Praktyka nie zawsze czyni mistrza. O obcej cywilizacji


Sprawa jest prosta: wszyscy wiemy, że praktyka czyni mistrza i że 10 tysięcy godzin spędzonych na doskonaleniu w dowolnej dziedzinie sprawi, że tym mistrzem się staniesz.

Coś w tym jest, na przykład po latach spędzonych na macie czuję, że moja praktyka jogi weszła na taki poziom, którego kiedyś sobie nawet nie wyobrażałam. Nie, żebym tak cudownie robiła skłony w przód – chodzi o jakiś taki stan świadomości, który temu towarzyszy.

Podobnie z salsą, którą tańczę może od roku – i też widzę, że poziom powoli wzrasta, przestaję mieć wrażenie, że zaraz nastąpi jakaś katastrofa na parkiecie, a zamiast tego towarzyszy mi przyjemna ciekawość.

Identycznie z graniem na djembe, tutaj akurat godzin do mistrzostwa brakuje mi więcej, ale za to przyjemnie jest od samego początku, bo to taka frajda, i też już coś tam się ze mnie wykluwa, szczególnie, kiedy ktoś mi pokaże, co mam grać, albo kiedy gra wiele osób naraz :)

Nie wiem, czy spędziłam już 10 tysięcy godzin na gotowaniu, ale przychodzi mi ono już z taką radością i łatwością, że sama nie wiem, czemu jeszcze nie mam bloga kulinarnego – chodzi chyba o te zdjęcia, zanim ja zrobię zdjęcia, to dania już nie ma, a jak pomyślę, że zamiast jeść, miałabym jeszcze obstawiać to danie wstążeczkami i źdźbłami trawy, to naprawdę odechciewa mi się mieć bloga kulinarnego.

W każdym razie zasadniczo zgadza się z tym mistrzostwem. Wystarczy coś robić długo i często i w końcu będziesz w tym dobry.

Ale nie zawsze tak jest, o nie. Od tej reguły również są wyjątki.

Choćbym spędziła milion godzin na odkurzaniu, zmywaniu i ogólnie sprzątaniu, nie będę w tym ani dobra, ani tego nie polubię.

Mam wręcz wrażenie, że poziom mistrzowski osiągam raczej w hodowaniu kotów z kurzu i włosów.

Stanowczo bieganie z odkurzaczem zwiększa jedynie mój poziom desperacji. A w zmywaniu nie pomaga nawet zmywarka. I tak zawsze w końcu rozwinie się nowa cywilizacja.

Może to ta cywilizacja ma wykształcić poziom mistrzowski, może to o to chodzi?

Niech ktoś tu w końcu posprząta. Proszę.

A Ty w czym nigdy nie osiągniesz poziomu mistrzowskiego?

Previous Cieszenie się małymi kasztankami to obciach i szaleństwo
Next Przepołowiony piesek, czyli nie mazgaj się
  • stillness.pl

    A może są różne rodzaje mistrzostwa i właśnie osiągnęłaś mistrzostwo w zmuszaniu się do sprzątania? 🙂

    U mnie to jest smażenie naleśników. Nieważne ile ich zrobię i ile czasu na to poświęcę – zniszczę wszystkie. Pewnie, to kwestia mojej podświadomości, która nie pozwala mi zrobić naleśników. Pewnie, mogę ją przeprogramować. Pytanie po co? Jeśli staniemy się mistrzami we wszystkim, to wszystko stanie się nudne. Pozwólmy sobie na odrobinę niedoskonałości. Przynajmniej będzie się z czego pośmiać.

    • To nie kwestia podświadomości, tylko dobrego przepisu ;) Akurat z tego, co zauważyłam, bycie w czymś dobrym podnosi poziom frajdy z tego czegoś, nie obniża, więc efektem byłoby wiele smacznych naleśników!

      Aczkolwiek prawda jest taka, że nic nie musimy, dlatego i ja do niczego się nie zmuszam. Może tylko czasem bym chciała, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce:)

  • Po tytule sądząc bałam się, że czytamy sobie w myślach i opublikowałaś szybciej post, który teraz piszę. Jednak uff.
    A w czym nie będę nigdy dobra? Aż nie chcę o tym myśleć, bo za dużo tego :)

    • Jednak chyba czytamy sobie w myślach, bo Ty ostatnio opublikowałaś o stanikach, a ja też akurat o nich piszę :p

  • Patrz, a ja jestem mistrzem w sprzątaniu i bardzo to lubię, tylko… ciężko mi się zabrać :D