Plusy i minusy bycia zimą w górach


Muszę przyznać, że trochę się cykałam jechać w te góry. Wiedzą to wszyscy, którzy słyszeli moje błagalne nawoływanie o pomoc przed wyjściem na szlak (czyli całe cztery osoby). Na szczęście wróciłam cała, zdrowa i niespodziewanie zadowolona.

PLUSY:

  • Góry zimą dobrze wyglądają. Dla porównania: morze zimą to ciekawostka, na którą można popatrzeć pięć minut i lepiej już sobie szybko iść gdzieś, gdzie jest trochę mniej wietrznie i podają ciepłą herbę. Natomiast góry… Można patrzeć i patrzeć, nawet nie czujesz, jak już do połowy zamarzłeś i dalej gapisz się na nie jak cielę na malowane wrota.
  • Energia górskiego kurortu jest inna, niż nadmorskiego. Nad morzem ludzie snują się, rozleniwieni upałem. W górach jest bardziej aktywnie. Nie ma też przerażających tłumów, a towarzystwo składa się raczej z dziarskich ludzi w sportowych kurtkach z dzieciakami uczącymi się jeździć na nartach, niż z tatuśków stawiających sobie dziesiąte piwo na brzuchu, podczas gdy jego pociecha sika do morza.
  • Wyjście w góry jest też fajną okazją do przekroczenia własnych granic, nawet jeśli jest to tylko granica lęku przed długim spacerem po nierównym terenie. Bo naprawdę nie trzeba od razu iść na Giewont. Motywacja do pokonywania nieco trudniejszych tras po przejściu tej łatwiejszej jest konkretna. Satysfakcja też. A kontakt z dziką przyrodą jest fantastyczny nawet, kiedy ta przyroda śpi. I pomyśleć, że zawsze chodzenie po górach było dla mnie jakimś dramatem i wielką traumą. Może to mija z wiekiem, jak nienawiść do wytrawnego wina, whisky i brukselki.
  • Krupówki! We wszystkich knajpach jest tak samo, czyli dobrze. Dostajesz to, po co przyjechałeś: baraninę, pstrągi, grzane piwo z miodem i goździkami, śliwowicę, miodulę i góralskie zawodzenie przy akompaniamencie skrzypek. Na ulicy co krok spotykasz machających do ciebie ludzi przebranych za pluszowe tygrysy i Myszki Miki. Jeśli masz hajs do wydania, to wokół jest do kupienia masa ciekawych produktów regionalnych, których nie znajdziesz na jarmarkach organizowanych z byle okazji w twoim mieście. Wszystko tętni życiem i kojarzy się trochę z grami komputerowymi polegającymi na budowaniu rozrywkowego imperium, jakieś Rollercoaster Tycoon czy coś, tylko kolejki górskiej brakuje – jest za to kolejka na Gubałówkę.

krupowki

MINUSY:

  • Wjazd i wyjazd z Zakopanego wymaga wzięcia dodatkowego dnia urlopu. Trzy godziny stania w pięćdziesięciokilometrowym korku wydrenowało mój mózg tak kompletnie, że do dziś z trudem potrafię sklecić dwa zdania. Ci ekologiczni górale, którzy opierają się poszerzeniu drogi, powinni sobie zadać pytanie, czy wolą nontoper wąchać spaliny z samochodów stojących u nich pod mostem, czy może jednak lepiej byłoby, gdyby te samochody jechały.
  • Kurtka, trzy swetry, zimowe buty, ocieplane rajty i wypchany podręczny plecak – to jednak trochę waży, a nie jedzie się w góry po to, żeby siedzieć w pokoju i wyglądać przez okno, wiec trzeba z tym brnąć przez śniegi. Pierwsza godzina jest spoko, później testowałam możliwości swoich ramion. Kilka rozciągających powitań słońca po powrocie naprawdę uczyniło cuda, a i tak nie ustrzegło mnie przed zabójczymi zakwasami następnego dnia po zaledwie króciutkim, dziesięciokilometrowym spacerku.

Konkluzja jest taka, że góry zimą są fajne. Tylko spójrz, gdzie jedziesz. Jeśli naprawdę nie znosisz sportów zimowych, jak ja, to koniecznie upewnij się, czy nie zaczniesz obgryzać z nudów tapet ze ścian, gdy twój facet będzie sobie szusował po stoku z uśmiechem na ustach. Po prostu większa miejscowość jest lepsza w tym wypadku. Do małej pojedziesz sobie latem. Zakopane to zawsze dobry wybór. Ja jestem też chętna do odwiedzenia Białki Tatrzańskiej z powodu tamtejszych basenów termalnych – ale to następnym razem.

I już zastanawiam się, gdzie pojechać, kiedy zrobi się cieplej.

Obejrzyj też moją relację ze zdjęciami.

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *