Slow life kontra reszta świata


Poniedziałek, środek dnia, centrum miasta. Wokół gwar, pośpiech, ludzie pochłonięci codzienną bieganiną. W powietrzu unosi się zapach spalin, perfum i kawy. Czuć też oczywiście woń biznesu i sukcesu. Rozpylają ją chyba wokół biurowców. W każdym razie nikt i tak nie zwraca na to uwagi, bo wszyscy są bardzo zajęci. I wtedy spomiędzy tłumu młodych i zdolnych profesjonalistów wyłania się Jasiek – typowy slowlife. Coś jak nolife, tylko że na odwrót. Na twarzy uśmiech, na nogach trampki. Siada sobie na ławce na słońcu i siorbie gorącą czekoladę z foodtrucka. Nigdzie mu się nie spieszy. To dziwne o tej porze. Po twarzy widać, że już nie jest studentem. Pewno bezrobotny. Może pijany? Bumelant jak nic. Zabrałby się za normalną pracę jak wszyscy.

“Jak wszyscy” to słowo klucz. Można nieźle na nim utknąć.

– W środę nie mogę, idę wieczorem na saunę – mówi Jasiek – slow life do koleżanki Krychy – fast life. – W piątek się możemy spotkać. Po 19, bo mam jogę.
W odpowiedzi widzi grymas dezaprobaty. I słyszy:
– Ja to nie mam czasu na saunę, jogę… Chciałabym móc sobie na to pozwolić, ale jestem zapracowana, jak wszyscy. No i takie rzeczy kosztują.

Nie wiedzieć czemu świat twierdzi, że Jasiek to nie są wszyscy. On nie musi pracować, samo mu wszystko spada z nieba. Na swoją saunę wchodzi pewnie na piękne oczy. Stać go chyba tylko dlatego, że nie kupił sobie telewizora. Ten tysiąc złotych wystarczy mu na rok saunowania. Ale nie obejrzy raportu z najnowszych katastrof na TVN24, więc średni deal.

– A w czwartek nie masz czasu?
– Mam, ale chciałem sobie dać trochę luzu, pozalegać z książką.
– Wolisz książkę niż mnie? FOCH!

Typowa Krycha nie czai, że na regenerację też potrzeba czasu i że spotkanie towarzyskie to nie jest jedyny dobry sposób na zagospodarowanie wolnego dnia. Zadziwia mnie za każdym razem, jak ludzie mogą narzekać, że inni nie poświęcają im dość czasu, gdy sami nie poświęcają go sobie nawet chwili.

Jedzie Jasiek na majówkę, pyta, kto chce się z nim zabrać. Chatka w głuszy nad jeziorem, grill, ognisko, 40 zł za osobę za noc. Niestety nikt nie ma kasy, żeby z nim pojechać. Krycha nie może, wszystko wydała na ostatnią wyprzedaż w galerii handlowej, dwie nowe kiecki, no fantastyczne są! Mam do sprzedania dziesięć innych, mało używanych, podbijesz mi aukcje na allegro?
Jaśkowi głupio przyznać, ale na takie wydatki to z kolei jemu byłoby szkoda siana.

Siedzi Jasiek we własnym domu ze znajomymi. Toczą się wysoce merytoryczne spory na niesłychanie ważkie tematy: bezrobocie, polityka, przestępczość, kijowe perspektywy i ogólna lipa. Za oknem lato, delikatny wietrzyk, bezchmurne niebo. Chciałoby się wyjść, choćby po to, żeby trochę świeżego powietrza wpuścić do tej rozmowy, ale nikt nie wyraża chęci. Tłumaczą jak naiwnemu dziecku, że dorośli rozmawiają. Leje się alkohol, żarzą się końcówki papierosów. Tylko Jaśka wrodzona uprzejmość nie pozwala mu wywalić wszystkich na zbity pysk z własnej chałupy. Razem ze swoimi ponurymi minami i swoją bierną agresją wobec wszystkiego, co inne.

Ci “dorośli” nie są tak fajni, jak się dawniej wydawało.

Czasem Jasiek ma wrażenie, że wielu z nich to puste skorupy, za którymi nic się nie kryje. Już dawno wszystko się wypaliło. Należałoby poświecić latarką w oko i sprawdzić, czy tam jeszcze tli się jakieś życie, czy już tylko automatyczny program chodzi.

Łatwo poznać, które ze znajomości opierały się na piciu alkoholu. To te, które tak łatwo i magicznie znikają.

“Chcesz się ze mną spotkać?” – przychodzi weekendowy sms. “No jasne! Wpadaj, mam dwa dobre filmy i gryczaną pizzę”- odpisuje Jasiek z entuzjazmem. W odpowiedzi czyta: “Nie mam ochoty, lepiej przyjedź do miasta na melanż”. Jasiek nie ma ochoty tłumaczyć, że od miasta i melanżu bardziej ceni sobie czyjeś szczere towarzystwo. Wieczorem siedzi na Rudzkiej Górze i patrzy na rozświetloną panoramę miasta. W towarzystwie innego slowlife’a.

Później się dowiaduje, że zdaniem innych ludzi zadziera nosa. Lepiej by się spotkał z ekipą, najebał z nimi jak człowiek, a nie obnosi się z tą swoją alternatywnością. I na co to komu? Przecież wiadomo, że w dzisiejszych czasach nawet oddychanie szkodzi i nie da się nic na to poradzić. Zresztą ludzie się aż tak nie zmieniają. Wszyscy dobrze pamiętają, jak tkwił po uszy w syfie i tylko czekają, aż mu te zwyczaje wrócą. Wtedy znów będzie jednym z nich, więc im szybciej, tym lepiej.

Najcięższa robota w tym całym życiu we własnym rytmie, na własnych zasadach, to wcale nie kupowanie tych egzotycznych składników na zdrowe desery, tego mleka kokosowego bez konserwantów i nasion chia. To nie karkołomne asany na jodze są największym wyzwaniem. Nie czas, który zaskakująco chętnie dostosowuje się do okoliczności. Nie pieniądze, które zawsze ostatecznie się znajdą.

To opór, który stawia otoczenie. To ciągłe próby wtłaczania wolnego ducha we wciąż tę samą, starą i nieaktualną, zbyt ciasną foremkę. To ciągłe podsuwanie tłustego mięsa zamiast fantazyjnego dania z warzyw. Ciągłe pojenie wódką zamiast wodą. Poszturchiwanie, popychanie: biegnij razem ze wszystkimi! Rób to, co wszyscy. Masz gwarantowaną nadwagę po trzydziestce i zawał koło sześćdziesiątki, ale inaczej nie przetrwasz, wyrzucimy cię na margines, żebyś sobie tam mógł się obijać, robić jogę, śpiewać mantry i robić te wszystkie rzeczy, przez które nigdy nie będziemy traktowali cię poważnie.

Dobrze, że są inne slowlife’y. Tylko czemu jest ich tak mało? Może gdyby w wiadomościach podali, że warto się na chwilę zatrzymać w tym pędzie do samozniszczenia, to stałoby się to bardziej popularne. Ale po co mieliby to robić? Jeszcze by się wszyscy ci świadomi, szczęśliwi ludzie zgadali i wywrócili obecny porządek rzeczy do góry nogami. A przecież jest dobrze: kto ma trzepać kasę, ten to robi, a pozostali grzecznie biegną i robią swoje. Bez gadania. Gadanie nie jest za dobre.

Idzie sobie taki Jasiek, Kaśka czy Dorota przez pachnący, ukwiecony park, jak codzień, i dobrze mu na świecie, choć momentami czuje się jak jakiś Włóczykij z Doliny Muminków.
Ale za nic by nie zamienił tego życia na żadne inne, bo jest jego, wymarzone, wybrane i uszyte na miarę.
I tylko bloga pisze, i wysyła wiadomości w przestrzeń internetu, żeby się w końcu nazbierało tych bratnich dusz, które nie chcą przeżyć życia byle jak.
Zbierają się :)

Previous Nasze wewnętrzne dzieci piją
Next Czy mieszkasz w swoim ciele?

26 Comments

  1. April 28, 2015
    Reply

    Czemu tych slowlife’ów jest tak mało? Bo tak jest prościej (oczywiście tylko z wierzchu, ale jednak prościej). Efekty wolniejszego tempa poczujesz kiedyś a teraz łatwiej jest robić to co się robiło do tej pory. Po co się zatrzymywać? Lepiej dalej robić to co wsyzscy. Przecież melanż jest fajny, wódka też, wyjście na miasto i kebab ;)

  2. True story.

  3. AnnaP
    April 28, 2015
    Reply

    Amen!

