Pamiętnik z Indii #2: Anjuna i Palolem


Oto moje pamiętniki pisane i publikowane na słonecznym fanpage’u w trakcie mojej podróży do Indii w kwietniu 2016. Pierwszą część tej relacji znajdziesz tutaj.

3 kwietnia 2016

Jak szybko może się znudzić radosne wydawanie siana na co popadnie? Mnie wystarczyły niecałe dwa tygodnie.

Wszystkie te moje relacje i zdjęcia, wrzucane tu i na instagram, dają wrażenie, że wiodę teraz takie rajskie życie, no nie? Całymi dniami obijam się beztrosko, odpoczywając od rzeczywistości… żyć nie umierać!

Tymczasem Indie potrafią nieźle dać w kość. Taka podróż jak nasza zupełnie nie ma nic wspólnego z wakacjami all inclusive w hotelu z basenem. Nie wspominając już, że bardzo lubię moją polską rzeczywistość i nie mam potrzeby od niej odpoczywać ani się odrywać.

Moja relacja z Azją weszła już chyba w ten etap, kiedy różowe okulary spadają i rozbijają się w drobny mak, a na wierzch wychodzą pierwsze wady.

Plaże Goa to jedna rozpasana konsumpcja – jedzenie, drinki i inne wynalazki, ciuchy, wisiorki, imprezy, wycieczki, sporty wodne, chciałoby się dodać jeszcze: chuje muje, dzikie węże. Jest tu wszystko, za co tylko turyści chcieliby zapłacić… i nic poza tym. Jeśli nie masz ochoty ciągle międlić pieniędzy, to odkrywasz ku swemu rozczarowaniu, że nie ma tu za wiele do roboty. Wszystkie te miłe plażowe bary wyglądają identycznie, a codzienne jedzenie w nich przywodzi na myśl jakąś pułapkę w pętli czasowej. Od kilku dni gotujemy sobie sami w hostelowej kuchni. Z imprezami jest tak samo. Jeśli byłeś na jednej, to byłeś już na wszystkich. W dodatku transowe plenery w Europie mają lepszy klimat.

Leżenie z książką? Niezbyt dobrze rozumiem, po co jechać w tym celu aż do Indii. Poszukiwanie duchowości? Pomijam już, że te ajurwedyjskie i jogowe klimaty tutaj są dobrze prosperującym biznesem nakierowanym na turystów, wydającym nań niemałe pieniądze. Ale przecież wszystko i tak jest wewnątrz. Szukanie na drugim końcu świata czegoś, co od początku jest w tobie, wydaje mi się nieco zbyt okrężną drogą.

Odkrywanie różnic kulturowych, poznawanie odmiennych światopoglądów… fakt, to się nie nudzi. To fascynuje i wykańcza. Wszystko tutaj jest obcą, alternatywną i podszytą absurdem wersją tego, co znane. Chwilami jest tego za wiele dla mnie, jest za długo, za mocno i końca nie widać. Ten świat i nasz świat są tak różne od siebie, że nigdy nie będą mogły się zmieszać i połączyć. Nie dziwi mnie już ani trochę, że imigranci w Europie nie asymilują się. Ja tu też się nie asymiluję. Pływam na powierzchni tej pysznej, gęstej, indyjskiej zupy i nie umiem zanurkować. Chciałoby się czasem czegoś zwyczajnego. Pomidorówki jakiejś.

Od paru dni zwiedzamy Goa na skuterze. Daje to tyleż radości, co lęku, bo chaotyczne indyjskie drogi surowo się z nami obchodzą. (Chciałam przez to powiedzieć, że mieliśmy wypadek na skuterze i omal nie zginęliśmy pod kołami jakiegoś samochodu wyjeżdżającego na pełnym gazie z podporządkowanej drogi prosto na nas, ale skończyło się na pozdzieranych łokciach i kolanach i wielkich emocjach. Przez dwa dni nie miałam ochoty oglądać tego kraju i w ogóle w nim być. Później mi przeszło.) Jednak eksploracja zakamarków świata, w którym się znaleźliśmy, jest na tyle atrakcyjna, że bierzemy to ryzyko na klatę. Poza tym na motorku łatwiej znieść oszałamiający upał, który bez wiatru staje się nie do wytrzymania, nawet w środku nocy wyciska siódme poty, a w południe obezwładnia i odbiera resztki sił.

Cóż chcecie mi pokazać, Indie? Czego się od was dowiem o sobie? Jestem na półmetku podróży i czasem mam was dość.

(Szczególnie waszego ruchu drogowego. Jeszcze przez kilka tygodni po powrocie na dźwięk wskazujący na to, że gdzieś w pobliżu znajduje się jadący samochód, zaczynałam cała skakać i kręcić się wokół własnej osi rozglądając się, czy coś we mnie nie wjeżdża.)

Ale nie przyjechałam tutaj dla kilku ładnych widoczków i pinacolady w plażowym barze. Chciałam autentycznego doświadczenia, innego niż wszystko, co do tej pory przeżyłam. Więc mam. Piękne i trudne. Wgryzam się w bieżącą chwilę, wysysam z niej soki i wciąż się na nowo zadziwiam tym, co tu widzę, słyszę, smakuję i czuję… I dziękuję, że mam taką możliwość, bo naprawdę – tego to jeszcze nie było. Jest grubo.

6 kwietnia 2016

Dzień 18. Zaczynam to lubić.

Dworzec autobusowy w Indiach: na placu stoi pięćdziesiąt zabytkowych autobusów TATA, nikt nie słyszał o rozkładzie jazdy, ale nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem dobrego autobusu i nigdy nie trzeba na niego czekać. Dookoła kręcą się naganiacze, głośno nawołując, by ludzie wsiadali akurat do nich, bo w danym kierunku odjeżdża właśnie pięć innych autobusów. Niektóre z nich są wymalowane na tęczowo i przystrojone kwiatami. Wszystkie w środku mają ołtarzyki z hinduskimi bóstwami (czasem jest też Jezusek do kompletu), udekorowane girlandami z kwiatów i szaleńczo migających światełek. Leci głośny indyjski pop. Niektórzy pasażerowie śpiewają. Wszystkie okna są otwarte, miło wieje i można sobie elegancko jechać, przeważnie będąc przytulonym do jakiegoś przysypiającego wąsatego Hindusa w koszuli i klapkach.

To nasza nowa rozrywka: zwiedzanie okolicznych miejscowości autobusami. Za grosze, dosłownie, można zrobić sobie całodzienną wycieczkę i w dodatku nacieszyć się lokalnym kolorytem. (To naprawdę jedna z najciekawszych niskobudżetowych opcji na bezpieczną i przyjemną przygodę, jeśli chodzi o Goa. Można pojeść streetfoodu na dworcach, pogapić się ukradkiem na barwne stroje i specyficzny styl kobiet, obejrzeć kawał okolicy i nasłuchać się dziwnej muzyki, a na dodatek panowie w tych autobusach ustępują miejsca kobietom, tak że prawie zawsze siedziałam. Miłe, prawda?)

I tylko tak się nie mogę nadziwić – przecież dla kogoś, kto mieszka tu od urodzenia, to właśnie tu jest normalnie, a gdyby go tak wysłać do Polski, to bankowo by się załamał, biedaczyna. Że jak to nikt nie trąbi na drogach, co za chamy! Nie ma tego takiego wihajstru do podmywania wiszącego obok kibla, tylko jakiś obleśny papier toaletowy? Nie można palić grubych jointów w każdej knajpie pod samym nosem obsługi? Nie ma godzinnej dyskusji o cenie trzech bransoletek? Gdzie są wszystkie wegetariańskie bary, co ja mam jeść? Co te dziewczyny mają na sobie? I dlaczego wszyscy są tacy smutni? Zabierzcie mnie z powrotem do Indii!

Jaka to “zwyczajność” jest względna… coś pięknego :D

9 kwietnia 2016

Wakacje na Goa – bambusowe chatki, szeroka biała plaża, delikatne fale i wyluzowane bary z tanimi drinkami i pysznym egzotycznym żarciem. Jeżeli tak sobie to wyobrażacie, to z całą pewnością macie na myśli Palolem. Nasz nowy domek cały się trzęsie, kiedy po nim chodzimy, a po terenie biegają stada czarnych prosiaków, ale okolica jest zdecydowanie najbardziej urokliwa z dotąd odwiedzonych. W spokojnej zatoce nareszcie da się normalnie pływać, gęsty palmowy las daje upragniony cień, a z naszego domku do morza jest jakieś 20 metrów. Palolem wygląda jak typowa pocztówka z Goa. Aż trudno to porównać do imprezowej Anjuny z jej rozsypującymi się guesthousami, dużymi hałaśliwymi knajpami, poszarpanym skalistym brzegiem i plażą znikającą pod półmetrowym przypływem.

A jednak Anjuna też miała swój urok – mieszkaliśmy w mega klimatycznym hostelu pełnym artystycznych wolnych dusz, tupaliśmy na wielu imprezach z kosmiczną muzyką, targowaliśmy się do ostatniego grosza na niezliczonych straganach z hippisowskimi fatałaszkami i przesiąkaliśmy tym legendarnym, offowym klimatem psychedelic trance’owego Goa, które, choć zupełnie inne niż w moich wyobrażeniach, jest wciąż wyraziste i żywe.

Ogólnie ciśnienie opadło i nastąpiła pełna akceptacja wszystkiego, co mnie tu spotyka. Cieszę się tą podróżą, każdą z jej chwil. Uwielbiam ten porąbany klimat Indii, to coś, co wymyka się słowom, tę intensywność, gorący wiatr, zapach świeżo upieczonych placków naan, soczystość świeżych owoców, żar w oczach ludzi i głęboką autentyczność tego miejsca, które jest, jakie jest, i niczego nie udaje.

Pławię się w tym! Pozdrawiam Was! Namaste

10 kwietnia 2016

Uwaga, będę pisać o jedzeniu :D

Nie wiem, jak się do tego ma zdrowe i zbilansowane odżywianie, ale od pewnego czasu podstawę mojej diety stanowią serki paneer w kolejnych czarodziejskich, korzenno-ostrych albo orzechowo-warzywnych sosach. Kuchnia indyjska jest prosta, opiera się na różnych hojnie przyprawionych papkowatych sosach z warzywami lub mięsem (bardzo dużo dań wege) i dodatkach w postaci chlebków, placków i ryżu na milion sposobów. Wszystko nakłada się samemu na talerz z osobnych naczyń, więc zamawiając dania dla kilku osób można za każdym razem pobawić się we wspólną degustację, a na dłuższą metę robi się z tego jedna wielka rozpasana, hedonistyczna rozpusta kulinarna :)

Dla tych, którym znudziły się indyjskie sosy, do wyboru są jeszcze dania chińskie, tajskie, tybetańskie i szybki przegląd kuchni europejskich (gdyby ktoś grymasił, to jest nawet pizza ;) ). We wszystkich knajpach jest mniej więcej to samo i o dziwo we wszystkich jest tanio i dobrze. (Za to w żadnej nie jest szybko, więc wszystko się zgadza.) Gratis za każdym razem mamy gwarantowany widok na morze albo na ruchliwą uliczkę azjatyckiej miejscowości letniskowej – to drugie ogląda się jak dobry spektakl ;)

W sumie wolę gotować niż jeść ciągle w knajpach, bo traci to urok, nawet w Anjunie gotowaliśmy (o jaki dobry był ten kalafior… był taki ZWYKŁY :D ), ale teraz na finiszu nie mogę się oprzeć tym kolejnym identycznym bambusowym restauracyjkom i ich podobnym do siebie menu (koniecznie w gumowej okładce jak na zeszyt), z ich wszystkimi pysznościami, delicjami, nektarem i ambrozją. Jadę z tematem!! Uwielbiam dobre jedzenie.

15 kwietnia 2016

WRÓCIŁAM DO POLSKI :D Pierwsze wrażenia:

1) Wszystko jest normalnie! :D
2) Wszystko jest normalnie! :(
3) Jet lag daje popalić – dziś o 4 rano wyskoczyłam wyspana z łóżka. Do 6 miałam już zrobione dwa prania, menu na przyszły tydzień i listę zakupów.
4) Zimno! Śmiejcie się, ale wczoraj po powrocie byłam na spacerze w zimowej kurtce i grubej bluzie. I nadal było mi chłodno.
5) Dziwna sprawa, wszyscy wokół są biali i do tego mówią po polsku. (Przez cały miesiąc nie spotkaliśmy ani jednego Polaka. Mało który z Hindusów w ogóle wiedział, że istnieje taki kraj jak Polska. Nie dowierzali, że język, którym mówimy, to nie jest rosyjski.)
6) 35 godzin powrotnej podróży autobusem, pociągiem typu sleeper, bombajską kolejką w godzinach szczytu, szalonym tuktukiem potrzebującym metr miejsca, żeby na pełnym gazie jechać slalomem przez zakorkowaną ulicę, dużym samolotem, mniejszym samolotem i w końcu samochodem taty daje łącznie ponad 7 tysięcy pokonanych kilometrów, zryty łeb i nieziemską radochę.
6) Kolory wokół jakieś takie wyblakłe.
7) Ale śniadanko dzisiaj to mi smakowało, oj taak ^_^

Witajcie z powrotem! :D

I to już wszystko, jeśli chodzi o moje Indie.

Będą się ukazywały jeszcze różne indyjskie wpisy tematyczne, na przykład ciągle wierzę, że uda mi się zebrać do kupy i wrzucić tu jakieś hinduskie przepisy kulinarne, po głowie chodzą mi też inne konkretne tematy.

Koniec końców gdzie byśmy nie pojechali, nawet na najdalszy kraniec świata, wszędzie zabieramy tam samego siebie i tak naprawdę w tej odległej rzeczywistości to siebie oglądamy i poznajemy pod różnymi niecodziennymi kątami. I to jest chyba najlepsze w podróżowaniu.

Previous Dharma Festival 2016. Magia istnieje!
Next Słonecznik #4: Lato niespodzianek
  • Żałuję, że akurat nie miałam okazji poznać tej części Indii! Tam, gdzie mieszkałam nie było ani jednego turysty. Za to był jeden hotel i kilka barów. Właściwie to okienek, w których można było kupić na sztuki papierosy i tanie przekąski. Teraz narobiłaś mi smaku na Goa. Może kiedyś… Na chwilę obecną zachwycam się innymi rejonami świata. Jednak doskonale Ciebie rozumiem w kwestii mieszanych uczuć do Indii. Tak, one naprawdę potrafią nieźle dać w kość.

    • Ja dla odmiany chętnie poznałabym takie miejsca, w których nie ma turystów :)

      • Ola

        To wszystko jeszcze przede mną, ale brzmi bardzo ekscytująco! A czy jest jakieś miejsce albo pomysł na podróż na pierwszy raz w Indiach, który byście poleciły dziewczyny? Buziaki z deszczowego Amsterdamu ;)

        • Ola to zależy, co Cię interesuje, bo Indie są strasznie wielkie i ich stany różnią się od siebie chyba jeszcze bardziej, niż kraje europejskie między sobą. Typowe widoki kojarzone z Indiami czyli Taj Mahal, Varanasi itd to raczej podróż po północy Indii. Mnie skusiły plaże Goa ze względu na to, że swego czasu była to mekka hipisów, ale jeśli chodzi o południe, to ponoć pięknie i bardziej spokojnie jest w Kerali. Do planowania podróży polecam Ci stronę lonelyplanet.com, która rozwiewa wszelkie wątpliwości :)

  • Znów przypomnialaś mi, że mi już narobiłaś smaku na Indie. Na finiszu pracowania gdzie pracuję i mieszkania gdzie pracuję jestem tym wszystkim już tak bardzo zmęczona, że nie uwierzysz.

    • Uwierzę, takie ostatnie podrygi najtrudniej wytrzymać, szczególnie kiedy wiadomo że już niedługo koniec udręki :p Spoko, już niedługo warszawski lans, samochody restauracje i dyskretny chłód ;)

  • Ale cudna relacja! Bez różu achów, ochów i zachęt. Masz rację, że najlepszy stan w podróży to ten, gdy kolorowe okulary rozbijają się z hukiem, jest zniechęcenie, tęsknota za “normalnością”, a później pełna akceptacja. Wtedy się zaczyna autentyczność w podróży i to ten stan wspomina się przez resztę życia. Przynajmniej ja wspominam :) Pochłonęła mnie ta historia!

  • Jak się czyta to ma się wrażenie jakby się tam rzeczywiście było, pachnie mi pzygodą ! ;)

  • Ola

    Czyta się fantastycznie! Pierwszy raz zajrzałam na Twojego bloga i się całkowicie wciągnęłam – ekstra :) Zazdroszczę Ci niesamowitej wyprawy – tak całkiem innej od europejskich wojaży. Mam tylko jeden dylemat. Sama bardzo chciałabym zobaczyć jakie są Indie od środka, zobaczyć kulturę, te autobusy, no i spróbować wegetariańskiego jedzonka! :) Z drugiej zaś strony bardzo bałabym się biedy, którą mogłabym dostrzec. To jest tak okrutne i przygnębiające, że nie wiem, czy bym to przetrwała :(

  • Przepiękna podróż! Wyprawa do Indii to jedno z moich marzeń. Zostaję u Ciebie na zawsze! :)