“Obywatel” – nie dla szarego obywatela


Wiedziałam, że pójdę na film Jerzego Stuhra “Obywatel” jak tylko zaczęli go kręcić. A wiedziałam to stąd, że część scen kręcili pod moimi oknami. Nawet musieliśmy przestawiać naszą furkę, żeby nie wchodziła im w kadr. Chyba nie byłabym sobą, gdybym nie chciała zobaczyć własnego podwórka na wielkim ekranie.

Zwiastuny filmu przedstawiały go jako wyluzowaną i zabawną komedię, a promocyjne hasła obiecywały polskiego Forresta Gumpa, więc wszyscy zainteresowani nastawili się na przyjemną rozrywkę. Cóż – pierwsze opinie, które do nas dotarły, nie były zbyt pozytywne. Tradycyjnie pozbyłam się więc jakichkolwiek wstępnych oczekiwań i wybraliśmy się do kina (studyjnego oczywiście – niektóre filmy są stworzone do oglądania w kameralnych wnętrzach pachnących starym kinem, nie popcornem. I mniej reklam jest. A w łódzkim Charliem w poniedziałki bilet kosztuje 12 złotych, i nie lokuję tu żadnego produktu, tylko polecam od siebie).

Film jednak po tym całym kreowaniu na jakiś kultowy szlagier mnie rozczarował. Jest niszowy, może za bardzo. Do jego oglądania trzeba mieć pojęcie na temat realiów poprzedniego stulecia, bo dla osób niewtajemniczonych, choćby tych urodzonych w latach dziewięćdziesiątych, film będzie po prostu niejasny i nudny. Ja – trzydziecha – nadążałam, ale z trudem i bez szczególnej frajdy. Taka dość intelektualna rozrywka, i to raczej intelektualna, niż rozrywka. Dla młodzieży szkolnej na przykład film nadaje się chyba tylko do puszczania na lekcjach historii w celu przybliżenia epoki PRL i przemian ustrojowych. I to opatrzonego komentarzem, by nikt nie pomylił rzeczywistości z osobistymi poglądami reżysera. Dodam, że zupełnie inne wrażenie mogą odnieść osoby dobrze pamiętające tamte czasy, więc podkreślam, że jest to wrażenie subiektywne.

Czy komedia? No, nie wiem. Jak już, to chyba raczej Dzień Świra, odwrócony Nikodem Dyzma, a także Jan Piszczyk, niż Forrest. W Forreście mieliśmy sympatyczną postać, emocjonującą fabułę – tu nie bardzo. Film opowiada historię przeciętniaka i konformisty, trochę ofiary losu, który chce mieć tylko święty spokój, a obrywa na każdym kroku po łbie to z jednej, to z drugiej strony. Nie brzmi to jakoś szczególnie ekscytująco, co? No właśnie. Dobrze, że przynajmniej jakoś w miarę lekko się to oglądało, było kilka zabawnych scen, nie mam też żadnych zastrzeżeń do gry aktorskiej i podobał mi się sposób przedstawienia akcji – skaczący po chronologii jak popadnie, ale przejrzysty. Niestety głównego bohatera, granego przez trzy osoby (ojca, syna i jeszcze w bonusie jednego chłopczyka), trudno jest zrozumieć, a jeszcze trudniej polubić, a nie jest na tyle komediową postacią, żeby można było się chociaż z niego pośmiać.

Po filmie, jeśli ktoś znalazł temat choć trochę interesującym, można za to chwilę o nim pomyśleć i podyskutować, i to jest jeden z kilku plusów i powodów, dla których można się ewentualnie wybrać do kina. Mamy tu całą masę symboli i aluzji, wyrazisty acz mocno przerysowany portret Polaka i polskiego narodu, poruszone zostały też wszystkie możliwe tematy tyczące się ubiegłego pięćdziesięciolecia, a każdą scenę filmu możemy poddawać interpretacji – co miał na myśli autor, a co myślimy o tym my, siedzący tutaj, tak, że nauczyciel polskiego też może mieć pełne ręce roboty. O ile mu uczniowie nie pozasypiają.

A co z szarym, przeciętnym obywatelem, który chce sobie iść do kina i dobrze się bawić? To chyba jednak nie na ten film. Albo z pełną świadomością, o czym on jest. Ja w sumie nie żałuję, mogło być gorzej. Ale tym razem zachwytu nie było. W sumie szkoda. Nawet nie chcę wiedzieć, co w nim było autobiograficznego. Za to przynajmniej było moje podwórko ;) W przenośni i dosłownie.

1 Comment

  1. Avatar
    November 26, 2014
    Reply

    Ja jakoś z dużym dystansem podchodzę do polskich produkcji. Myślałem, że tym razem też będzię fajnie, ale po Twojej opinii zacząłem wątpić.

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *