Tygodnik: Idzie zima, czas na Twin Peaks


Postanowiłam, że będę dodawać na bloga poniedziałkowe podsumowania tygodnia – bardziej osobiste, pamiętnikowe wpisy dokumentujące moje życie. Mam nadzieję, że będzie to motywujące dla mnie i dla Was. Jest to też okazja dla tych z Was, którzy chcieliby poznać też moją codzienność, a nie tylko czytać moje porady i relacje. Jestem prawdziwą osobą i chciałabym, by było to widoczne na moim blogu:)

W tym tygodniu porządnie powiało zimą. Ocieplone buty wyszły z szafy na światło dzienne. Późna jesień ma taką senną właściwość, że przestaje mi się chcieć tego aktywnego, intensywnego życia, które prowadziłam latem. Zasypiam razem z drzewami. Cały czas bym leżała pod kocykiem w szarym bawełnianym dresie i Wojny wielkiej bluzie z kapturem. Na szczęście mam taką możliwość, zapalam więc nastrojowe lampki, kadzidełko i oddaję się relaksowi. Dzięki temu na razie nie dosięgła mnie jesienna chandra, co jest dziwne w moim przypadku – dawno już powinnam mieć doła, a jestem bardzo zadowolona z życia, choć leniwa jak leniwiec. Czyżby jesienna deprecha też zależała od tego, jak traktujemy samych siebie?

Skończyłam trzeci tom Wiedźmina, którego sobie odświeżam po ponad dziesięciu latach od pierwszego przeczytania. Nie pamiętałam kompletnie nic poza pierwszym tomem. A to taka pełna emocji i swojskiego humoru opowieść. Wymiękam na całe długie godziny.

Wzięliśmy się za Miasteczko Twin Peaks. Uwierzycie, że nigdy tego nie oglądałam? Pamiętam, że leciało w telewizji, ale myliło mi się z Przystankiem Alaska. Jeżeli o mnie chodzi, czuję się wbita w kanapę, a obejrzeliśmy dopiero trzy odcinki. Dawno nie oglądałam nic tak wciągającego i trzymającego w napięciu. I ten retro styl lat osiemdziesiątych.
Byliśmy też w kinie na filmie Jana Komasy Miasto 44, którego relację możecie przeczytać tutaj.

Mniej więcej co drugi wieczór znajduję czas na blisko godzinną praktykę jogi w domu, a codziennie mam chwilę na kilka powitań słońca i stanie na głowie. Coraz lżej wchodzi mi się do tej pozycji, nogi same unoszą się do góry. Zupełnie mi odwaliło z tą jogą, ale czuję dzięki niej taką moc, że aż jestem zaskoczona. Choć stania na rękach wciąż się boję i widzę siebie, jak robię spektakularną demolkę przewracając się na komodę ze stojącym na niej głośnikiem.

Głośniki niestety nieczynne, bo wzmacniacz jakiś czas temu zaniemógł, dlatego kaleczę uszy muzyką z laptopa. W tym tygodniu chyba największej przyjemności dostarczyły mi psybientowe klasyki od Carbon Based Lifeforms. Idealne pod jesienny relaks, melodyjne, atmosferyczne. Ale strasznie brakuje nam delektowania się muzyką, bo tych dźwięków z lapka po prostu na dłuższą metę nie da się znieść. Dlatego głównie panuje cisza.

Zdarza mi się też wychodzić z domu poza jeżdżeniem do biura – piątkowa kawa i przekąska z kumpelą, niedzielny obiad u mamy w zupełnie nowym eleganckim wydaniu:), a przede wszystkim sobotni Festiwal Zielonych Smaków, który doczeka się tu najpóźniej jutro specjalnego wpisu.

Jeśli chodzi o teksty, poza recenzją Miasta 44 napisałam w tym tygodniu trzy rozwojowe:

O tym, co mi daje dbanie o swoje ciało, umysł i duszę, i dlaczego się w to bawię zamiast po prostu olać temat;
O tym, jak wielu z nas źle traktuje samych siebie, przez co cały świat też źle nas traktuje;
O tym, jak fajnie jest spędzić czas na kreatywnych rozrywkach bez konieczności wydawania pieniędzy.

Taki był mój tydzień. Dziś poniedziałek – w przeciwieństwie do większości ludzi lubię ten dzień. Życzę Wam wszystkim miłego poniedziałku!

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *