Wiesz, co trzeba zrobić, kiedy nie masz z kim iść na randkę w jakieś Twoje wymarzone miejsce? Zabrać tam na randkę samą siebie. Iść sam lub sama tam, gdzie chcesz i zrobić to, co chcesz, w swoim własnym, nieprzeciętnym towarzystwie, dla swojej własnej, ekskluzywnej przyjemności.

Mało tego. Możesz to zrobić nawet, gdy masz z kim iść na randkę, jesteś w udanym związku z kimś wyjątkowym, a do tego masz kupę przyjaciół. A jednak wybierasz od czasu do czasu wyłącznie własne towarzystwo. Po co?

Ten zwyczaj doczekał się już nawet wdzięcznej nazwy masturdating (dating, czyli randkowanie, reszty tłumaczyć chyba nie muszę) i o jego licznych zaletach napisano już wiele. Najprościej ująć to w ten sposób: żeby poczuć się dobrze wśród innych, najpierw trzeba poczuć się dobrze z sobą samym, a w tym celu dobrze jest spędzić trochę czasu ze sobą, robiąc rzeczy, które lubimy i czyniąc nasze życie takim, jakim je chcemy, nie czekając, aż jakaś mityczna druga połowa zrobi to za nas.

Oczywiście żeby iść na taką randkę, trzeba się trochę przemóc, bo jednak na początku samotne bycie w miejscach typu teatr czy restaruacja, pozornie zarezerwowanych dla par lub większych grup, to dość dziwne doświadczenie.

Tłum ludzi, Ty nikogo nie znasz, nie masz z kim gadać, ktoś czasem się patrzy, i w ogóle to wszyscy są z kimś, a Ty nie.

Głupio, co?

Gdzie można iść na samotną randkę?

Do parku

Na pierwsze moje samotne randki – kilka lat temu, zanim nawet zaczęłam pisać tego bloga – chodziłam do parku. I do lasu. Bo tam byłam tylko ja i natura, i czułam się najbardziej swobodnie.

Pamiętam , jak moje wewnętrzne dziecko cieszyło się tym, że może dowolnie długo po prostu sobie tu być, przyglądać się tym liściom, drzewom, siedzieć na trawie i patrzeć w wodę, i nikt zupełnie mu nie przerwie, i nie powie mu, że idziemy gdzie indziej. Całą uwagę można skupić na swoich potrzebach – jest to taka śmiała możliwość, że aż budzi zawstydzenie – i radość, kiedy się orientujesz, że naprawdę sobie na to pozwalasz :)

Oczywiście w parku poza Tobą są też inni ludzie. I nikogo nie znasz. I wszyscy widzą, że idziesz sam i to bez psa.

Ale zaraz. W końcu jesteś na randce, tak czy nie? Kiedy jesteś na randce z kimś, to też nikogo wokół nie znasz, poza tą osobą. I co? Przejmujesz się tym?

Przyglądasz się, kto idzie sam, a kto nie sam? Obchodzi Cię to w ogóle w najmniejszym stopniu? Czy może bardziej koncentrujesz się na swojej randce, na cieszeniu się chwilą? No właśnie.

Obecnie tak bardzo lubię chodzenie samotnie po parku, że zdarza się, że jestem gotowa nawet po ciekawym spotkaniu towarzyskim iść jeszcze na taki właśnie spacer. Mam swoje ścieżki, swój gąszcz, w którym czuję się absolutnie bezpieczna, jak w domu, i wiem, że ta leśna gęstwina kocha mnie tak samo, jak ja ją.

A czasem wychodzę na szeroką, zalaną słońcem alejkę i uśmiecham się do tych wszystkich ludzi wokół. A oni do mnie :)

Do kina

Pierwszy raz sama do kina poszłam na film “Ida”. Do tego nie było to pierwsze lepsze kino, tylko sala filmowa łódzkiej Wyższej Szkoły Filmowej, która urządza pokazy filmowe, czasem z udziałem reżyserów lub aktorów, a czasem tak po prostu puszczają ciekawy film dla studentów i każdego, kto chce zobaczyć. Czasem film jest stary, a czasem premierowy. Można zostać na dyskusji. Można też po prostu wejść, obejrzeć i wyjść. Na “Idę” przyszło dużo ludzi. Cała ta artystyczna atmosfera szkoły filmowej sprawiła, że czułam, jakby to był jakiś zupełnie wyjątkowy seans.

Gdybyś przyjrzał się lepiej, zauważyłbyś, że wcale nie jest tak, że wszyscy są z kimś. Ogólnie z tego, co widzę, samotne pójście do kina to zupełna normalka. Na każdym seansie w każdym kinie są jacyś ludzie, którzy przyszli sami. Tak po prostu. I im dłużej sama tak robię, tym bardziej nie widzę w tym nic dziwnego, krępującego ani niezwykłego. To dziwne uczucie bierze się tylko stąd, że po prostu robisz to po raz pierwszy i nie wiesz, jak to jest. To przejdzie!

Chcesz iść do kina – idziesz. Chcesz iść do teatru – idziesz. Nie czekasz, aż dziewczyna wyrazi zgodę albo chłopak Cię zaprosi. Po prostu idziesz na co chcesz i może to nawet być dramat psychologiczny o akcji tak spowolnionej, że zaraz zacznie się cofać, albo strzelanka będąca jednym wielkim efektem specjalnym, albo najbardziej naiwna i mdląco słodka komedia romantyczna na świecie. Oglądasz, nikt nie kwęka, nikt się nie poświęca, a Ty masz radochę :)

Do restauracji

Parę miesięcy temu zjadłam naprawdę pyszną pizzę. Był jeden z pierwszych gorących wiosennych dni, słońce przygrzewało, powietrze pachniało obłędnie, a ja po długim spacerze na spontanie po prostu wsiadłam w tramwaj i pojechałam do miasta. Dopiero co rozstawiono ogródki i zjedzenie tej doskonale wypieczonej pizzy na świeżym powietrzu było prawdziwą rozkoszą dla zmysłów.

W trakcie takiego posiłku nie tylko delektujesz się jedzeniem, ale też swoimi myślami, obserwacjami, swoimi własnymi odczuciami, których okazuje się wiele i są bardzo ciekawe, wystarczy dopuścić je do głosu. Nie do wiary, ile mamy sami sobie do powiedzenia i jakie nasze własne towarzystwo potrafi być zaskakujące. Jakbyśmy sami siebie nie znali!

Oczywiście jest blokada w postaci “pewnie wszyscy myślą: ta pani siedzi sama przy stoliku – pewnie jest niemiłą starą panną, której nikt nie chce i nikt nie lubi” i tak dalej. Naprawdę? :)

Te przypadkowe spojrzenia rzucane Ci przez ludzi naprawdę nic nie znaczą. Tak samo oni mogą czuć się niezręcznie, kiedy Ty patrzysz na nich. A prawda jest taka, że ich to nie zajmuje. Nie przyszli tu, żeby czuć się niezręcznie z Twojego powodu. I Ty tak samo nie po to tam jesteś.

Ostatnio uświadomiłam sobie, że z przyjemnością oczekuję kolejnego samotnego wyjścia do restauracji, którym mogę delektować się tak samo, jak wyjściem z kimś, choć zupełnie na inny sposób.

Moja własna cisza też już przestała być krępująca. Bo po prostu poczułam się komfortowo w swoim towarzystwie, a w dobrym towarzystwie cisza nie męczy :)

Do łóżka

Ogólnie jestem zdania, że poznanie samego siebie pod każdym względem jest korzystne i dla nas, i dla naszych przyszłych partnerów. W końcu skąd ktoś ma wiedzieć, czego chcemy albo co lubimy, jeśli my sami tego nie wiemy?

Zwłaszcza w kulturze, w której mamy takiego bana na zmysłową przyjemność, w której jest ona tak obwarowana nakazami, zakazami i warunkami, że aż strach sobie na nią pozwolić. A kiedy już sobie pozwalasz, to staje się to kompulsywne, przedmiotowe i niezadowalające.

A można też: z miłością, z ciekawością, otwartością – podejść do siebie tak, jak podchodzisz do ukochanej osoby. Poświęcić sobie czas i uwagę, zanurkować w świat swoich fantazji i pragnień, oddać się sobie, bez zastanawiania się, czy to jest OK. Jesteś boską istotą, zasługujesz na wszystko, co najlepsze :)

Nawet, jeśli to “najlepsze” to na przykład wieczór z książką albo radosne rzucenie się w pościel i przespanie nareszcie ośmiu godzin :) Niech i tak będzie!

samotne randki

Na wycieczkę do innego miasta!

A kiedy już dobrze czujesz się sam ze sobą, to wiesz, że możesz zrobić ze sobą naprawdę wszystko? To do jakiego miasta zawsze chciałeś pojechać, tylko jakoś nigdy nie było z kim?

W zeszłym roku spędziłam kilka godzin na chodzeniu po Wrocławiu, ot tak, po prostu kupiłam bilet i pojechałam. Chodziłam gdzie mnie nogi poniosą, robiłam zdjęcia i rozglądałam się, że oto naprawdę to zrobiłam i w dodatku jest fantastycznie. Zresztą ta randka z samą sobą nie była jedyną fajną rzeczą, która tamtego dnia mi się przytrafiła. Jakoś tak jest, że miłe wydarzenia występują w kupie i że kiedy sprowokujemy jedno czy dwa, to zaraz nadciągają następne.

Cała sztuka to mieć odwagę, żeby to sobie podarować :) Ale to, jak zauważyłam, kwestia praktyki. I zdobywania kolejnych poziomów zaawansowania, czy może poziomów bezczelności w obdarowywaniu siebie wydarzeniami i doświadczeniami.

Na wycieczkę do innego kraju!

Bo jak jechałam sama na sylwestra do Berlina, to już trochę się cykałam. Wiedziałam, że będę przez kilka dni praktycznie sama w obcym kraju, nocując w dziwnej kwaterze wynajętej przez airbnb, samotnie jedząc falafele i tajskie makarony, buszując po Primarku, jeżdżąc ich tramwajami, pociągami i metrem i ogólnie na wszelkie sposoby samotnie doświadczając Berlina. Na samej imprezie sylwestrowej już kosmos zadbał, żebym miała wyborne towarzystwo :) Ale było tam sporo bujania się po mieście w pojedynkę, przede wszystkim po Kreuzbergu, który jest dość barwną okolicą, szczególnie w sylwestra.

Doskonale wspominam ten wyjazd, każdą jego minutę. Był w nim rozmach, szalona przygoda. To był ogromny, wspaniały noworoczny prezent ode mnie dla mnie :)

Ostatniego dnia, po opuszczeniu mojego pseudohostelu, w którym odsypiałam dwie noce nie byle jakiej sylwestrowej imprezy, korzystając z kilku godzin przed odjazdem powrotnego autobusu, szłam ulicą wypatrując jakiejś kawiarni, która przemówiłaby do mnie i być może nawet nakarmiłaby mój brzuszek jakimś śniadaniem. Wybrałam taką piekarenkę, w której można było usiąść przy maciupkim stoliczku i napić się też kawy. W środku byłam tylko ja, pan sprzedawca (właściciel?) i jakiś gość.

Zjadłam dwa krosanty z czekoladą i napiłam się kawy, długo siedząc i patrząc w okno, na słoneczny, zimowy Berlin, miasto, które uwielbiam.

A pan sprzedawca (właściciel?), patrząc na mój wielki plecak, z uśmiechem postawił mi jeszcze herbatę z cytryną.

I pijąc tę herbatę czułam tak przeogromną wdzięczność, że tu jestem, i że zdecydowałam się na ten wyjazd, i że wrócę zmęczona, pełna wrażeń, przeszczęśliwa.

Ogromnie polecam Wam po prostu skoczyć na główkę w sam środek dokładnie tego, czego chcecie :) Po co nakładać sobie w ogóle jakiekolwiek ograniczenia?

Na wycieczkę do innego wymiaru!

Taką samotną randkę też już mam na koncie :) Ale o tym sza… To już nie temat na bloga :)

Choć było bardzo… pouczająco. Introwertycznie. Świetliście. I pokrzepiająco.

Bo nigdy tak naprawdę nie jesteśmy sami. A jednocześnie zawsze jesteśmy sami. Nawet w tłumie ludzi. I to jest dobre. To jest nasze. I dopiero po dotknięciu sedna siebie samego, swojego najdelikatniejszego wnętrza, można prawdziwie dostrzec i uszanować obecność drugiego człowieka.

Warto to dla siebie zrobić – zagłębić się w sobie, spełnić swoje małe marzenia i zaspokoić swoje potrzeby, żeby później móc wyjść do innych z otwartymi dłońmi, bez oczekiwań, z czystym sercem. Bo paradoksalnie, choć tworzymy swoje życie sami – to poznajemy siebie do końca tylko w zetknięciu z innymi ludźmi.

A Ty gdzie chodzisz na samotne randki?

Kiedy w końcu się wybierzesz? ;)

Previous Słoneczny Codziennik - lekko, przyjemnie i slow life'owo
Next Poranna joga. Niemożliwe stało się możliwe
  • Chodzę, jeżdżę, latam nawet. Na palcach jednej ręki policzę ile razy byłam z kimś w kinie, a sama, (tu reklama karty unlimited do CC) to nawet 5 razy w tygodniu. Podróżuję też zawsze sama, w sumie to nawet nigdy takiej porządnej podróży z towarzystwem nie odbyłam :(/(:

    • U mnie chyba bilans wychodzi tak pół na pół. Tak całkiem sama ciągle to nie lubię, bo w końcu wtedy nabieram poczucia, że jestem najbardziej samotnym stworzeniem we wszechświecie i muszę do ludzi, bo skisnę :p

  • Kino, park, las, rower, tylko do łóżka nie bardzo, bo jednak… to nie to samo :)

  • Każdy potrzebuje takich chwil tylko i wyłącznie dla siebie. Ja mam tak od dziecka. Nie miałam wprawdzie okazji być na tylu różnorodnych samotnych randkach co Ty ale za to do tej pory z przyjemnością wspominam 3h na lotnisku w Zurychu. Sama ze swoimi myślami. Fajnie jest ze sobą pobyć i posłuchać siebie ;)
    Żeby nie było samotne kino też mam za sobą, spacery – wiadomo, albo urywanie się z wieczornych spotkań w delegacji by napawać się samotnością w pokoju hotelowym <3

  • Jedyne gdzie wychodzę sama to spacery od czasu do czasu i zakupy :) Samotne wyjście do kina było by ciekawym doświadczeniem :)

  • Danuta Brzezińska

    Kiedyś często chodziłam na samotne randki (park, kino, łóżko), teraz czasem idę do parku po drodze. Trzy lata temu pojechałam na 2 tyg. zimą nad morze, było cudownie machać mężowi do kamery po drodze idąc brzegiem plaży.

  • W zasadzie podróże są taką przestrzenią, którą wypełniam tylko sobą, lubię z kimś gdzieś się wybrać, ale generalnie wolę sama zwiedzać świat. :)

    • Do samotnych podróży chyba najtrudniej się przełamać, ale rzeczywiście dają zupełnie inne doświadczenie niż podróżowanie z kimś:)

  • Women’s World

    Moje samotne randki to ja, samochód i droga. Niesamowicie relaksuje, odpręża i pozwala zebrać myśli :)

    • No właśnie słyszałam, że wiele osób takie jeżdżenie bardzo relaksuje :) u mnie to w wersji chodzonej też działa.

  • Czarna Skrzynka

    U mnie bieganie… tylko ja, moje nogi i moja droga przede mną :)

  • Od kiedy mam dziecko nigdzie sama nie chodzę:)) I pewnie jeszcze długo nie będę:)

  • Do innego miasta, a tym bardziej kraju sama bym się na pewno nie wybrała. Pozostałe propozycje – szczególnie wersja łóżkowa ;) – jak najbardziej! :)

  • Kiedyś dawno temu napisałam taki post “Samotna kawa na mieście” gdzie właśnie poruszam ten temat – dla mnie jakby od zawsze było oczywiste, że wszędzie mogę wybrać się sama; zanim nie wyszłam za mąż, podróżowałam sama – niebawem znów czeka mnie po tylu latach razem, samotna podróż i tydzień bez męża- nie mam pojęcia co to będzie :) Teraz lubię wszędzie być z nim – mamy taką samą wrażliwość, odbieramy świat niemal identycznie więc gdy nie jestem gdzieś z nim od razu myślę “szkoda że go tu nie ma!” :)
    Z drugiej strony w ogóle dialog z samym sobą, jest czymś istotnym w naszym rozwoju.

    • Ja też mam tak, że kiedy jestem w związku to mam ochotę robić wszystko właśnie z Nim, bo po prostu fajnie się doświadcza we dwoje :) więc doskonale Cię rozumiem :) A jednak kiedy zaniedbałam chwile samotności, to później tego pożałowałam, więc teraz dbam, by znajdować czas na ten dialog z samą sobą i na coś, co będzie wyłącznie moje, i czym będę mogła podzielić się po powrocie:)

  • Myślę o pójściu do kina i do Groty Solnej ale póki co jeszcze nie miałam okazji. Za to polecam samotne chodzenie na zakupy – jakoś tak się utarło, że najlepiej robić to z kimś, kto pomoże i doradzi. Tymczasem sama robię bardziej przemyślane zakupy, zajmuje mi to mniej czasu i po wszystkim mogę nagrodzić się jakimś pysznym koktajlem. :)

  • Chyba wszędzie byłam już na samotnej randce (uwielbiam to!) oprócz parku. Biorąc pod uwagę, że pod notką o Twoich wyjazdach w plener napisałam, że brakuje mi kontaktu z naturą… Chyba mam częściowe rozwiązanie problemu :D Dzięki!