Spiżarnia – co kupujemy, żeby jeść zdrowo?


Często spotykam się z poglądem, że zdrowa kuchnia to utrapienie, bo wszystkie składniki są dziwne i trudno dostępne. Może i tak jest, ale tylko do momentu, w którym te składniki po prostu kupimy. Od tej pory są już bardzo łatwo dostępne i mamy je przez dłuższy czas, by się nimi nacieszyć ;)

Oto, co na przykład możemy umieścić sobie na liście zakupów. Najlepiej stopniowo, żeby nie zaliczyć bankructwa na starcie tego przestawiania się na zdrowe żarcie. Sama jeszcze się przestawiam, na przykład nie kupuję warzyw eko, tylko od baby na rynku, czyli pewnie jakieś straszne opryski. Ale sądząc po samopoczuciu, nawet ta zmiana, która zaszła do tej pory, ma znaczenie i robi różnicę.

  • Płatki owsiane, jęczmienne, żytnie i jakie nam wejdą w rękę – na szybkie śniadanie, wystarczy zalać je wodą na noc lub nawet na godzinę wcześniej i rano zagotować, można ją zjeść z sezonowymi owocami. Tutaj przepis jak robię moje owsianki.
  • Kasza jaglana – ostatnio kupuję hurtowe ilości. Można z niej wyczarować wszystko, od obiadu po kremowy deser czy ciasto. Kiedy organizm po dłuższym jedzeniu zakwaszających potraw (np święta, sezon grillowy spędzony w towarzystwie miłośników kiełbasy itd) domaga się odmiany, najlepiej zaserwować mu przez kilka dni dania z jaglanką. Śniadaniem z takiej kaszy najemy się na pół dnia.
  • Bakalie – rodzynki, żurawina, orzechy nerkowca, orzechy laskowe, daktyle. Najazd na dział z bakaliami na rynku lub w markecie to sama przyjemność, a ceny tylko wydają się wysokie, bo nie kupuje się tego dużo i dodatkowo oszczędzamy na słodyczach. Z orzechów można też zrobić mleko roślinne, namaczając je na noc w wodzie, a później blendując i odciskając. A to, co zostało, można wysuszyć w piekarniku i zrobić sobie mąkę orzechową. Wcale to nie jest dużo roboty.
  • Mieszanka studencka – hit na przekąskę! Nie trzeba z niczego rezygnować przy oglądaniu filmów. Można kupić gotową lub zrobić swoją – najlepsza jest, kiedy większość mieszanki to suszone owoce, a tak z 1/3 – różne orzechy.
  • Soczewica – ja mam czerwoną, bo nie trzeba jej moczyć. Dodajemy do zupy, kiedy chcemy żeby była bardziej pożywna, można też robić z nią osobne potrawy (np. dal, pasztet, falafel). To jedna z najzdrowszych roślin strączkowych, bogata w białko, czyli praktyczna, jeśli ograniczamy lub wykluczamy mięso.
  • Miód – sposób jak wszystko posłodzić, żeby nie używać cukru. Próbowałam innych zamienników cukru – ksylitole różne itd, jeszcze nic nie przebiło miodu, ale będę dalej eksperymentować.
  • Przyprawy – najwięcej używam: cynamonu, chili, pieprzu, kminu rzymskiego i kurkumy, ale poza tym mam całą specjalną szufladę na przyprawy. To sposób, żeby odmienić każde nawet najzwyklejsze danie bez wielkiej filozofii. Wystarczy wrzucić coś innego niż zwykle. Nawet najdziwniejsze przyprawy jak raz kupisz, to już masz i od tej pory możesz czarować. (Tip dla początkujących: na przykład dodaj innych niż zwykle przypraw do panierki, w której będziesz coś tam sobie panierować. Dodaj też szczyptę gałki muszkatołowej do ziemniaków puree)
  • Siemię lniane – bomba witaminowo-minerałowa, super na trawienie, reguluje hormony, w ogóle jest naj, naj… najlepiej świeżo własnoręcznie mielone. Dosypujemy go tu i tam, bo samo w sobie jakiegoś szczególnego smaku nie posiada.
  • Sól himalajska – nie ma potrzeby używać oczyszczonej soli kuchennej, kiedy różne pełne minerałów “brudniejsze” sole są łatwo dostępne i wychodzą równie wydajnie.
  • Świeża bazylia i inne zioła – koniecznie przesadź do większej doniczki z ziemią od razu po przyniesieniu do domu, bo zwiędnie! A tak będzie długo i ładnie rosło i zawsze będziesz mieć świeżą dostawę bazylii na stół i ładny zapach w kuchni. W markecie upewnij się, czy kupowane zioło jest wyhodowane bez chemicznych ulepszaczy.
  • Yerba mate – można zamówić z netu zestawy startowe i liczne odmiany yerby. Smakuje podobnie do zielonej herbaty. Nie będę tu rozwodzić się na temat zalet yerba mate, powiem tylko, że w mocniejszej wersji daje niezłego kopa i odświeża głowę, bez efektów ubocznych właściwych kawie typu wypłukiwanie magnezu (tylko czemu kawa musi być taka pyszna…)
  • Rooibos – odkąd go piję, zupełnie straciłam ochotę na czarną herbatę. Jest dużo smaczniejszy, delikatniejszy, nie zawiera kofeiny, za to ma dużo żelaza i przeciwutleniaczy, działa też antydepresyjnie i antyrakowo. Można go sobie zrobić ze spienionym mlekiem!:)
  •  

    Lodówka:

  • Sezonowe warzywa i owoce – dzięki nim można naprawdę tanio zjeść, latem cztery porcje obiadu na wypasie to 10 złotych. Jest też różnorodnie, bo sezony na poszczególne warzywa trwają krótko i ciągle się zmieniają. Aktualnie króluje wspaniała dynia. Dobrze po te warzywa specjalnie pofatygować się na targ, zamiast do marketu. Po pierwsze są dużo tańsze! Po drugie dużo smaczniejsze, po trzecie większy wybór, no i jeszcze dajemy zarobić lokalnym handlarzom, ludziom takim jak my, a nie wielkim bezosobowym koncernom, które miałyby nas w dupie, gdyby nie to, że nie mają nawet dupy.
  • Cytryny – ostatnio zaczynam każdy dzień od szklanki wody z wciśniętą ćwiartką cytryny. Ekstra odmulacz, może zastąpić nawet poranną kawę, i przy okazji super bomba witaminy C. Uwaga, nie myjemy zębów na pół godziny przed i po raczeniu się tym napojem, bo fluor nie lubi się z kwaśnym i szkliwo nam popęka. Czy z pastą bez fluoru cytryna się lubi czy nie, tego nie wiem.
  • Banany – wszystko można zjeść z bananem. Banan wzmacnia, dodaje sił, odkwasza organizm i jest super przekąską w pracy, na przykład z jogurtem naturalnym. I malinami.
  • Pomidory – latem świeże, zimą z puszki, pomidorki muszą być, bo zawierają masę pierwiastków mineralnych i w dodatku można je dodać do prawie każdej potrawy. Można je też hodować na balkonie, moja mama może potwierdzić, że wyrastają najpyszniejsze!! Kiedy dorobię się balkonu, na pewno pierwsze, co tam postawię, to doniczka z pomidorami.
  • Gorzka czekolada – nie dość, że pyszna, to bardzo zdrowa, pod warunkiem, że to ta, która ma zawartość minimum 70% kakao i że nie zeżremy całej czekolady jednego dnia. Tylko na przykład jedną w tygodniu. Można też sobie ją rozpuścić… mmmm. Smażone na masełku banany plus rozpuszczona czekolada = mega deser.
  • Mleko kokosowe – magiczny i wcale nie aż tak ekstrawagancki sposób na to, by każde danie stało się wyszukanym dziełem kulinarnym. Tylko uważajcie na składy, bo w większości są różne syfy konserwujące i zagęszczające! Z tego co pamiętam w Tao Tao skład jest ok.
  • Olej kokosowy – można na nim smażyć albo można wetrzeć go sobie we włosy. W sumie to niby powinno się go trzymać w lodówce, żeby był dłużej świeży, ale da się go używać tylko, jeśli trzymamy go poza lodówką, bo inaczej kamienieje.
  • Imbir – w chłodny dzień ukroj kilka plasterków imbiru i gotuj je w 0,5 litra wody przez kilka minut, a później zalej tą wodą herbatę (lub pomarańczowo-miodowy roibos). Super rozgrzewający czad! Zawarta w imbirze kapsaicyna (ta sama, co w papryczkach chili) ma szereg uzdrawiających właściwości, działa przeciwzapalnie, odchudzająco, pobudzająco na trawienie, jest też podobno afrodyzjakiem, a poza tym lubimy ten lekko pikantny posmak:)
  •  

    Czego nie mam w kuchni?

  • Płatków śniadaniowych – nawet płatki fitness to żywność przetworzona i przeważnie zawierają różne niemiłe dodatki. Nie wierzcie że to jest zdrowe śniadanie. A jeżeli mają w składzie syrop glukozowo-fruktozowy, to zapomnijcie że jest to dietetyczne.
  • Gotowych mieszanek musli – poczytajcie składy. Lepiej zrobić własne, i jest większy fun.
  • Gotowych smakowych jogurtów – zdradzę wam sekret. Prawdziwy smakowy jogurt robi się tak, że bierzemy jogurt naturalny i słodzimy go łyżeczką miodu. Do tego owoce jakie chcemy, można zblendować lub dać w całości, można też dodać np. konfitury. Niebo w gębie. Gotowe smakowe jogurty to 0,1% owoców, sam cukier i tłuszcz.
  • Kostek rosołowych – na początku dania bez kostki, czyli bez glutaminianu sodu były takie jakieś. Później “takie jakieś” stały się dania z glutaminianem. To kwestia wyłącznie przyzwyczajenia, więc skoro tak, to chyba lepiej wybierać prawdziwy smak warzyw. Dodaję czasem bulion warzywny (np. z Almy) lub kapkę sosu sojowego, uwaga, bo w tym sosie też może być glutaminian. Ale najczęściej to zbędne, wystarczy nie żałować przypraw i żadne bulionetki nie są nikomu potrzebne.
  • Białego chleba – na co dzień jemy tylko pełnoziarnisty, choć ostatnio czytałam, że w ogóle dobrze zrobić sobie detoks od pszenicy. Dlatego często zdarza mi się jeść zamiast kanapek jakąś sałatkę, po prostu pominąć chleb lub do całego dużego śniadania zjeść tylko jedną kromkę. Żeby chlebek pełnoziarnisty miał taką fajnie chrupiącą skórkę jak biały, podprażamy kromki przez chwilę na suchej patelni. Tadam!
  • Słodzików – uwaga na aspartam i acesulfam! Rakotwórcze i… powodujące otyłość, a niby to produkt dietetyczny! To już lepiej posłodzić cukrem, jeśli musimy dosładzać.
  • Tłuszczów utwardzanych – czyli margaryn. Margaryny są już passe i okazało się, że wcale nie były zdrowe. Używam po prostu masła. Jeśli nie jesz dużo tłustych, obciążających wątrobę potraw, to spokojnie możesz smarować chleb masłem i nic ci się nie stanie.
  •  

    Mając takie zapasy, można wyczarować większość przepisów z różnych popularnych blogów kulinarnych opierających się na zdrowej żywności lub przynajmniej poruszających ten temat – wiadomo, każdy czasem musi też zjeść coś obrzydliwie rozpustnego, żeby nie oszaleć (ja regularnie czytam Jadłonomię, MedytuJemy, Olgę Smile, Smakoszki Jaroszki).
    Ciągle coś nowego dokupuję i zapewne o niejednym super pożywieniu zapomniałam napisać. Jestem też otwarta na sugestie, o co jeszcze mogę wzbogacić moją domową spiżarnię. Na przykład czaję się na spirulinę, olej lniany i ocet jabłkowy.
    Generalnie urozmaiceń jest tyle, że nie brak mi poprzedniego, typowo “śmieciowo-polskiego” sposobu żywienia i jeśli ktoś próbuje mi sugerować, że taka dieta jest jakimś wyrzeczeniem, to zabijam go gromkim śmiechem.

    A po co w ogóle jeść zdrowo, skoro przecież (eureka!) można jeść niezdrowo? O tym już niedługo.

    No Comment

    Leave a reply

    Your email address will not be published. Required fields are marked *