“Rozmowy z Bogiem” budzą dyskomfort i robią wrażenie


rozmowy z bogiem

Czytam ponownie “Rozmowy z Bogiem” Donalda Walscha. Kiedy skończę, pojawi się tu obszerniejsza relacja. Nie bez powodu ta książka jest nazywana “podręcznikiem życia” lub “podręcznikiem duchowości dla początkujących”.

To jedna z tych lektur, które zmieniają życie, choć na początku wcale nie muszą zachwycać ani w ogóle się podobać.

Najpierw czujesz w sobie bunt i doszukujesz się dziury w całym. Denerwuje Cię autor, język, konwencja, jesteś niezadowolony, ale jednocześnie coś cię w tym przyciąga, sprawia, że nie możesz się oderwać.

I w pewnej chwili myślisz sobie: “Wow, naprawdę coś w tym jest!”

I nagle widzisz w tekście masę inspirujących cytatów, i widzisz jak to wszystko działa, i łapiesz się za głowę, jakie to proste, choć takie trudne, i czemu wcześniej nikt cię o tym nie powiadomił.

A jak się kończy, to myślisz “Ale jazda!” I nie wiesz, co powiedzieć, ale to odkrycie totalnie i bez reszty wypełnia Cię radością. I już nie możesz się doczekać, co teraz będzie.

Miałam tak też z “Przebudzeniem” de Mello. I z kilkoma innymi książkami, o których napisałam tutaj.

Czasem sobie zadajemy pytanie: Co zrobić, żeby było na świecie mniej wojen, przemocy, morderstw, gwałtów i w ogóle zła? I wymyślamy na to przeróżne skomplikowane rozwiązania, a ja mam bardzo proste.

Gdyby tak każdy przeczytał “Rozmowy z Bogiem”, o ile mniej byłoby na świecie problemów. Mniej strachu. A więcej miłości.

Też macie takie książki, które Was na początku irytowały, a na koniec pozostawiły Was kompletnie oczarowanymi?

Previous Jak zrobić sobie dobrze jedzeniem w piękny letni dzień
Next Wojciech Eichelberger o kobiecym gniewie