona) i wtajemniczonych- wersje zaawansowane. Ciekawa jestem, do czego to naszą własna kulturę i religię doprowadzi.Walczę sama ze sobą, czy uznać synkretyzm duchowy za ubogacenie, czy raczej za kompletny brak wiary i odejście od tradycji, a zatem pierwiastek niszczący, nie budujący- i na skalę jednostki, i na skalę ogólnoludzką.

          • Z mojego doświadczenia wynika, że dla każdego dobre jest to, co do niego przemawia, i dociekanie czy narzucanie komuś jakiejś drogi, która w naszym odczuciu jest lepsza, może go krzywdzić, dlatego ja nie chcę Cię przekonywać. Mnie służy czerpanie z wielu źródeł kulturowych, bo znajduję w nich to, czego szukam – pogłębienie mojego kontaktu z boskością obecną wokół nas, a przy okazji odkrywam też wiele innych ciekawych rzeczy :)

  • aniape

    Ty czarownico!;) Świetny tekst, czytałam z zaparym tchem. Zazdroszczę doświadczenia i podziwiam!

  • Masz rękę do pisania, zazwyczaj pomijam długie teksty a tutaj zanim się obejrzałam był już koniec ! Ciekawe przeżycie, ciekawe czy każdy by je wytrwał ?

    • Dzięki :) Cóż, nie wszyscy wytrzymują, chociaż nie ma nic złego w tym, że ktoś musiał wyjść. Głównie to psychika płata figle, bo fizycznie to doświadczenie jest bezpieczne, a nawet ma podobne do naszej sauny właściwości zdrowotne.

  • Ależ to musiało być świetne doświadczenie:)

  • Brzmi to wszystko bardzo ciekawie, ale trochę mnie przeraża taka duchowa różnorodność. To super, że szukasz swojej drogi i działasz. Ja cały czas przymierzam się do jogi.

  • Przeczytałam Twoją relację z przyśpieszonym oddechem i biciem serca. To jest niesamowite. Jestem ciekawa, coraz bardziej ciekawa Ciebie;)

  • Nie wiem czy psychicznie podołałabym takiemu doświadczeniu, ale wierzę, iż musiałoby to być coś naprawdę niezwykłego. Opisałaś to wspaniale i tak sugestywnie, że czułam się tak, jak bym to ja tam była zamiast Ciebie.

  • hejkobieto

    Brałam udział w szałasie potów dwa razy przy okazji ceremonii ayahuasci i san pedro, moje odczucia są bardzo podobne, to jest niesamowite przeżycie. Takie ogromne pokłady miłości, że nie wiadomo co z tym robić :)

    Ten szałas to przy okazji festiwalu Zielonych Kręgów? Pytam, bo byłam bardzo zainteresowana udziałem, ale w ostatniej chwili musiałam zmienić plany.

    Poza tym chyba znalazłam kolejne swoje miejsce w sieci, mam zamiar spędzić z Tobą wieczór ;)

    • Dziękuję :D Tak, to było na Zielonych Kręgach, które całe były cudowne i niedługo doczekają się szerszej relacji :)

  • Paulina Żukowska

    Niesamowite… ;) Czytając Twoje odczucia wiem, że z moim słabym organizmem zemdlałabym chyba co najmniej po drugiej rundzie;)) ale wygląda to tak, że wszyscy muszą dać radę;) więc pewnie i ja bym musiała;) fantastycznie opisane, niesamowite emocje, na pewno zaintrygowałaś mnie tym, jak się można po tym poczuć, chyba tego mi trzeba;) ahh, żeby to się kiedyś stało ;) bardzo magiczna opowieść;)

    • Na szczęście nikt nic nie musi, można w każdej chwili wyjść, tylko, że nie można wrócić :) Ale spokojnie, do drugiej rundy to na pewno byś dała radę ;) Kiedy będzie odpowiedni czas to się stanie, bez obaw :)