Po co żyć zdrowo, skoro można żyć niezdrowo?


To pytanie znajduje się w dziesiątce najczęściej zadawanych mi pytań, ilekroć rozmowa schodzi na tematy odżywiania. Inne pytania to na przykład “To co wy jecie? Sałatę?”, i “Ale nie brakuje wam niezdrowego jedzenia?”. Jest też nieśmiertelne hasło: “Na coś trzeba umrzeć”.

Kiedy sama poszukiwałam odpowiedzi na tytułowe pytanie, najbardziej przemówił do mnie argument o fabryce chemicznej. Wyobraźmy sobie, że jakiś inwestor, nazwijmy go Zdzisiek, stawia sobie fabrykę, produkującą gumowe kaczki. Projekt fabryki jest ekstra, jest ona hipernowoczesna, samywystarczalna i obliczona na 100 lat eksploatacji bez poważnych remontów. Jednak Zdzisiek słyszał pod sklepem, że bez remontów się nie obejdzie, więc zamiast potrzebnych do produkcji składników zaczyna używać odpadów z budowy u szwagra, do trybów zamiast smaru leje olej po frytkach, a zamiast uszczelkami, uszczelnia dziury swoimi starymi kalesonami. Nie dość, że wyprodukowane gumowe kaczki wyglądają jak z Czarnobyla, to jeszcze nie mija rok i cała fabryka idzie z dymem. Głupie, nie? To dlaczego robimy tak ze swoimi ciałami? A właściwie, ponieważ ciało to nie jest jakiś autobus, z którego można sobie wysiąść i iść do domu, tylko integralna część człowieka – dlaczego robimy tak z samym sobą?

Uściślijmy jeszcze, co to znaczy żyć zdrowo.
Człowiek to precyzyjny mechanizm, składający się z ciała, umysłu i ducha. Zdrowa dieta to tylko jeden z elementów, utrzymujących nas w równowadze. Dbanie o samo ciało nie wystarczy, jeśli tak poza tym codziennie biczujemy się emocjonalnie, wstydzimy się, że żyjemy, tkwimy w stresie albo zajeżdżamy się do granic możliwości. Tak samo sam rozwój umysłowy nie wystarczy, żeby dożyć setki w zdrowiu, bo o ile mi wiadomo, znana z Futuramy technologia pozwalająca na życie samej głowy w słoiku jeszcze nie jest zbyt popularna. Sama medytacja, jeśli poza tym tydzień w tydzień ostro imprezujemy, też nas nie uzdrowi – aczkolwiek może doprowadzić do tego, że zauważymy ten brak równowagi i będziemy chcieli go zmienić, więc jest lepsza, niż nic. Wszystko jest połączone. Ten podział na ciało i ducha, w który wszyscy wierzymy z powodów kulturowych, to fałszywa teoria, która wpędziła nas w choroby! Ciało to też TY, a nie jakiś twój pojazd, nawet, jeśli ci się to w ogóle nie podoba. Ciało, umysł i duch stanowią jedność i razem dają zdrowego, szczęśliwego człowieka. Albo powyginanego i marudzącego.
(Wedle niektórych przesądów za umartwianie ciała idzie się do nieba, ale ostatnio Latający Potwór Spaghetti mówił co innego, więc nie wiadomo. Na pewno idzie się do szpitala.)

Zadbane i kochane ciało odwdzięcza się. Ja w ogóle mam teorię, że wszyscy ludzie mający problemy ze swoimi ciałami nie kochają ich i nie szanują. Nie wiem, na ile jest prawdziwa. Na pewno za to można doświadczyć prawdziwości tego, że dbając o siebie, o swoje ciało, ducha i umysł staniesz się szczęśliwszy.
I właśnie dlatego ja osobiście wolę żyć zdrowo, niż niezdrowo.
Lepsze samopoczucie pojawia się na tyle szybko, że nawet polecam zrobić sobie kilkumiesięczny eksperyment. Jak nie pomoże – wrócisz do opychania się smażonym mięsem i picia gorzały co sobotę. Kiedy ostatnio zasypiałeś i budziłeś się z myślą, że lubisz swoje życie i nie chciałbyś go zamienić na inne? Ja mam tak codziennie. A nie było tak od zawsze.

Przez wiele lat odżywiałam się czymkolwiek, jadłam bardzo dużo mięsa, piłam strasznie dużo alkoholu, szczytem mojej aktywności fizycznej były tańce w klubach, brakowało mi celu, moje poczucie własnej wartości leżało i kwiczało, a za to miałam spory pęd ku autodestrukcji – kto mnie znał wtedy, ten pamięta. Byłam na krawędzi depresji przez dłuższy czas. Nie miałam żadnych pasji, zawodowo zaliczyłam glebę stulecia. Czułam się słaba i zagubiona życiowo, a jedynym, co było w stanie wyciągnąć mnie z dołka, były ciągłe imprezy. Zmiana diety, zadbanie o większą ilość ruchu, a przede wszystkim pokochanie siebie pomogły mi ten problem rozwiązać tak skutecznie, że aż się dziwię, jak ja wcześniej mogłam tyle czasu tak się męczyć? To naprawdę działa i zadziała też u Ciebie.

Nasza cywilizacja oczywiście sprawia, że z niektórych rzeczy bez wyprowadzki na koniec świata nie jesteśmy w stanie zrezygnować, na przykład ja pisząc ten tekst znajduję się w polu elektromagnetycznym mojego kompa, promieniuje na mnie wifi, wącham przez okno spaliny, obok leży mój śmiercionośny telefon komórkowy itd. Mimo tego, każdy mały kroczek w dobrą stronę robi zauważalną różnicę. Widzisz, że jest coraz lepiej, i tym bardziej nie masz ochoty zawracać z tej drogi. Zmieniasz swoje życie tam, gdzie możesz to zrobić – a w wielu miejscach masz taką możliwość, więc już nie gadaj, że ci to brutalna rzeczywistość uniemożliwia. Zobacz, ile ta rzeczywistość daje Ci okazji, może warto z którejś skorzystać, zamiast kwękać, że to i tak nie wypali?

Krąży jeszcze opinia (wzięta chyba z reklam telewizyjnych), że można spokojnie żyć niezdrowo, bo później zjemy jakieś tabletki na wątrobę, jakieś suplementy witaminowe i wszystko wróci do normy. Tu ponownie przywołam przykład z fabryczką chemiczną pana Zdziśka. Na dłużsżą metę, żeby nie wiem jakie stosować środki zaradcze, jak mocną nitką cerować powstające dziury – w końcu te gacie się urwą i tryby się rozsypią. Żeby maszyna działała, trzeba ją po prostu zasilać dobrym paliwem. I wkładać serce w cały ten biznes. Za to, jeśli mówimy o perfekcyjnie działających machinach, zwróć uwagę, jak doskonale sprzedają się takie leki. Ale, by nie zostać posądzona o rozprzestrzenianie teorii spiskowych, na tym zakończę ten temat.

Regularnie zamieszczam na tym blogu różne porady, jak dbać o siebie, nawet powstał o tym specjalny dział, więc nie będę się tu teraz rozwlekała. Przy tym podkreślam, że stale się uczę i zapraszam, żebyście uczyli się razem ze mną i dzielili się tym, co już wiecie.

A propos pozostałych pytań postawionych we wstępie tegoż tekstu:
Zwykle jem głównie warzywa, owoce, ziarna, kasze, orzechy i tego typu smakołyki. Ale nie, że ortodoksyjnie, cały czas i nigdy nie spoglądając na inne dania. Po prostu wybieram takie jedzenie na co dzień. Można z tego ulepić sporo frykasów i solidnie się nimi najeść. Może to potwierdzić również Wojna (a żeby nakarmić chłopa, to naprawdę nie wystarczy jakaś sałatka).
Ostatnio zdarzyło mi się z czystego łakomstwa zjeść kilka racuszków, smażonych na głębokim tłuszczu, z ciasta drożdżowego, białej mąki, białego cukru, słodki, przepyszny smak dzieciństwa. Były super, ale miałam takiego kaca po nich na drugi dzień, jak po solidnym melanżu. Cały dzień ruszałam się jak mucha w smole i miałam watę zamiast mózgu. Może było warto – ale nie powtórzę tego za szybko.
Ogólnie jemy, co chcemy. Tylko, że zwykle chcemy jeść to, po czym się dobrze czujemy. Jeść, żeby żyć.
To tyle w kwestii odczuwania jakiegokolwiek braku.

A czy “na coś trzeba umrzeć?” Idź do hospicjum i zapytaj jakiegoś palacza umierającego na raka płuc, czy na coś trzeba umrzeć, zanim zaczniesz dalej powtarzać podobne bzdury. Wypadki losowe to jedno, ale nie zamierzam specjalnie ściągać sobie na głowę nieszczęść. Życie jest zbyt piękne i cenne, by skazywać się na cierpienie z powodu głupoty, ignorancji i ludowych porzekadeł.

Pozdrawiam i życzę Wam słonecznego dnia!

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *