Powoli i nieuchronnie staję się wege


wegetarianizm

Zawsze jadłam mięso, jak na Polkę przystało. Schabowy z kapustą, gulasz wołowy, a w niedzielę obowiązkowo rosół. Kiedy je jadłam, to oczywiście rozpływałam się nad nim, jakie ono pyszne, jaką daje siłę. Jak to się można nim solidnie najeść, tak że się człowiek z miejsca nie może ruszyć, leży jak wieloryb wyrzucony na brzeg i gładzi się po wielkim, okrągłym brzuchu.

Ale coś się zmieniło. Z roku na rok jem coraz mniej mięsa, potrafię nie jeść go całymi tygodniami. Nie kupuję, nie przyrządzam. No dobra… jak teściowie wrzucą boczek na grilla, to jeszcze się skuszę. Rybę z frytkami też czasem zjem na wakacjach. Ale na co dzień? A gdzie tam. Moje codzienne pożywienie to gęste, aromatyczne sosy, wege kotlety na miliard sposobów, placki i zapiekanki, wege pasty do kanapek, sałatki i makarony, wszystko to z sezonowych warzyw, strączków, nasion, orzechów, kasz, ryżu. Skąd by mi do głowy przyszło jeść mięso? Ono mi, szczerze mówiąc, coraz bardziej śmierdzi. A na surowo wygląda jak nieboszczyk.

Najdziwniejsze, że nie podejmowałam żadnych decyzji w rodzaju: od dziś rzucam mięso. Nic z tych rzeczy.

To skąd mi się to wzięło?

Wróćmy do czasów, kiedy raczej dryfowałam, niż sterowałam swoim życiem i generalnie nie byłam zbyt świadoma tego, co się ze mną dzieje. Jadłam i piłam, co mi się podobało, nie zadając sobie zbędnych pytań w rodzaju: po czym czuję się lepiej, a po czym gorzej? Co dokładnie zawierają te produkty, które przyjmuję do swojego ciała? No i wiadomo. Do filmu piwko i chipsy, na przekąskę batonik, do każdego obiadu obowiązkowo jakieś mięso, bo przecież tak się je, bo wszyscy tak jedzą. Bo w mięsie jest białko, a ja ponoć potrzebuję dużo białka. Ruch? Nie za bardzo, tańce na imprezach wystarczą. Gorsze samopoczucie? Kilka piwek czy shotów w gronie znajomych i od razu robi się lepiej. Znacie to?

A potem okazało się, że to nie działa. Że coś muszę robić nie tak, skoro jest ze mną coraz gorzej, skoro coraz częściej dopadają mnie lęki i wątpliwości, skoro nie wiem, co w moim życiu jest moje, a co przypłynęło przez przypadek i wcale tego nie chcę.

Razem z praktyką jogi przyszła umiejętność patrzenia i widzenia. I coraz bardziej świadomych wyborów. Już nie pamiętam, kiedy dokładnie zorientowałam się, że czuję się lżej zarówno w ciele, jak i na sercu, kiedy pokarmy, które jem, są bogate w składniki odżywcze i pozbawione białka zwierzęcego. Wstaję od stołu najedzona i nie mam uczucia ciężkości w żołądku. Jestem syta długo, aż do pory następnego posiłku, nie czuję za pół godziny ssania w żołądku. Odkrywam prawdziwe bogactwo smaków, zupełnie różne od tego, kiedy każdy obiad smakował… mięsem. A w dodatku każdy kęs mojego jedzenia dodaje mi witalności, energii.

Aż żyć się chce!

Odkryłam, że to wcale nie działa tak, że można zadbać o siebie połowicznie. Nie ma tak, że będę rozwijać umysł i ducha, ale zwyczaje związane z ciałem zostaną po staremu. Potrzebna jest totalna zmiana punktu widzenia. Spojrzenie z innej perspektywy. Zupełne zakwestionowanie tego, co do tej pory stanowiło moje życie, i zbudowanie go od nowa, starannie dobierając każdą cegiełkę.

Wybieram świadomie to, co stanie się MNĄ. To, co zjem, przekształci się w moje ciało i je napędzi. Dosłownie. W końcu skąd wzięły się te komórki, które tworzą twoje ciało? Przecież nie z powietrza. To jest dokładnie to, co zjadłam.

Dlaczego więc mam codziennie zjadać przerażenie i stres jakiegoś zwierzęcia, które urodziło się i umarło w fabryce mięsa? Dlaczego mam zjadać hormony, antybiotyki i inne syfy, którym było ono faszerowane? Dlaczego mam sobie zakwaszać organizm i podwyższać ryzyko raka i chorób serca, skoro nie muszę? Bo białko? Nie wiem czy wiesz, ale ogólnie zjadamy za dużo białka. Komu potrzebne tyle białka, co ja jakiś mięśniak z siłowni jestem? Nadmiar białka prowadzi do miażdżycy, problemów z jelitem grubym, obciążenia wątroby i nerek, alergii, osłabienia kości. Tyle, co w brokułach, kaszy jaglanej, soczewicy i fasoli, wystarczy. I tak mam obecnie na tej fasoli większe i silniejsze mięśnie niż kiedykolwiek wcześniej, gdy wsuwałam te schaboszczaki. Może dlatego, że roślinne białko lepiej się trawi i łatwiej przyswaja, niż to zwierzęce. Jest po prostu lepszej jakości.

Mnie nawet nie chodzi o to, że te zwierzęta cierpią. No cierpią, ale gdyby jedzenie mięsa na serio mi sprzyjało, było mi niezbędne dla zdrowia, to mogłabym to zaakceptować. Bezlitosne prawa natury i tak dalej. Tyle że mi nie sprzyja. Jedzenie go to tylko zwyczaj. Nieświadomy i przekazywany z pokolenia na pokolenie.

Zwyczaj wcale nie aż taki pradawny, bo nasi przodkowie wcale tyle mięsa nie jedli. Jedli je od święta. Głównie zimą. W pozostałym czasie jedli kasze, warzywa… Serio! Twoi pradziadowie byli semi-wege. Świniaki były na specjalne, biesiadne okazje. Przecież nawet nie wystarczyłoby im tych świń, żeby jeść je codziennie, bo nie hodowali ich przemysłowo. My za to możemy, stać nas, wow, bogactwo bardzo, dobrobyt taki komfortowy. I dlatego uparliśmy się, że codziennie musimy się nażreć mięsem, nie jak biedota, co jakieś kasze będzie jadła. I choćbyśmy wszyscy padli na serce, to nie skojarzymy przyczyny ze skutkiem.

Spójrz, co jedzą najdłużej żyjące i najzdrowsze narody na Ziemi. Hunzowie czy mieszkańcy Okinawy. Zobacz, co jedzą ludzie, którzy w zdrowiu dożywają setki. Nie wszyscy są wegetarianami, ale nikt nie obżera się mięchem do każdego posiłku. Przede wszystkim mają zbilansowaną i zróżnicowaną dietę, a taki obiad, że codziennie leży parę ziemniaków, kupka surówki i kawał tłustego mięsa, to nie jest żadna zróżnicowana dieta. Po drugie opierają ją na składnikach, które zawierają odżywcze substancje, a że wszystko się w brzuchu nie zmieści, to zbędne i nieprzynoszące nic dobrego pokarmy muszą wylecieć z diety.

Im mniej mięsa, tym więcej miejsca w żołądku na dobroczynne warzywa. Na pełnowartościowe, dobre pokarmy, które sprawiają, że czujesz ten szczególny rodzaj dobroci. Brzuch to Twoje centrum życia. Trzeba go dobrze traktować :)

Przy tym wciąż tak bardzo nie znoszę tej całej wege retoryki, tych bojowników, którzy z wielkim poczuciem misji oceniają, co mam na talerzu. Ulewa mi się od tej idiotycznej bijatyki między ludźmi, którzy czują się lepsi, bo jedzą mięso, z tymi, którzy czują się lepsi, bo go nie jedzą. Od tego nieustannego osądzania, czy jesteś dobrym człowiekiem, czy może mordercą bez serca. A może oszołomem z podkrążonymi oczami i pryszczami? Za tę nienawiść i klapki na oczach, za szufladkowanie ludzi na podstawie ich diety – ogromny minus zarówno dla wielu roślinożerców, jak i mięsożerców, którzy szkodzą sobie i innym.

A te filmy z katowanymi zwierzętami moi mili, to przyczyniają się nie do zwiększenia rzeszy wegetarian, tylko do rosnącego zobojętnienia i znieczulicy na krzywdę. Dajcie se siana z tymi filmami, poważnie. Sami też ich nie oglądajcie. To wypełnianie życia przemocą. To nie jest dobre. Wiesz, że zwierzęta w przemyśle mięsnym są traktowane w brutalny, urągający człowieczeństwu sposób? No wiesz. To czego nowego się jeszcze dowiesz, po co Ci te filmy? Jak jakiś psychol zakatuje dziecko ze szczególnym okrucieństwem, to też musisz obejrzeć z tego wydarzenia film i go rozesłać, żeby ludzie wiedzieli, że nie należy się mordować?

Do mnie przemówił argument, że jedząc zwierzęta hodowane w strachu, ja ten ich strach zjadam. Z niego buduję moje ciało i moje życie. Nie chcę tego. To mi wystarczy.

Nie próbuję Cię do niczego nakłonić, bo sama mam alergię na takie głupie gadanie. Wiem, że nacisk rodzi bunt.

Chcę tylko, byś wiedział, że jedząc świadomie:

  • Utrzymuję bez żadnego wysiłku idealną wagę, przy jednoczesnym wyrzeźbieniu mięśni dzięki jodze. Kiedy jesz tylko rzeczy, które są dla ciebie dobre, stopniowo Twoja sylwetka przyjmuje optymalny dla niej kształt. Nie mówię tylko o braku mięsa. To tylko jeden ze szczegółów.
  • Mogę spokojnie jeść niewiele i jestem syta, nic mnie nie nosi, nic bym nie przekąsiła. To ssanie bierze się z jedzenia byle czego. Po prostu ciało nie dostało tego, co mu potrzebne. Jeśli jesz odpowiednio odżywcze posiłki, po jakimś czasie chęć przegryzania między posiłkami zniknie.
  • Mam coraz mniejszą ochotę na wszelkie używki i inne zakłócacze świadomości. Dawno pożegnałam cotygodniowy melanż i zwyczaj picia do wszystkiego litrów piwa. Przestałam pić codziennie kawę. Rzuciłam zupełnie papierosy. Jem tylko zdrowe słodycze. To działa tak, że niezdrowe przyciąga niezdrowe. Jesz syf = chcesz go coraz więcej. Jak przestawisz się na zbilansowaną dietę roślinną (nie wystarczy zabrać kawałek mięsa z talerza!), odkwasisz się (tylko zmianą żywienia, nie żadnymi zafajdanymi tabletkami!), to wtedy przechodzi.
  • Odkryłam, czym jest prawdziwe gotowanie. Trzeba się go było trochę uczyć od nowa, ale to się opłaciło. Kuchnia wege jest po prostu mistrzowstwem świata. Te aromatyczne przyprawy, te tajemnicze smaki, te inspiracje ze wszystkich stron świata. Nie ma lepszych dań pod słońcem – a ja naprawdę zawsze lubiłam dobrze zjeść. Dalej lubię!
  • Biorę pełną odpowiedzialność za moje zdrowie i wiem, że wszystkie dotyczące go decyzje podejmuję świadomie, nie dlatego, że tak trzeba, że tak się powinno, że taka jest tradycja albo że jak czegoś nie będę jadła, to coś tam ze mną się stanie. Kiedyś mówiono, że od masturbacji wyrastają włosy między palcami. Mam dobre wyniki krwi. Czuję się świetnie. Tak na marginesie, za mój styl życia z czasów nieświadomych nadal płacę. Nie warto.
  • Zyskuję coraz większą empatię wobec wszystkiego, co żyje, i widzę świat coraz wyraźniej. Niby niezwiązane z tematem, ale według filozofii jogi jest to połączone. Jedząc mięso wypełniasz się stanem śmierci, rozkładu i bezwładu, jedząc rośliny wypełniasz się witalnością, energią i spokojem ducha. Jest to nieco dłuższa historia, jednak tak bym to podsumowała w jednym zdaniu. O dziwo nie jest to jakaś teoria od czapy. Choć początkowo czytając o tym byłam bardzo sceptyczna, z czasem zauważyłam z zaskoczeniem, że rzeczywiście to się sprawdza.

Świadome jedzenie to element świadomego życia. A żeby nie wiem jak się starać – w pewnym momencie nie da się już świadomie jeść dużo mięsa i być w porządku z samym sobą. Nawet, jeśli mięso kiedyś było jednym z moich ukochanych składników. Czuję, że to nie jest dla mnie dobre i że to nie jest dobre dla świata. Fatalnie czuję się u rzeźnika, nie mogę w ogóle patrzeć na te skrawki tkanek poukładane obok siebie. Mam wrażenie, że to jeden wielki dowód na nasze uśpienie, dowód na to, że wszyscy żyjemy w głębokiej nieświadomości. Potrzeba nam więcej witalności, więcej empatii i mądrości. Więcej warzyw!

A Ty co jesz?

18 Comments

  1. Avatar
    wAr
    July 29, 2015
    Reply

    Cóż ja zweganić nie dam, mięso jem od przedwojny! Z tym że jem je coraz rzadziej i wiecie co? Coraz mniej mi go brakuje – raz, dwa w tygodniu na obiedzie rodzinnym czy wyjściu do knajpy, za to zaświadczam o prawdzie – warzywkiem, kaszą i orzechem też można się dobrze i wartościowo najeść, a jaka radocha i pole do poszukiwań. Medalion, rostbeff, czy zwyczajną każdy jadł, a topinambur, albo bulgur?

  2. A wiesz, nie dalej jak w poniedziałek, robiąc na obiad placki z cukinią, myślałam o tym właśnie, że coś te moje posiłki stają się coraz bardziej wege. Wprawdzie mnie do mięsa nie ciągnęło od dziecka, ale mimo wszystko jadłam je dość często. Świadome odżywianie u mnie się zaczęło chyba wtedy, gdy zaczęłam biegać długie dystanse i zobaczyłam, jak mój tryb życia przekłada się na to, ile mogę przebiec, jak szybko i jak się przy tym czuję.

  3. Avatar
    July 29, 2015
    Reply

    Jajek, nabiału i ryb też nie jesz?
    Ja uwielbiam wszelkie kombinacje kaszo-warzywne i mogę spokojnie jeść takie rzeczy wiele dni z rzędu. Ale po pewnym czasie zawsze przychodzi nieprzezwyciężona ochota na kawałek mięsa no i po prostu muszę. Myślę, że jest mi wtedy potrzebne, bo przecież organizm daje znać, czego mu brakuje. Może to ma związek z grupą krwi, podobno 0 to mięsożercy :)
    Zaciekawiłaś mnie tymi wege-przepisami, jak możesz to wrzucaj, chętnie się zainspiruję :)

    • Avatar
      July 29, 2015
      Reply

      Z nabiału czasem zjem twarożek, jajka może kilka razy w miesiącu. Jajka są odżywcze, ale bardzo zakwaszają więc staram się nie przesadzać z nimi. Mleka nie piję praktycznie wcale, odkąd przestałam pić kawę jakoś okazało się zbędne:) Żeby nie zabrakło mi wapnia piję te różne mleka roślinne i robię co się da z mielonymi orzechami. Cała ta wege dieta to jedna wielka nauka o składnikach których potrzebujemy, wciąż się tego uczę, czasem zjeść “po staremu” jest łatwiej:]
      Też mam właśnie tak samo jak Ty, że czasem mnie przyciśnie i czuję że muszę się najeść mięsa, szczególnie mroźną zimą. I wtedy sobie na to pozwalam, dlatego tak całkiem wege to na razie nie jestem.
      Kurczę już dawno chcę dodać parę notek z przepisami, ale jakoś wciąż coś jest ważniejsze, a teraz jadę na urlop. Ale będą na pewno:)

  4. Avatar
    July 29, 2015
    Reply

    Rewelacyjny tekst. Mój organizm sam odrzuca mięso. Nie wiem czy jest to związane z mięsem samym w sobie czy z tą całą chemią, którą mięso teraz zawiera. Nie mogę powiedzieć, że nie jem już wcale mięsa, ale na pewno coraz mniej. A w ciąży widok mięsa przyprawia człowieka o mdłości i śmierdzi wtedy padliną blee :/

  5. Avatar
    July 29, 2015
    Reply

    Tekst super, choć nie zgadzam się ze wszystkim, bo jestem mięsożercą wysokiej klasy. Niemniej świadome jedzenie to rzecz mi nieobca, może trochę inaczej ją rozumiem, ale potrafię się odnaleźć w tym, co piszesz. Również odkryłam smak potraw, jego głębię i wielowymiarowość, gdy wyrzuciłam z menu płaskie, sztuczne smaki. Glutaminian sodu nie jest potrzebny jako wzmacniacz smaku, jeśli jesz prawdziwe jedzenie.

    • Avatar
      July 29, 2015
      Reply

      No pewnie że nie! Nawet sól nie jest aż tak potrzebna. Grunt to dobre przyprawy i w ogóle składniki wysokiej jakości:)

  6. Nie wiem czemu, ale byłam przekonana, że jesteś wege ;) czasem, gdy np biorę się za pieczenie kurczaka to mam taką myśl, że mogłabym zostać wege, że nie chcę go przygotowywać, surowy wygląda tak… Jak sama napisałaś – jak nieboszczyk. Ale bardzo lubię mięso, choć masz rację, gdy się lepiej odżywiam (niekoniecznie wykluczając mięso) to lepiej się czuję. I też nie lubię tej wojny zwolenników i przeciwników jedzenia mięsa.

  7. Avatar
    July 30, 2015
    Reply

    Świetnie napisane, również bardzo wierzę w przekaz “jesteś tym co jesz” i jak większość świadomych konsumentów wyciągam wnioski z moich dotychczasowych żywieniowych (i nie tylko) doświadczeń. Mięso jem, rzadko, ale jem. Bardzo chciałabym zrezygnować, raz nawet udało mi się przez kilka miesięcy, ale nie wystarczyło mi samozaparcia. Nie tracę wiary w to, że jeszcze dam radę zrezygnować z jedzenia mięsa, przeważnie przeraża mnie myśl o wszystkich tych toksynach i lęku zwierzęcia, o którym tak dobrze napisałaś. Również jestem po wielu życiowych turbulencjach i oprócz bliskich mi ludzi to właśnie dobre, wartościowe jedzenie pomogło mi znacząco nie popadać w żadne więcej marazmy. Bardzo dobry tekst, pozdrawiam!

  8. Avatar
    July 30, 2015
    Reply

    Widzę, że same zalety. Ja jednak jak na razie zbyt lubię mięso by z niego zrezygnować. Ale kto wie co się przydarzy w przyszłości :)

  9. Avatar
    Dorota
    July 30, 2015
    Reply

    Jestem wege od 13 lat i czuję się z tym świetnie :) otworzyła się przede mna cała gama roślinnych produktów na które wcześniej nie zwracałam uwagi.

  10. Avatar
    July 30, 2015
    Reply

    Ta idealna waga bez wysiłku to akurat czasami bardziej skompilowana sprawa i nie związana z jedzeniem. Co do tej mniejszej ochoty na używki to się zgodzę. Wegetarianką nie jestem, ale mając chwilę gdzie wolałam jeść warzywa przestałam mieć taka ochotę na niezdrowe jedzenie. Obecnie, na szczęście, nadal się to utrzymuje. Ale tak po prawdzie to mi najbliższy jest semi wegetarianizm, to wybrał mój organizm i gdyby nie ograniczenia w rodzinie to bym bez wahania tylko tak jadła. :)

  11. Avatar
    Kasia
    July 30, 2015
    Reply

    Nie jestem wegetarianką, ale zjadam właściwie tylko mięso drobiowe. Tak, wiem… chemia, hormony, ale samo w sobie to mięso jest zdrowsze niż inne:P No i też nie codziennie. Lubię warzywa gotowane na parze, jakieś przyprawy typu kminek itd.
    A w ogóle to z tym wegetarianizmem jako filozofią (jeśli ktoś tak na to patrzy) jest trochę tak, że niby ktoś nie je mięsa, bo krzywda zwierząt itp., ale zabiera pokarm krowom, pszczołom i kurom… więc ideologicznie weganizm bardziej logiczny, ale nie chciałabym tak jeść:)

    • Avatar
      August 1, 2015
      Reply

      Też tak myślę, ideologicznie tylko weganizm ma sens. Choć ja miodu używam dużo, więc do weganki mi daleko. Nabiał ograniczam z podobnych powodów co mięso. No i “jajka z Auschwitz” mnie odstraszają, jak już, to tylko wolny wybieg :)

  12. Avatar
    July 30, 2015
    Reply

    Myślę, że samym clue jest zrozumienie tego, czego potrzebuje nasz organizm – po czym czuje się najlepiej. Świadome odżywianie jest kluczem do zdrowego życia. Ja bez odpowiedniej ilości mięsa jednak czuję się po prostu… słabo. Być może z wiekiem mój organizm zacznie zachowywać się inaczej, teraz nie wyobrażam sobie obiadu bez mięsa ;)

    • Avatar
      August 1, 2015
      Reply

      Mam podobnie szczególnie zimą, choć ta słabość musi się skądś brać, wierzę że znajdę na to sposób. Na pewno jak się je mało mięsa trzeba pamiętać o suplementacji wit. B.

  13. Avatar
    judyta a
    March 30, 2017
    Reply

    Bardzo podoba mi się Twoja filozofia , ja przestałam jeść mięso 1,5 roku temu mając niemal 38 lat.
    Na początku wieczne boje z moim partnerem , że dziwadło ze jem gówno , teraz każdy gotuje sam sobie i dość nas podzielił temat diety. Za mięsem przedtem też niezbyt przepadałam ale bałam się że nie będę potrafiła zbilansować dobrze diety( pomogly książki i akcja zostan wege na 30 dni) , poza tym mam sporą niedowagę-BMI ciut poniżej 17 , choć się nie głodzę. Nie przepadam za straczkami , pewno jem ich za mało , choć przyznam się ze raz na tydzień jem rybe, dość chyba sporo jajek eko . Moim motywem rezygnacji z miesa było wlasnie zdrowie , choć zwierzęta tez lubie , jednak na pewno jest daleka od nazywania mordercami tych co jedza mieso , ja już chyba miałabym z tym problem bo wygląda mi na trupa jak piszesz.. mam nadzieje ze wyniki krwi nie zmusza mnie do jedzenia miesa kiedyś … ogolnie miałam hemoglobinę 14,2-14,4- teraz za 4 mies spadla do 13,7 i trochę się zmartwiłam.. musze nadrobić straczkami..Ile Ty jesz straczkow dziennie? jesz je każdego dnia?

    • Hej Judyta. Nie jem strączków codziennie ani nawet często, ot tak jak mi się zachce, pewnie z kilka razy w miesiącu. Są wzdymające i ogólnie chyba jedzenie ich za często nie jest za dobre, a przynajmniej nie dla mnie. Za to w dużych ilościach wsuwam różne roślinne źródła żelaza – buraczki (uwielbiam pieczone), natkę pietruszki itd. I krew mam ok.

      Natomiast ja wciąż nie jestem zupełnie wege (i nie wiem, czy będę, bo obecny styl odżywiania mi służy). Raz na jakiś czas czuję, że bardzo muszę zjeść wołowinę, i wtedy robię to. Zakładam że moje ciało jest mądre i jeśli nagle tak się czegoś domaga to dlatego, że potrzebuje.

      PS. Choć faceci rzeczywiście są bardziej mięsni, to jeszcze nikt nie narzekał na to, co mu ugotowałam :)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *