Nowe życie singla, czyli oddajcie mi mój slow life!


Ten rok obfituje u mnie w niespodziewane odkrycia – najnowsze jest takie, że slow life, czy jak kto woli ogólnie życie we własnym tempie i w zgodzie z samym sobą, jest dużo prostsze, kiedy się je z kimś dzieli.

Jak żyć w stylu slow, kiedy niedawno zakończył się twój związek i dotychczasowe życie wywróciło się do góry nogami? No właśnie. Też sobie musiałam zadać to pytanie :)

Morze nowych możliwości

Kiedy zamykają się jedne drzwi, otwierają się inne. Chyba jeszcze nigdy tak dobrze tego nie poczułam. Otworzyło się przede mną milion drzwi naraz. Oszołomiła mnie ich różnorodność. Chciałoby się wejść we wszystkie, sprawdzić, co tam jest. Odkurzyć wszystkie swoje marzenia, które latami czekały na realizację. Rozwinąć skrzydła i stworzyć siebie na nowo. Tyle, że doba ma tylko 24 godziny. A do tego… ja przecież tak lubię mieć lenia :)

Dowiedziałam się, jak to jest biegać sześć razy w tygodniu na kursy tańca, warsztaty bębniarskie, spotkania towarzyskie; przypomniałam sobie, jak to jest poznawać i zaczynać wszystko od początku. Ten czarujący blask nowości. To uczucie, kiedy rano tańcząc robisz śniadanie z radością na myśl o tym, co cię dziś czeka. To wiercenie się w łóżku nad ranem, kiedy już byś chciał wstać, bo tak bardzo nie możesz się doczekać następnego dnia!

Ale też to zagubienie, kiedy pierwszy raz orientujesz się, że jesteś zmęczony i że to tempo nie jest tak naprawdę twoje. Kiedy uświadamiasz sobie, że śpisz teraz mniej, niż kiedyś, że nie masz czasu na książki i że twoja wena twórcza dramatycznie błaga o trochę przestrzeni. I niepokój, czy aby na pewno chcesz, żeby to tak dalej wyglądało.

Odkryłam, że nie da się być w pełni poświęconym życiu przez cały czas. Nie da się robić wszystkiego bez przerwy na sto procent. Nie dałam też rady pisać bloga przez te ostatnie tygodnie, przez które przeleciałam na pełnym gazie. Wakacje od blogowania były mi może potrzebne, ale głównie po to, żeby sobie uświadomić, jak bardzo to miejsce jest potrzebne nie tylko Wam, ale też mnie – bo to jest też i moja bezpieczna, kojąca przystań.

To nie jest ważne, że nie osiągniesz celu JUŻ. Droga jest ważniejsza niż ten cel. Wyobraź sobie, że twoja pasja jest talerzem czegoś oszałamiająco pysznego. Twojego mega ulubionego dania. Czy nie będzie ci szkoda pożreć go byle szybko, napychając się nim i połykając bez gryzienia, ociekając sosem i zostawiając tłuste plamy na obrusie – tylko po to, żeby zaspokoić głód? To prawda, że czasem jest się bardzo głodnym… Ale czy nie fajniej będzie jednak posiedzieć dłużej w tej restauracji, a poza daniem głównym podelektować się spokojnie zarówno przystawkami, jak i deserem?

Jesteś w końcu w najlepszym towarzystwie – swoim własnym.

Z takiego oto założenia wychodząc, pozwoliłam sobie na niepójście tu i tam, na pobycie w stanie słodkiego nicnierobienia, na weekendy cudownego samolubnego zajmowania się sobą, na pozwalanie, by czas płynął bezproduktywnie. Produktywność to pułapka naszych czasów. To iluzja, że jesteś bliżej czegoś, gdy tak naprawdę jesteś coraz dalej… i dalej… od samego siebie.

Nie jest tak?

Zdążę wejść do wszystkich tych drzwi, które są moje. One mi nie uciekną. Tobie twoje też nie uciekną. To jest właśnie najlepsze. To jest cała tajemnica.

slow life

Osamotnienie w tłumie

Najbardziej bolesna jest samotność. Wszystko byłoby całkiem spoko, gdyby nie ona. Ja bardzo lubię być sama i potrzebuję czasem się oddalić od ludzi, żeby sobie powyczyniać różne bzdurki, kiedy mnie nikt nie widzi. Ale kiedy jesteś sam cały czas, to powstaje wrażenie braku równowagi. Nie ma tego kogoś, kto cię bardzo dobrze zna i do kogo swobodnie możesz się przybliżyć, kiedy masz ochotę na towarzystwo. Odkrywasz, że wszyscy znajomi jednak mają swoje życia i jedyną osobą, która zawsze jest przy tobie, jesteś ty.

Naturalnym sposobem na samotność jest otaczanie się ludźmi. Tyle, że szybko odkrywasz, że to też jest samotność, tyle że inna. Może nawet głębsza.

Czasem patrząc na bujne, kwitnące życie towarzystkie wokół mnie, na ulicach, w galeriach handlowych, na imprezach w klubach, czułam się jak na tych filmach, kiedy ja stoję bez ruchu, a wokół mnie świat zasuwa w przyspieszonym tempie i nic z tego nie wynika. Rozmowy bez znaczenia, chaotyczne gesty, nienaturalne ruchy, pustka i nicość.

Samo życie towarzyskie nic nie daje. Daje coś otwarcie się przed kimś. Nawiązanie prawdziwego kontaktu. Wspólne doświadczanie. Dzielenie się sobą i przyjmowanie kogoś do swojego życia. Nie wszystko jest od razu, na to też potrzeba czasu. Ale spędzanie tego czasu, kiedy ja dalej jestem zamknięta w swoim pudełeczku i tylko pozornie jestem z ludźmi, również pozamykanymi w swoich pudełeczkach, jest po prostu bez sensu. Ma się ochotę przerwać spotkanie i brać nogi za pas.

Kluczem jest odnalezienie ludzi, którzy są podobni do ciebie, lubią podobne rzeczy, mają podobne spojrzenie na sprawy, które wspólnie was interesują. Ale żeby to się wydarzyło, trzeba wyjść z pudełeczka. Nie kiś się w nim dla kogoś specjalnego. Już go znalazłeś. Ty jesteś tym kimś. Jeśli pokażesz światu siebie, to świat odpowie.

Ja widzę to po moim blogu. Również po ludziach, którzy pojawili się wokół mnie w ciągu ostatnich miesięcy. Tylu wspaniałych ludzi! Tyle cudownych kobiet z fantazją, z marzeniami. Tych zupełnie nowo poznanych i tych dawniej też. No nie będę wymieniać z imienia, ale myślałam, że nie mam koleżanek, a mam. I to takie, z którymi można robić świetne rzeczy, tworzyć nowe światy, siedzieć na kocyku albo w ogródku piwnym i gadać o kosmosie, magii, astrologii, sensie życia, pomysłach na siebie, o mężczyznach, o snach, o pożądaniu i o nieodgadnionych ścieżkach, którymi prowadzi nas intuicja.

Jest jeden cel samotności – dotarcie do samego siebie. Jeśli nie możesz znaleźć swojego plemienia, to dlatego, że nie wiesz, jakie ono jest. Kiedy znajdziesz siebie i zaczniesz odkrywać się przed światem, to znajdziesz plemię. Po to jest samotność. Jest w tym pewna równowaga, nawet jeśli się wydaje, że jej nie ma. To dwie strony tej samej monety. To moje odkrycie. To kolejna tajemnica.

slow life

Są też oczywiście dużo bardziej przyziemne i mniej filozoficzne aspekty bycia singlem w stylu slow life…

Pustki w brzuchu i w lodówce

Jestem pod własnym wrażeniem, gdyż udało mi się ten temat opanować bez większego poświęcenia, choć jest on, z tego co się orientuję, jedną z większych bolączek osób mieszkających samotnie. Co prawda robienie zakupów bez samochodu nie jest tak wygodne, jak z, ale smaczne i zdrowe dania zostały w moim menu. Choć nie było dla mnie od razu jasne, jak to zrobić. A dlaczego?

Dlatego, że jak się gotowało we dwoje, to później samemu gotuje się beznadziejnie. Przede wszystkim zabiera to dwa razy więcej czasu. Poza tym trzeba po tym samemu pozmywać. (W moim przypadku czasem nawet umyć całą kuchnię, która wygląda, jakby wybuchł w niej jakiś granat wypełniony pizzą.) No i jedzenie tego całego wielce dopieszczonego posiłku samotnie… wiadomo, jak jest. A tu za oknem świat czeka, żeby go podbić, zwiedzać, odkrywać!

Jeśli jesteś świeżo upieczonym singlem, istnieją dwie opcje. Albo nie będzie ci się chciało gotować i zaczniesz jeść gotowe produkty, zamawiać jedzenie z miasta i tak dalej, w związku z czym przytyjesz, albo nie będzie ci się chciało gotować i po prostu nie będziesz za wiele jadł, w związku z czym schudniesz.

Mnie trafiła się ta druga opcja, co aż tak mnie nie ucieszyło, bo już wcześniej do najgrubszych nie należałam. W ferworze nowej rzeczywistości, nie przykładając większej wagi do tego, że coś powinnam zjeść, zaczęłam po prostu o tym zapominać. Zdarzyło mi się zapisywać sobie jedzenie na liście planów na dany dzień, żeby na pewno o nim pamiętać.

Czas jednak mija i każdy świeży singiel w końcu przestaje być taki świeży i staje się starym kawalerem starą panną po prostu singlem, więc dobrze byłoby na dłuższą metę zadbać o to, co jemy, żeby później nie było niespodzianek na naszą panieńską starość, kiedy wywali nam nadciśnienie, miażdżycę i cukrzycę lub ewentualnie dużo wcześniej padniemy z głodu w samym środku intensywnych zajęć zumby.

Poza tym… litości. Jedzenie jest przyjemnością, i to jedną z najłatwiej osiągalnych i najczęściej doświadczanych. Dlaczego mam się jej pozbawiać?

Porad, jak zrobić, żeby singiel się najadł dobrych rzeczy, które sobie sam łatwo ugotował, i jeszcze było to zdrowe, wygodne i atrakcyjne cenowo, jest na tyle dużo, że nadawałyby się na kilka oddzielnych wpisów. Dlatego postanowiłam rozwinąć temat w formie darmowego ebooka, który ukaże się pod koniec lata. Ten akapit jest po prostu po to, żeby trochę się z wami podrażnić, moi biedni głodni. Ja również byłam głodna, ale zrobiłam sobie śniadanie i już nie jestem :) Zrobić ci też? (No wiem, że chcesz… a ja bym chciała, żeby ktoś mi czasem obrał ziemniaki.)

slow life

Chata porastająca nowymi cywilizacjami

Jedną z najstraszniejszych rzeczy, uniemożliwiających cieszenie się życiem i odzyskaną wolnością, są koty z kurzu i włosów, gotowe sekretnie przyczepić się do twojego rękawa, gdy właśnie idziesz na wymarzoną randkę z Tindera, i wpaść twojemu nowemu lubemu albo lubej do talerza z obiadem w restauracji.

Odkrycie, że teraz to już na pewno nikt za mnie nie posprząta, było jednym z kamieni milowych na mojej drodze do organizacji codziennego sprzątania. Wciąż natomiast nie odkryłam, dlaczego bałagan robi się tak samo duży, kiedy mieszka się samemu jak i we dwoje, ale podejrzewam, że ma to wiele wspólnego z konstrukcją Wszechświata.

Tak czy owak – czytanie pisma Slow w nowych wełnianych skarpetkach na kremowobiałej kanapie odpada. Najpierw trzeba wziąć szmatę i w końcu wytrzeć obryzganą czymś tydzień temu podłogę w kuchni.

Z pomocą przychodzi mi szczególnie nawyk jak najczęstszego robienia sobie półgodzinnego sprzątania z timerem odliczającym te pół godziny. Prosta metoda, a działa. W pół godziny nie zdążysz się zmęczyć, a można ogarnąć największy chaos. Kolejne pół godziny, powiedzmy następnego dnia, da już miły porządek. Kolejne (jeśli ktoś je widział) sprawi, że mieszkanie będzie wysprzątane na błysk, a nawet pojawia się szansa na umycie tamtego kąta w łazience albo wręcz zrobienie porządków w kuchennych szafkach (tja..).

Co prawda nie da się tego porównać do sytuacji, kiedy DWIE osoby sprzątają przez pół godziny i efekty od razu zapierają dech w piersiach, ale jeśli alternatywa jest taka, że od roku nie zapraszamy gości z obawy przed ich przyklejeniem się do podłogi, to chyba jednak jednoosobowe porządki są lepsze niż nic.

Korzystajmy z tego, co wymyślili inni, jeśli chodzi o codzienne rozwiązania. Nikt nie każe nam wynajdywać prochu na nowo. Szczególnie jeśli chodzi o porządki, polecam blog niebalaganka.pl oraz rewelacyjny unfuckyourhabitat.com, polecony mi przez jedną z Czytelniczek. Polecam też (szczególnie sobie) zakasać rękawy, wziąć do ręki zmywak i poświęcić się jakże przeze mnie uwielbianej czynności zmywania. Można w ten sposób, na przykład, ćwiczyć uważność. O! Właśnie.

slow life

Wasza kolej!

Co jest (lub było) dla Was najbardziej uciążliwe w byciu singlem?
A może to właśnie bycie w związku jest dla Was trudne w porównaniu z życiem w pojedynkę?
Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach… Ich różnorodność nie przestaje mnie zadziwiać.
Szczęśliwości!

Previous Co daje przytulanie drzew? Relacja + rozwiązanie konkursu
Next Dharma Festival 2016. Magia istnieje!