Przekraczamy granice komfortu na jodze


Przyznam szczerze: moje pierwsze wrażenie, jeśli chodzi o jogę, było tragiczne. Podczas zajęć wszystko mnie bolało, ciągnęło i paliło, żadna pozycja nie wychodziła jak trzeba, czułam się jak drewniany kloc w gronie samych wdzięcznych akrobatów, a w zamian dostawałam tylko koszmarne zakwasy na drugi dzień. Doszło do tego, że bałam się iść na kolejne zajęcia i przestawałam na nie chodzić nawet pomimo tego, że same w sobie były ciekawe i czułam, że coś w nich jest.

Wystarczy kilka prób, by legło w gruzach wyobrażenie o jodze jako o lekkiej, łatwej i przyjemnej aktywności, na której możemy w trakcie zajęć pogawędzić sobie z koleżankami o facetach niczym stylowe bohaterki “Seksu w wielkim mieście”. Co prawda po pewnym czasie ciało przyzwyczaja się do tego, co z nim wyczyniamy, a my zaczynamy odczuwać korzyści z tej całej męczarni, ale zaraz pojawiają się kolejne wyzwania.

Joga to ciągłe przekraczanie własnych granic. Miło siedzi się w strefie komfortu, czujemy się tam bezpiecznie, ale pewnego dnia trzeba przecież wyjść i zrobić krok do przodu. Świat sam się nie podbije.

Oto, co może nas z zaskoczenia wypchnąć ze strefy komfortu i sprawić, że stracimy grunt pod nogami i dostaniemy jogofobii (albo przetrwamy i uda nam się wzmocnić nie tylko siłę mięśni, ale też siłę woli i poczucie własnej wartości!).

Karkołomne pozycje
Przychodzisz na pierwsze zajęcia, a tam każą ci stać na przedramionach. Przychodzisz na drugie, a tam czeka na ciebie robienie mostka, albo cała sesja pozycji wiszących na linach. To ma być grupa początkująca? A gdzie siedzenie przez półtorej godziny w siadzie skrzyżnym? Do tego połowa pozycji wygląda, jakbyśmy mieli usiąść sobie własnym tyłkiem na twarzy albo powąchać stopę. Cóż, to jest właśnie joga :) Na szczęście robisz tylko tyle, ile możesz lub chcesz. Po pewnym czasie zobaczysz po zmieniającym się ciele i samopoczuciu, po co są te wszystkie wygibasy. Pracujesz z ciałem jak z instrumentem, który jest coraz lepiej nastrojony i coraz sprawniej się nim posługujesz. A ponieważ ciało to Ty – masz coraz lepszy kontakt z sobą samym. Warto podjąć to wyzwanie, pamiętaj, że nie musisz nigdzie się spieszyć, idąc nawet najmniejszymi kroczkami w końcu dojdziesz wszędzie tam, gdzie chcesz.
jogaobrazek1
Ćwiczenia w parach
Gdy pierwszy raz zobaczyłam, że na jodze niektóre pozycje wykonuje się w parach, pomyślałam, że to jakiś żart. Mam kłaść stopy na udach jakiejś obcej laski, i co jeszcze? Nasza kultura aprobuje dotyk, jeśli chodzi o dzieci lub zwierzątka, ale dotykanie ciał dorosłych ludzi to niemalże tabu. Od razu kojarzy się to z jakimiś podtekstami. A pomocnik na jodze nie ma tylko musnąć tej drugiej osoby końcami palców, tylko porządnie przycisnąć, rozciągnąć, przytrzymać i sam się przy tym nieźle napocić. Na szczęście niechęć czy obawy przed dotykaniem cudzego ciała po kilku takich zajęciach znikają i nie ma z tym najmniejszego problemu. Może z wyjątkiem ćwiczeń w parach mieszanych. Stwierdzam z wielkim zniechęceniem: panowie boją się dotykać pań na jodze tak bardzo, że asany wykonywane z taką pomocą to jakaś lipa. Może myślą, że damskie ciało pod wpływem ich dotyku pokruszy się jak delikatna róża zamrożona w ciekłym azocie. Może boją się być posądzeni o molestowanie seksualne. Albo nauczyli się, że z kobietami trzeba delikatnie. Tylko, że owa delikatna kobieta może sobie niechcący przez to skręcić kark z braku asekuracji. Tak, że panowie – odwagi! Jak będzie za mocno, to dam znać!

Praktyka w grupie
To koszmar początkujących. Przyzwyczajeni do rywalizacji i wzajemnego oceniania, spodziewamy się tego samego na macie. Gdy wychodzą na jaw nasze ograniczenia, wstydzimy się, że inni to widzą i podśmiewają się pod nosem. Instruktorka zwracająca nam uwagę przy całej grupie, że coś robimy nie tak, sprawia że okrywamy się istną hańbą. Z czasem okazuje się na szczęście, że była to tylko iluzja i pułapka, którą sami na siebie zastawiliśmy przez błędne myślenie. W jodze fantastyczne jest właśnie to, że nikt nie ocenia naszych nawet najbardziej pokracznie wykonanych asan. Komentarze instruktora są po to, byśmy z nich korzystali i nikogo poza nami nie obchodzą. Wszyscy wiedzą, przez co przechodzisz, bo sami tam byli. I przychodzą, by zająć się swoją własną praktyką, a nie Twoją. Naprawdę! Chyba właśnie dlatego jest to moja ulubiona aktywność fizyczna. Zawsze szczerze nienawidziłam rywalizacji i do dziś mam traumę po graniu w siatkówkę na szkolnym WF-ie.
jogaobrazek2
Czasem myślę o tym, by przekroczyć kolejną granicę i przejść na grupę o wyższym stopniu zaawansowania niż obecna. Zajęcia, na które chodzę teraz, sprawiają mi samą przyjemność, zdarza się, że płynę przez całą praktykę jak w transie i jestem tylko ja, moje ciało i moja świadomość. Chcę się jednak rozwijać, jeździć na te wszystkie jogowe wyjazdy i warsztaty, a w tym celu potrzebuję jeszcze więcej doświadczenia :) Znów będą karkołomne pozycje, a ja będę się czuła, jakbym pierwszy raz przyszła na jogę. Przyznam jednak, że na razie mi się z tym nie spieszy, a swoje granice wolę testować podczas domowej praktyki. Cóż… może na wiosnę?

Życzę Wam pogodnego przekraczania granic i jak najmniej roztrzęsionych portek :)
Namaste!

PS. Obrazki z czeluści internetu. Chętnie podpisałabym autorów, ale chyba nikt nie wie, kim są.

3 Comments

  1. Avatar
    Idealna Ja
    November 18, 2014
    Reply

    Świetny artykuł:) miałam takie same wrażania na początku!!:)
    A teraz gdy już ćwiczę prawie rok i przeskoczyłam do najwyższej grupy to przeżywam całkowity szok! Po każdych zajęciach mam zakwasy na górnych plecach, wewnętrznych udach i innych mięśniach (ramion w szczególności po wszystkich staniach !) :D Jest to dla mnie o tyle męczące, że szukam jakiś minerałów czy izotoników posiadających dużą dawkę witamin – może ich brak powoduje u mnie ciągłe zakwasy:P nigdy wcześniej tak nie miałam – a na początkującej jodze do czułam się wręcz za mało zmęczona:P
    pozdrawiam ciepło!:)

    • Avatar
      November 18, 2014
      Reply

      Gdzieś czytałam, że żeby zapobiec wydzieleniu się kwasu mlekowego, który właśnie powoduje zakwasy, to po wysiłkowych asanach powinno się zrobić długą sesję regeneracyjną – jakieś pozycje z podparciem, leżące, wiszące, same relaksy. Na zajęciach nie ma na to czasu przeważnie, ale może w domu się znajdzie? Poza tym zakwasy wiadomo ustąpią kiedy mięśnie się wzmocnią od regularnej praktyki, chociaż po mocniejszej sesji to chyba każdy zdycha na drugi dzień. Pozdrawiam:)

  2. Avatar
    November 2, 2015
    Reply

    Gdy po raz pierwszy poszłam na zajęcia, jakieś 12 lat temu, ku swemu zaskoczeniu odkryłam, że byłam bardzo dobrze rozciągnięta – oczywiście nie tak, by wykonywać te wszystkie udziwnienia, ale jednak radziłam sobie. Nauczyłam się oddychać; przeponą, kontrolowanie, miarowo a z kolei oddech pomógł w “pogłębianiu” ćwiczeń :)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *