Pod magicznym mostem #3: Żul jedzie tramwajem, czyli sam napisz swój scenariusz


Dzisiejsza opowieść toczy się nie pod magicznym mostem, tylko w tramwaju jadącym ulicami Łodzi, ale i pewien metaforyczny stan bycia pod mostem w niej występuje.

W Łodzi jak to w Łodzi – zawsze trafi się jakiś żul w tramwaju. Nie jestem tu zgryźliwa, tylko stwierdzam suche fakty, wystarczy przejechać się tam i z powrotem po starym Polesiu i Bałutach, nie pomijając zwłaszcza okolic Franciszkańskiej, by się o tym przekonać.

Tym razem nastąpiła kumulacja i spotkało się kilku amatorów piwka. Jeden taki bardziej zaawansowany, profesjonalny można by rzec, plus dwóch średniozaawansowanych, chyba nie aż tak zżulonych, bo mieli nawet telefony. Konwersowali dość głośno, a ja siedziałam przed nimi, toteż wszystko dokładnie słyszałam.

– Panowie, dajcie się napić – zagadał pan żul przyjacielskim tonem do nowych kompanów. – Suszy od rana. Dziękuję, panowie! Na Barlicki jadę, po dwa kartony papierosów, na święto, bo tu są po 5 zł. (Następnego dnia był 11 listopada.)

– Na Bałuckim są po 3,50 – zauważył jego rozmówca, nie będący do końca żulem.

– To dla mnie za daleko, ja wolę robić zakupy koło mojego miejsca zamieszkania – wyjaśnił pan żul.

Rozmowa toczyła się dalej i nabierała rumieńców.

– Sprawę w sądzie mam – kontynuował pan żul z żalem w głosie – bo z żoną do rękoczynów doszło. Bo mi nie pozwalała palić dwóch paczek! A sama pali pięć. A ja żadnego rozwodu nie chcę. Nie po to się żeniłem, żeby się teraz rozwodzić! – wytłumaczył logicznie.

Tramwaj jechał dalej ulicami Łodzi, przedzierając się mozolnie przez korki oraz menelską rzeczywistość, i zobaczyliśmy jakiegoś innego żula, stojącego na środku chodnika i kiwającego się pijacko w przód i w tył.

– Tak będziesz wyglądał niedługo – stwierdził jeden z dwóch nie-żuli.

– Tego to znam! – ożywił się pan żul. – To Mietek z noclegowni na Szczytowej! Jak tam było strasznie, to ja nie chcę tam wracać. Świerzb tam złapałem! Ale się wyleczyłem – dodał szybko. – Tam kradli, bili i gwałcili!

Uniosłam brew. Ciekawe, jakie jeszcze opowieści bym usłyszała, gdyby tramwaj nie stanął na przystanku, na którym ten miły człowiek wysiadał, by kupić na święta kilka kartonów papierosów. Rozmowa ucichła.

I pomyślałam sobie wtedy: Jakie to wszystko jest względne. To nam się tu wydaje, że do niczego w życiu nie doszliśmy. Ciągle nam mało. Tak się rozdrabniamy nad tym. Tak sobie poszukujemy ciężarów do dźwigania, przeszkód, które moglibyśmy nazwać problemami. Tak nam się ciągle wydaje, że inni lepiej wszystko ogarniają, że lepiej potrafią żyć od nas.

Fascynujące, jak bardzo scenariusze tych filmów zwanych życiem potrafią się od siebie różnić, w zależności od reżysera.

Ledwie zdążyłam to pomyśleć, gdy z przeciwnej strony tramwaju, dla odmiany z siedzenia przede mną, rozległo się entuzjastycznym, podniesionym tonem:

– No stary, i wyobraź sobie! I ona usiadła na mnie, już byliśmy oboje na golasa, i wtedy pomyślałem, że mnie zgniecie, nie miałem czym oddychać! To jej powiedziałem, żeby schudła, bo ma za dużą dupę! Wyobrażasz sobie??

Łódź, miasto filmowe. Tu powstają najlepsze scenariusze.

Previous Do lasu po spokój, radość i dla posprzątania bałaganu w duszy
Next Jak radzić sobie z emocjami? Sposób na wewnętrzną burzę