Nowe życie singla, czyli oddajcie mi mój slow life!


Ten rok obfituje u mnie w niespodziewane odkrycia – najnowsze jest takie, że slow life, czy jak kto woli ogólnie życie we własnym tempie i w zgodzie z samym sobą, jest dużo prostsze, kiedy się je z kimś dzieli.

Jak żyć w stylu slow, kiedy niedawno zakończył się twój związek i dotychczasowe życie wywróciło się do góry nogami? No właśnie. Też sobie musiałam zadać to pytanie :)

Morze nowych możliwości

Kiedy zamykają się jedne drzwi, otwierają się inne. Chyba jeszcze nigdy tak dobrze tego nie poczułam. Otworzyło się przede mną milion drzwi naraz. Oszołomiła mnie ich różnorodność. Chciałoby się wejść we wszystkie, sprawdzić, co tam jest. Odkurzyć wszystkie swoje marzenia, które latami czekały na realizację. Rozwinąć skrzydła i stworzyć siebie na nowo. Tyle, że doba ma tylko 24 godziny. A do tego… ja przecież tak lubię mieć lenia :)

Dowiedziałam się, jak to jest biegać sześć razy w tygodniu na kursy tańca, warsztaty bębniarskie, spotkania towarzyskie; przypomniałam sobie, jak to jest poznawać i zaczynać wszystko od początku. Ten czarujący blask nowości. To uczucie, kiedy rano tańcząc robisz śniadanie z radością na myśl o tym, co cię dziś czeka. To wiercenie się w łóżku nad ranem, kiedy już byś chciał wstać, bo tak bardzo nie możesz się doczekać następnego dnia!

Ale też to zagubienie, kiedy pierwszy raz orientujesz się, że jesteś zmęczony i że to tempo nie jest tak naprawdę twoje. Kiedy uświadamiasz sobie, że śpisz teraz mniej, niż kiedyś, że nie masz czasu na książki i że twoja wena twórcza dramatycznie błaga o trochę przestrzeni. I niepokój, czy aby na pewno chcesz, żeby to tak dalej wyglądało.

Odkryłam, że nie da się być w pełni poświęconym życiu przez cały czas. Nie da się robić wszystkiego bez przerwy na sto procent. Nie dałam też rady pisać bloga przez te ostatnie tygodnie, przez które przeleciałam na pełnym gazie. Wakacje od blogowania były mi może potrzebne, ale głównie po to, żeby sobie uświadomić, jak bardzo to miejsce jest potrzebne nie tylko Wam, ale też mnie – bo to jest też i moja bezpieczna, kojąca przystań.

To nie jest ważne, że nie osiągniesz celu JUŻ. Droga jest ważniejsza niż ten cel. Wyobraź sobie, że twoja pasja jest talerzem czegoś oszałamiająco pysznego. Twojego mega ulubionego dania. Czy nie będzie ci szkoda pożreć go byle szybko, napychając się nim i połykając bez gryzienia, ociekając sosem i zostawiając tłuste plamy na obrusie – tylko po to, żeby zaspokoić głód? To prawda, że czasem jest się bardzo głodnym… Ale czy nie fajniej będzie jednak posiedzieć dłużej w tej restauracji, a poza daniem głównym podelektować się spokojnie zarówno przystawkami, jak i deserem?

Jesteś w końcu w najlepszym towarzystwie – swoim własnym.

Z takiego oto założenia wychodząc, pozwoliłam sobie na niepójście tu i tam, na pobycie w stanie słodkiego nicnierobienia, na weekendy cudownego samolubnego zajmowania się sobą, na pozwalanie, by czas płynął bezproduktywnie. Produktywność to pułapka naszych czasów. To iluzja, że jesteś bliżej czegoś, gdy tak naprawdę jesteś coraz dalej… i dalej… od samego siebie.

Nie jest tak?

Zdążę wejść do wszystkich tych drzwi, które są moje. One mi nie uciekną. Tobie twoje też nie uciekną. To jest właśnie najlepsze. To jest cała tajemnica.

slow life

Osamotnienie w tłumie

Najbardziej bolesna jest samotność. Wszystko byłoby całkiem spoko, gdyby nie ona. Ja bardzo lubię być sama i potrzebuję czasem się oddalić od ludzi, żeby sobie powyczyniać różne bzdurki, kiedy mnie nikt nie widzi. Ale kiedy jesteś sam cały czas, to powstaje wrażenie braku równowagi. Nie ma tego kogoś, kto cię bardzo dobrze zna i do kogo swobodnie możesz się przybliżyć, kiedy masz ochotę na towarzystwo. Odkrywasz, że wszyscy znajomi jednak mają swoje życia i jedyną osobą, która zawsze jest przy tobie, jesteś ty.

Naturalnym sposobem na samotność jest otaczanie się ludźmi. Tyle, że szybko odkrywasz, że to też jest samotność, tyle że inna. Może nawet głębsza.

Czasem patrząc na bujne, kwitnące życie towarzystkie wokół mnie, na ulicach, w galeriach handlowych, na imprezach w klubach, czułam się jak na tych filmach, kiedy ja stoję bez ruchu, a wokół mnie świat zasuwa w przyspieszonym tempie i nic z tego nie wynika. Rozmowy bez znaczenia, chaotyczne gesty, nienaturalne ruchy, pustka i nicość.

Samo życie towarzyskie nic nie daje. Daje coś otwarcie się przed kimś. Nawiązanie prawdziwego kontaktu. Wspólne doświadczanie. Dzielenie się sobą i przyjmowanie kogoś do swojego życia. Nie wszystko jest od razu, na to też potrzeba czasu. Ale spędzanie tego czasu, kiedy ja dalej jestem zamknięta w swoim pudełeczku i tylko pozornie jestem z ludźmi, również pozamykanymi w swoich pudełeczkach, jest po prostu bez sensu. Ma się ochotę przerwać spotkanie i brać nogi za pas.

Kluczem jest odnalezienie ludzi, którzy są podobni do ciebie, lubią podobne rzeczy, mają podobne spojrzenie na sprawy, które wspólnie was interesują. Ale żeby to się wydarzyło, trzeba wyjść z pudełeczka. Nie kiś się w nim dla kogoś specjalnego. Już go znalazłeś. Ty jesteś tym kimś. Jeśli pokażesz światu siebie, to świat odpowie.

Ja widzę to po moim blogu. Również po ludziach, którzy pojawili się wokół mnie w ciągu ostatnich miesięcy. Tylu wspaniałych ludzi! Tyle cudownych kobiet z fantazją, z marzeniami. Tych zupełnie nowo poznanych i tych dawniej też. No nie będę wymieniać z imienia, ale myślałam, że nie mam koleżanek, a mam. I to takie, z którymi można robić świetne rzeczy, tworzyć nowe światy, siedzieć na kocyku albo w ogródku piwnym i gadać o kosmosie, magii, astrologii, sensie życia, pomysłach na siebie, o mężczyznach, o snach, o pożądaniu i o nieodgadnionych ścieżkach, którymi prowadzi nas intuicja.

Jest jeden cel samotności – dotarcie do samego siebie. Jeśli nie możesz znaleźć swojego plemienia, to dlatego, że nie wiesz, jakie ono jest. Kiedy znajdziesz siebie i zaczniesz odkrywać się przed światem, to znajdziesz plemię. Po to jest samotność. Jest w tym pewna równowaga, nawet jeśli się wydaje, że jej nie ma. To dwie strony tej samej monety. To moje odkrycie. To kolejna tajemnica.

slow life

Są też oczywiście dużo bardziej przyziemne i mniej filozoficzne aspekty bycia singlem w stylu slow life…

Pustki w brzuchu i w lodówce

Jestem pod własnym wrażeniem, gdyż udało mi się ten temat opanować bez większego poświęcenia, choć jest on, z tego co się orientuję, jedną z większych bolączek osób mieszkających samotnie. Co prawda robienie zakupów bez samochodu nie jest tak wygodne, jak z, ale smaczne i zdrowe dania zostały w moim menu. Choć nie było dla mnie od razu jasne, jak to zrobić. A dlaczego?

Dlatego, że jak się gotowało we dwoje, to później samemu gotuje się beznadziejnie. Przede wszystkim zabiera to dwa razy więcej czasu. Poza tym trzeba po tym samemu pozmywać. (W moim przypadku czasem nawet umyć całą kuchnię, która wygląda, jakby wybuchł w niej jakiś granat wypełniony pizzą.) No i jedzenie tego całego wielce dopieszczonego posiłku samotnie… wiadomo, jak jest. A tu za oknem świat czeka, żeby go podbić, zwiedzać, odkrywać!

Jeśli jesteś świeżo upieczonym singlem, istnieją dwie opcje. Albo nie będzie ci się chciało gotować i zaczniesz jeść gotowe produkty, zamawiać jedzenie z miasta i tak dalej, w związku z czym przytyjesz, albo nie będzie ci się chciało gotować i po prostu nie będziesz za wiele jadł, w związku z czym schudniesz.

Mnie trafiła się ta druga opcja, co aż tak mnie nie ucieszyło, bo już wcześniej do najgrubszych nie należałam. W ferworze nowej rzeczywistości, nie przykładając większej wagi do tego, że coś powinnam zjeść, zaczęłam po prostu o tym zapominać. Zdarzyło mi się zapisywać sobie jedzenie na liście planów na dany dzień, żeby na pewno o nim pamiętać.

Czas jednak mija i każdy świeży singiel w końcu przestaje być taki świeży i staje się starym kawalerem starą panną po prostu singlem, więc dobrze byłoby na dłuższą metę zadbać o to, co jemy, żeby później nie było niespodzianek na naszą panieńską starość, kiedy wywali nam nadciśnienie, miażdżycę i cukrzycę lub ewentualnie dużo wcześniej padniemy z głodu w samym środku intensywnych zajęć zumby.

Poza tym… litości. Jedzenie jest przyjemnością, i to jedną z najłatwiej osiągalnych i najczęściej doświadczanych. Dlaczego mam się jej pozbawiać?

Porad, jak zrobić, żeby singiel się najadł dobrych rzeczy, które sobie sam łatwo ugotował, i jeszcze było to zdrowe, wygodne i atrakcyjne cenowo, jest na tyle dużo, że nadawałyby się na kilka oddzielnych wpisów. Dlatego postanowiłam rozwinąć temat w formie darmowego ebooka, który ukaże się pod koniec lata. Ten akapit jest po prostu po to, żeby trochę się z wami podrażnić, moi biedni głodni. Ja również byłam głodna, ale zrobiłam sobie śniadanie i już nie jestem :) Zrobić ci też? (No wiem, że chcesz… a ja bym chciała, żeby ktoś mi czasem obrał ziemniaki.)

slow life

Chata porastająca nowymi cywilizacjami

Jedną z najstraszniejszych rzeczy, uniemożliwiających cieszenie się życiem i odzyskaną wolnością, są koty z kurzu i włosów, gotowe sekretnie przyczepić się do twojego rękawa, gdy właśnie idziesz na wymarzoną randkę z Tindera, i wpaść twojemu nowemu lubemu albo lubej do talerza z obiadem w restauracji.

Odkrycie, że teraz to już na pewno nikt za mnie nie posprząta, było jednym z kamieni milowych na mojej drodze do organizacji codziennego sprzątania. Wciąż natomiast nie odkryłam, dlaczego bałagan robi się tak samo duży, kiedy mieszka się samemu jak i we dwoje, ale podejrzewam, że ma to wiele wspólnego z konstrukcją Wszechświata.

Tak czy owak – czytanie pisma Slow w nowych wełnianych skarpetkach na kremowobiałej kanapie odpada. Najpierw trzeba wziąć szmatę i w końcu wytrzeć obryzganą czymś tydzień temu podłogę w kuchni.

Z pomocą przychodzi mi szczególnie nawyk jak najczęstszego robienia sobie półgodzinnego sprzątania z timerem odliczającym te pół godziny. Prosta metoda, a działa. W pół godziny nie zdążysz się zmęczyć, a można ogarnąć największy chaos. Kolejne pół godziny, powiedzmy następnego dnia, da już miły porządek. Kolejne (jeśli ktoś je widział) sprawi, że mieszkanie będzie wysprzątane na błysk, a nawet pojawia się szansa na umycie tamtego kąta w łazience albo wręcz zrobienie porządków w kuchennych szafkach (tja..).

Co prawda nie da się tego porównać do sytuacji, kiedy DWIE osoby sprzątają przez pół godziny i efekty od razu zapierają dech w piersiach, ale jeśli alternatywa jest taka, że od roku nie zapraszamy gości z obawy przed ich przyklejeniem się do podłogi, to chyba jednak jednoosobowe porządki są lepsze niż nic.

Korzystajmy z tego, co wymyślili inni, jeśli chodzi o codzienne rozwiązania. Nikt nie każe nam wynajdywać prochu na nowo. Szczególnie jeśli chodzi o porządki, polecam blog niebalaganka.pl oraz rewelacyjny unfuckyourhabitat.com, polecony mi przez jedną z Czytelniczek. Polecam też (szczególnie sobie) zakasać rękawy, wziąć do ręki zmywak i poświęcić się jakże przeze mnie uwielbianej czynności zmywania. Można w ten sposób, na przykład, ćwiczyć uważność. O! Właśnie.

slow life

Wasza kolej!

Co jest (lub było) dla Was najbardziej uciążliwe w byciu singlem?
A może to właśnie bycie w związku jest dla Was trudne w porównaniu z życiem w pojedynkę?
Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach… Ich różnorodność nie przestaje mnie zadziwiać.
Szczęśliwości!

Previous Co daje przytulanie drzew? Relacja + rozwiązanie konkursu
Next Dharma Festival 2016. Magia istnieje!
  • Singlem byłam do 20 roku życia, a od ponad 20-stu lat żyję pod jednym dachem z mężem, a jeszcze rok temu mieszkała z nami nasza dwójka dzieci. Czasami myślę sobie, że bycie singlem jest zdecydowanie łatwiejsze: jak sobie pościelisz, tak sie wyśpisz, sprzątasz to po sobie, a nie po mężu bałaganiarzu, któremu ciągle coś z rąk upada, a kiedy on próbuje to posprzątać, połowa śmieci zostaje pominięta. No cóż, ale z kolei w rodzinie pewnie łatwiej, jeśli chodzi o pieniądze. Zresztą tu już nie chodzi o plusy i minusy, o jakieś wyrachowanie, tak lepiej, jak serce czuje, że lepiej :-) Jednak co do gotowania, to będąc singlem, miałabym z tym prawdopodobnie problem. Mąż często wyjeżdża, a wtedy ja nie mogę zmusić się do gotowania i przez te dni jem suchy prowiant, ciesząc się, ze wreszcie mam urlop od garów ;-)
    (Ksiażka właśnie dotarła, jeszcze raz dziękuję :-)

    • A wiesz, kiedy byłam w związku, to miałam identycznie z tym gotowaniem – musiałam zrobić sobie wcześniej zapasy w lodówce, żeby coś w ogóle zjeść, bo nie chciało mi się palcem kiwnąć :)
      Serce ma decydujący głos w wielu sprawach, i bardzo dobrze :) Pozdrówki i miłej lektury!

  • Jestem dotykowcem, więc w czasie rocznego singielstwa zanim poznałam męża, najbardziej brakowało mi przytulania. Mój pies był wtedy tak dopieszczony, jak nigdy wcześniej ;)

    Ze sprzątaniem miałam na odwrót, to wtedy nauczyłam się pucować mieszkanie na błysk (zdałabym test białej rękawiczki) i rzeczywiście to polubiłam, robiłam też wielkie czystki w szafie i swoich rzeczach.
    Po części zabijałam w ten sposób czas, ale też porządkowałam myśli, co ogólnie wyszło mi na korzyść.

    • Och jak bardzo mi brakuje przytulania, to pewnie sobie wyobrażasz. Rzucam wszystko i jadę się przytulać z hipisami w Bieszczadach.

  • Pamiętam kiedy jako młoda licealistka podjęłam bardzo slow life’ową decyzję, uznając, że jeśli sukces oznacza ciężką pracę w pocie czoła to wolę pożyć. Teraz uważam, że jest to ledwie wycinek postrzegania: po pierwsze, inaczej widzę sukces, po drugie, nie zawsze trzeba za nim biegać, podobno “życiu” nawet tempo slow odpowiada, więc cieszę się, że jesteśmy do siebie dopasowani ;)

    • A no właśnie – ludzie tak biegają, a na koniec okazuje się, że szczęście dogania nas dopiero, kiedy przystaniemy złapać oddech i że właśnie to może być największym sukcesem w naszym pogubionym świecie :)

  • Oksa Fio

    Cóż powiedzieć – bardzo dobry tekst. :) U mnie wzmożone życie towarzyskie trwało właściwie przez rok mojego singielstwa. Później uspokoiło się bardziej. Oczywiście singielstwo nie wyklucza randek, czy prób bycia z kimś. Ale do pełnokrwistego związku jest jeszcze daleko. I im dłużej jestem sama, tym mniej do tego tęsknię. Czekam. Ufam sobie. Wolę czekać, niż wejść w coś, co nie do końca mi odpowiada.
    Gotowanie sobie – doszłam do tego po pewnym czasie. Na początku nie chciało się, teraz bardzo lubię coś sobie ugotować, taki wyraz troski o siebie. Porządki – tak samo. Zainteresowania – jeżeli wejdę w związek, to nie zamierzam rezygnować, ani z zainteresowań, ani ze znajomych, ani z własnego życia. Tylko mało kto to, akceptuje. Czy musi być wybór? Albo stały partner, spokój, kapcie, książki i wspólne obiadki, albo życie pełne pasji?
    Zresztą moje singielstwo też jest trochę inne, bo dzielę go z synem ;) Więc takie potrzeby jak towarzystwo, przytulanie, rozmowa, troska o kogoś mam zaspokojone właściwie. Wiadomo, że z facetem jest inaczej… Może dlatego jestem taka wybredna w tym temacie ;)

    • Oksa, przede wszystkim to czuję się zaszczycona Twoim komentarzem na moim blogu :D No właśnie, do gotowania i sprzątania można podejść z miłością, to wiele zmienia:) Do oczekiwań wobec partnera też można różnie podejść. Tak samo jak Ty wierzę w to, że może istnieć taki związek, w którym dwie strony wzajemnie wspierają swój indywidualizm i nie próbują ubierać drugiej strony w wytarte kapcie, tylko pozwalają biegać boso po łąkach i oddawać się swoim szaleństwom i dziwactwom… Musi istnieć, no! :D Oksa, ja jestem pewna, że oni gdzieś są i nas szukają!:)

  • Oczywiście każdy wątek Twojego postu idealnie do mnie przemawia. Niektóre kwestie postrzegam inaczej ale jak najbardziej rozumiem gdzie jesteś i dlaczego tak widzisz sprawy. Chciałabym jednak wrócić do samego początku. Do momentu przebiegunowania. Aby nie robić tutaj spamu i nie przekierowywać Cię do mojego postu pozwolę sobie w odpowiedzi zacytować siebie:

    MÓJ ŚWIAT STANĄŁ NA GŁOWIE
    Strata pracy, niespodziewany awans, długi, wygrana w totka, migracja, macierzyństwo, status singla, niespodziewana miłość, choroba, utrata bliskich, roztrzaskany honor, zmiana środowiska, nieproszeni goście na zawsze…

    Czasem nasz świat bez słowa ostrzeżenia wywraca się do góry nogami.

    Robi nam taki psikus grawitacyjny i nic już nie jest na swoim miejscu. My w panice staramy się powciskać stare elementy na miejsca sprzed przebiegunowania lub chodzimy jak pijani obijając się o niewidzialne bariery naszego życia, które już nie jest umeblowane jak dawniej. Bezwarunkowo myślimy schematami wypracowanymi przez lata i jesteśmy zdziwieni, że nie maja już zastosowania. Rzeka zmieniła kierunek i zamiast z nurtem plyniemy pod prąd krztuszac.
    Ja mam to szczęście, że mój świat takie fikołki robi regularnie co 12 lat. ? I tym razem mnie nie zaskoczył. Jak tylko poczułam, że zaczyna się bujać w gore i w dol pomyślałam…
    “… ok, zaczyna się… tym razem mnie nie zaskoczy :)…STANE NA GLOWIE A SIE NIE DAM…”.

    I stanęłam.
    O dziwo przy zmianie pozycji i innej perspektywie wszystko jest ok… Stare elementy wcale nie fruwają bezwiednie, a jedynie opadły na dno jak muł, jak kurz, jak piasek w klepsydrze, jak śnieg w szklanej kuli. Wystarczy, że przestaniemy nimi trząść i te stare doświadczenia, przyjaźnie, emocje osiada na dnie naszego archiwum wspomnien gdzie w każdej chwili możemy zejść i poprzeglądać kilka historii lub zamknać je na klucz i nigdy, przenigdy do nich nie wracać. I dopiero wtedy zauważyłam ta ogromna przestrzeń przed soą. Moje własne ATELIER. Niewidzialne bariery nabrały kształtów. Nowe, nieznane mi do tej pory bryły nie są już straszne, a raczej są fundamentem, na którym zacznę tworzyć. Tworzyć swoje własne życie wg nowych pomysłów.
    Jedyne co trzeba teraz zrobić to uwolnić wyobraźnie, zauważyć potencjał sytuacji.
    Dokładnie się przyjrzeć co spadło na dno, a co zostało na scenie życia.
    Wziąć oddech i…

    Do dzieła!

    • Świetnie piszesz. Mój świat też regularnie się wywraca. A później wszystko opada, opada i się układa… choć na razie, to jeszcze ja sama to wzniecam, bo jestem w jakiś sposób zajarana tą nieprzewidywalnością chaosu. Ale wszystko w swoim czasie :)

  • Nie wszystko da się zaplanować i nie wszystkie plany wypalają, ale czasem naprawdę o wiele lepiej jest nam, gdy jesteśmy singlami. Ja wiem aż za dużo na temat toksycznych związków i mogę powiedzieć jedno: to w naszej głowie jest blokada i to my sami mówimy sobie, że po związku świat się kończy. Nic z tego, po związku mamy po prostu więcej czasu, co jest cudowne, bo na nowo możemy czerpać radość z tego, co musieliśmy wcześniej ograniczyć. Więc radzę po prostu wyłączyć mózg i kierować się tym, co naprawdę nam w sercu gra.

    • Patrycja, podpisuję się w 100% szczególnie pod ostatnim zdaniem! :)

  • Ja osobiscie bardzo lubialam byc singielka, porzadek mialam w domu jak nigdy :)) nie mialam z kim wyjezdzac na wakacje, a sama nie lubie, wiec to zaliczylabym do najtrudniejszych sytuacji. Reszta mi bardzo odpowiadala, czlowiek ma okazje lepiej poznac siebie, swoje pragnienia i w przyszlosci moze swiadomiej wybrac kolejnego partnera :)))

    • Właśnie odkrywam samotne wyjazdy i one wcale nie są aż tak samotne.. o dziwo fajna przygoda, a tyle lat się wahałam ;) Ale dobrze to rozumiem!

  • kymen

    Hej Doroto!

    Wyglądasz mi na stres porozstaniowy.
    1. „Jesteś w końcu w najlepszym towarzystwie – swoim własnym.” Bardzo
    nieprzekonywujące zdanie w ocenie ciebie w kontekście tego co tu piszesz o
    sobie.
    2. „Jeśli pokażesz światu siebie, to świat odpowie.” Najczęściej odpowie
    kopniakiem. To zdanie wymaga całej filozofii postępowania w życiu.
    3. “Jest jeden cel samotności – dotarcie do samego siebie.” – W
    samotności nie można poznać samego siebie. Służy ona czasem tylko jako okres
    refleksji nad postępowaniem swoim i innych. Taka refleksja nie wymaga samotności ale większość osób dopiero wtedy się nad tym zastanawia.
    4. “Więc radzę po prostu wyłączyć mózg i kierować się tym, co
    naprawdę nam w sercu gra.” – Jedna z najmniej rozsądnych rad. Chyba,
    że własny rozum (lub właściwie jego brak) jest naszym największym wrogiem.

    http://www.kymen.pl

    • Cenne uwagi, choć te cytaty, które wypunktowałeś, należały do mojej filozofii życiowej jeszcze na długo przed tym rozstaniem i właściwie należałoby je rozpatrywać w kontekście całego bloga, a nie tego jednego tekstu. Widzę też, że różnią nas poglądy i w sumie miejscami nie ma nad czym dyskutować – na szczęście światopogląd każdy może mieć swój.

      • kymen

        Moje poglądy są na tyle skomplikowane i proste zarazem, że nie warto o nich dyskutować. Podzieliłem się tylko kilkoma moimi refleksjami odnośnie przytoczonych (przez ciebie i nie tylko) poglądów. Napisałem je na postawie tych Twoich tekstów, które przeczytałem. Czytam je nie jako recenzent lub ich zwolennik ale jako ciekawy przykład dochodzenia do samej siebie, bo tak je odbieram. (może masz w tym swój inny cel pisania – tego nie wiem?). Światopogląd, joga, podróże to dla mnie sprawa wtórna. To tylko droga i sposób dotarcia do “czegoś”. Ty masz taki, ktoś drugi inny sposób. W sumie dla mnie ważne jest do czego prowadzą. Nie porównuję ich z moim celem bo nie warto i nie miałoby to sensu. pozdrawiam

        • Ciekawy ten Twój komentarz, bo do tej pory miałam jakieś wrażenie, że Ci się tu u mnie nie podoba – krytycznie odbierałam te Twoje uwagi. To prawda, że mój blog ewoluuje razem ze mną i rzeczywiście stał się zapisem mojej drogi :) Ale to taki efekt uboczny, bo głównym moim celem jest dzielenie się pasją po prostu, bez głębszej analizy po co i na co – a to, jak odbierają to inni, cóż, wszyscy jesteśmy dla siebie lustrami.

          • kymen

            Zawodne jest dzielenie osób na te, które pozytywnie lub nie odbierają Twoje teksty. To zawodny sposób na samorozwój. Osobiście zawsze wolę krytykę. Ona nas wzbogaca. Słowa zachwytu to droga do nikąd. Ja nie wymagam samoświadomości celu drogi jakim podążają ludzie. To ja staram się w nich dostrzec ten cel. Tak się “uczę ludzi”.

          • Zawodne jest myślenie, że mój blog jest “sposobem na samorozwój”. Mam nadzieję, że bierzesz pod uwagę, że możesz się mylić myśląc, że dostrzegasz coś gdzieś, gdzie jest coś innego.

          • kymen

            Nieprecyzyjnie się wyraziłem „To zawodny sposób na
            samorozwój.” oznacza „To zawodny sposób na pracę by teksty były jak najlepsze”. Chyba że uważasz, że twoje teksty i poglądy są już doskonałe, i nie chcesz by
            były lepsze.

            W ogóle nie uważasz twojego bloga za sposób na samorozwój. Czytam go jako ciekawy przykład opisywania zjawisk, faktów i poglądów, opatrzony dodatkowo twoimi przeżyciami wewnętrznymi. A ponieważ nie
            jesteś zwykłym pustakiem opisującym swoje miłostki lub własną karierę, to jest to dla mnie sposób na popatrzenie na świat Twoimi oczami, z zewnętrznej i wewnętrznej
            perspektywy. Tak jak wcześniej pisałem o twoim blogu – ciekawy przykład dochodzenia do samej siebie
            – te słowa nie koniecznie określają samorozwój. Raczej tu oznaczają dostrzeganie przez ciebie pewnych wewnętrznych procesów i twoich odczuć w konfrontacji z
            poglądami z jakimi się spotykasz . Mniej mnie interesują same poglądy, a bardziej ich twoja interpretacja. Można by to porównać z sytuacją, że mniej mnie interesuje krajobraz, a bardziej pejzaż namalowany przez malarza. A patrzę na
            świat by zobaczyć jaki realny jest świat, który wywołał taką wizję na obrazie malarza. W ten sposób nie tyle poznaje się krajobraz, co sposób patrzenia na świat przez malarza. pozdrawiam

          • Aa. Dziękuję za odpowiedź. Oczywiście ja nie piszę po to, żeby Tobie się podobało albo żeby wszystkich zadowolić, ani też nie interesuje mnie osiąganie doskonałości, jedynie spełnienie artystyczne.. i parę innych pomniejszych dążeń typu docieranie do ludzi, którzy są moim pisaniem zainteresowani. Pozdrawiam.

  • Dla mnie po rozstaniu zawsze najtrudniejszy był pierwszy okres. Poradzenie sobie z emocjami, uczuciami, z tęsknotą. Przyzwyczajenie się do życia w pojedynkę i do robienia wielu rzeczy samotnie zazwyczaj przychodziło mi dość łatwo. Być może dlatego, że potrafię, a nawet mogę powiedzieć, że lubię przebywać sama ze sobą.
    Początki bycia singlem nie są łatwe, ale to może być naprawdę dobry okres w życiu :)

    • Szczególnie, kiedy opadną te całe emocje.. no, ale tak jest z każdym zakrętem życiowym, że trzeba przejść przez niego po prostu ;)

  • Tak wiele tu przemyśleń, że nie wiem do czego się odnieść…znam to uczucie, kiedy chciałabym być wszędzie, doświadczać tak wielu rzeczy, jednak życie to kwestia wyboru….a bycie singielką, osobą samotną jest niezbędne by poczuć się dobrze w związku, nie można o tym zapomnieć nawet wtedy, kiedy tworzy się codzienność razem z partnerem…

    • No właśnie – też to zauważyłam – nawet w związku każda z osób musi mieć własne życie i przestrzeń, inaczej to prędzej czy później nie wypali. Dziękuję Ci za komentarz :)

  • Ja jestem już doświadczoną singielką i cenię sobie ten stan. Lubię być z ludzmi, ale lubię też być sama. Gotować się w miarę nauczyłam a sprzątać po prostu lubię :)
    Świetny wpis Dot! I jedz bo znikniesz! :*

    • Jem, jem. Lubisz sprzątać? Rany, zamieszkajmy razem.

      • Hehe, no dobra, ale Ty gotujesz :P

        • Szkoda, że nie mieszkasz w Łodzi bo poszłabym na taki deal :D

  • Z natury jestem samotnikiem i nie przeszkadza mi kiedy jestem sama przez kilka dni, jednak na dłuższą metę wolę kiedy mój mąż jednak jest razem ze mną w domu. Tak jak piszesz znajomi, a nawet rodzina mają swoje własne życie. Można się spotkać, pogadać, ale potem każdy rozchodzi się do swojego domu i zajmuje się swoim życiem i bliskimi. Także doskonale znam to uczucie samotności, tego że jest się zdanym na swoje własne towarzystwo. A z Tą drugą osobą jest zupełnie inaczej:).