  4. April 28, 2015
    Reply

    Oh nosz, szkoda, że CI ludzie nie wiedzą, co tracą…..

  5. April 28, 2015
    Reply

    Szybkie życie nie jest dla mnie. Lubię czuc każdą minutę życia :)

  6. April 28, 2015
    Reply

    Świetny tekst! A już zupełnie mega prawdziwy akapit, zaczynający się od “To opór, który stawia otoczenie.” Mam to szczęście, że w decyzjach o ważnych sprawach byłam odważna, bo gdy pomyślę sobie, gdzie bym była, gdybym działała tak, jak “powinnam”, to… nie chciałabym tam być. A teraz mam takie “od czapy” marzenie, co więcej, robię wszystko, by do niego dojść… Także można żyć po swojemu i na pewno warto!

  7. April 29, 2015
    Reply

    Naprawdę się cieszę, że ogólne życie w Hiszpanii w dużej mierze posiada coś z slow life. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem zmagałam się z podobnym problemem.

    • April 29, 2015
      Reply

      O tak, Hiszpanie to potrafią celebrować życie:)

  8. April 29, 2015
    Reply

    Hmm ta Kryśka to trochę ja :P Ale nie mam nic przeciwko szybkiemu życiu. Lubię je, a znajduję czas na to na co chcę. Bez większej liczby obowiązków do zrobienia nie umiem się ogarnąć i zorganizować, a od dziecka czuję się najlepiej, gdy jestem zorganizowana. W sensie najpierw obowiązki, potem przyjemności, by czerpać z tych drugich pełną gębą bez napchanej bani. A żeby tak było trzeba czasem tempo zabójcze narzucić, któremu nie mam nic przeciwko. Dla odmiany, gdy czasu mam za dużo, gdy nie ma akurat natłoku obowiązków to jestem taka rozlazła i nie mogę właśnie znaleźć czasu na wszystko, co bym chciała zrobić: na zasadzie prędzej wyjadę na spontaniczną wycieczkę po tygodniu hardcoru w pracy, niż w trakcie urlopu :P Do tego lepiej pracuję w pośpiechu i mniej mnie to męczy, niż wtedy kiedy można tę pracę sobie rozłożyć na nie wiadomo ile czasu. I jak mnie nazwać? Mental-fast-to-become-slow-life? :)

    • April 29, 2015
      Reply

      Chyba masz trochę przegiętą wizję slowlife’u jako jakiegoś niekończącego się lenistwa;) Mnie też często czas przyspiesza, w pracy jestem maksymalnie skoncentrowana i wydajna, a ostatnio kipię energią i moje dni są bardzo intensywne i wypełnione działaniem. Ale czerpię z tego pełnymi garściami, a kiedy chcę odpocząć to żadna siła mnie z kanapy nie ruszy. Słowo “slow” jest może mylące, zresztą to tylko nazwa, a z tymi to zawsze jest jakiś problem:] Mam nadzieję, że miałaś hardcore w pracy, bo wycieczka is coming:)

      • April 29, 2015
        Reply

        Dla mnie to nie wizja lenistwa, ale robienia wszystkiego bez pogoni z czasem i unikanie harowania. A mi ten kop, gdy jest mało czasu i jakieś deadline’y ciężkie do ogarnięcia bardzo pomaga. I mam okresy totalnej harówki, której niejednokrotnie (choć nie zawsze) sama jestem winna, bo sobie skumuluję wszystko w jednym czasie, a potem pewno, że jęczę, bo jestem zmęczona. Tyle, że dla wyrównania potem nadchodzi zwykle okres większego spokoju. Już nawet w biurze tak sobie pracę organizujemy na zasadzie najpierw wpierdol, a potem trochę odpoczynku. Jak w domu mam fazę jakiś wielkich porządków, czy załatwiania spraw wszystkich na raz Ł. stwierdza, że nadeszło moje ADHD ;)
        Tak, teraz był hardcore, choć dziś już trochę plażowanie ;)

  9. April 29, 2015
    Reply

    Och, jak ja lubię się tak zatrzymać! Usiąść na trawie, powdychać zapach wiosny i naładować słoneczne baterie. Jaśku, trzymaj się w tym swoim slow. :)

  10. April 29, 2015
    Reply

    Twój tekst świetnie przedstawia sytuację. Nie jest łatwo zwolnić w życiu i znaleźć czas na jego celebrację. Kiedy już się to komuś udaje często musi liczyć się z tym, że znajomi uznają go za dziwaka. Świat goni i goni i tego nie zmienimy, ale na szczęście dla równowagi przybywa ludzi, którzy pragną celebrować życie. I oby było ich więcej :)

  11. May 1, 2015
    Reply

    Bardzo fajny tekst, patrzyłam na to wszystko z perspektywy slowlajfa, który dziś zrezygnował z imprezy aby się zregenerować na kanapie z własnym psem. Zawsze mam czas na trening, na zrobienie 10 tys. kroków w ciągu dnia i generalnie dla siebie. Dziś pewna osoba mi powiedziała, że chciałaby tak samo jak ja realizować swoją pasję ale nie ma czasu, odpowiedziałam mu to zrób sobie ten czas. Był wysoce zdziwiony ale bycie slowlajfem jest mocno przyjemne.

  12. Jako młoda osoba jeszcze bardziej bym popsioczyła na ten alkohol. Bo przecież ci co nie piją to jacyś dziwni, no i jak tu nie balować do 4 rano, przecież młodzi jesteśmy…

  13. May 5, 2015
    Reply

    Czytałam z przyjemnością! Idealnie wpisuje się w moje poglądy na życie – moje nowe, wyciszone poglądy. Unikam takich znajomych, o jakich wspominasz. Jestem z natury samotniczką, choć bardzo potrzebuję i szanuję ludzi, ale dopiero po latach nauczyłam się, że nie muszę się wpisywać w ich bagno. Mam swoje, swój kompostownik ^^

  14. Paulina Żukowska
    September 15, 2016
    Reply

    Wszystkie Twoje teksty są trafione prosto dla mnie;) wszystko o mnie, dokładnie tak się czuję, w fabryce pełnej rozgadanych babolów, jak Włóczykij, cicho, z boku, rozmyślam;) dziękuję Ci za każdy tekst, bardzo mi pomagają, są bardzo mądre, pierwszy raz chyba trafiłam na “normalne” teksty o rozwoju, jodze i tego typu rzeczach, bez jakichś dziwnych cytatów i wygórowanych słów;)) pędź dalej ze swoim blogiem, bo robisz to świetnie!;) Pozdrawiam gorąco;)

  15. September 26, 2016
    Reply

    Skąd ja to znam, ileż się trzeba naodpowiadać dlaczego nie chodzę do klubów, nie palę, nie ćpam, lubie joge, bieganie, jestem wegetarianką i na dodatek jestem szczęśliwa. Ludziom tak ciężko przyjąć to, że szczęśliwa jestem i będę w tym swoim wolnym, powolnym, żółwim świecie, gdzie nie trzeba się spieszyć i można być sobą. Świetny post jak dla mnie.

    • September 29, 2016
      Reply

      Myślisz, że ból dupy pochodzi stąd, że oni nie są szczęśliwi? Może tak właśnie jest. Jeszcze nie spotkałam kogoś, kto byłby szczęśliwy i miałby pretensje o cudzy styl życia, więc ewidentnie jest w tym coś :)

  16. September 28, 2016
    Reply

    Cudownie piszesz! Po raz kolejny przeniosłaś mnie na chwilę w inny, piękniejszy świat ;)

  17. September 28, 2016
    Reply

    Nie mogę powiedzieć, że żyje “slowlife”, ale żyje po swojemu. Nikt mnie nigdy nie rozumiał. Znalazłam jednak kogoś, dla kogo moje “dziwactwa” nie są dziwne, bo myśli tak samo. Polezec, wypić ciepła kawę, poczytać, pójść na drzemkę, zjeść pyszny posiłek – niby proste, a daje mi to szczęście :) nie chce już biec – już nie muszę ;)

    • September 29, 2016
      Reply

      To jest fajne, że te bratnie dusze w końcu się znajdują i okazuje się, że dla każdego jest miejsce na świecie :) Chyba żadne dziwactwa nie są zbyt dziwne, jeśli z kimś je dzielimy:)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *