Nasze wewnętrzne dzieci piją


Niektóre z konferencji, przy których organizacji pracuję, są z całą pewnością wartościowe i pełne ciekawych treści. Jednak czasem jest tak, że grupa owszem, przyjeżdża posłuchać czyjegoś gadania przez parę godzin, ale tak naprawdę cały dzień wszyscy czekają tylko na wieczorny open bar i harce na parkiecie przy piosenkach Norbiego i Shazzy. Już po dwudziestej drugiej cała sala wystrojonych vipów śpiewa w głos teksty piosenek, robiąc pociąg, a nawet zdarza się, że na hotelowym korytarzu zalega czyjeś uśpione ciało odziane w elegancki garnitur.

W końcu mogą odreagować. Nareszcie poczuć się swobodnie. Inaczej za wiele by nie pogadali. Siedzieliby tylko sztywni, jakby kij połknęli, i toczyliby pełne kurtuazji rozmowy na grzecznościowe tematy, zerkając co jakiś czas na zegarek.

Nie mogę ich za to winić. Czyżbym już nie pamiętała tego napięcia, które potrafi panować w grupie, zanim ktoś w końcu odpieczętuje flaszkę? Tego wyczekiwania na moment, gdy gorące rozluźnienie rozleje się po żyłach i będzie można rozpocząć zabawę. Jeszcze kilka lat temu moje towarzystwo składało się z osób spotykających się tylko i wyłącznie po to, żeby się razem nastukać i powywijać na jakiejś imprezie. Nic dziwnego. Każdy dostaje to, czego szuka, świadomie lub nieświadomie.

Szukasz swobody? Znajdziesz ją w kielichu. To szybki i niezawodny sposób. Już po chwili wszystkie życiowe problemy znikną na zamglonym horyzoncie. Oto z nieśmiałego wypłocha staję się duszą towarzystwa, pełną charyzmy królową nocy. W tym barwnym wieczorze o ostrym smaku wódki odnajduję pełnię energii, wolność i odprężenie. Coś, o co trudno w naszym zabieganym i pełnym pozorów świecie.

Tęsknimy za powrotem do beztroski i naturalnej szczęśliwości, którą odczuwaliśmy jako dzieci, to nie ulega wątpliwości. Chcemy być w kontakcie z naszymi wewnętrznymi dziećmi, które ciągle pamiętają, jak w pełni być sobą, jak cieszyć się bieżącą chwilą. Tylko dlaczego ma się to wiązać z piciem?

Ilu znasz ludzi po dwudziestce, po trzydziestce, po czterdziestce, którzy są gotowi zupełnie na trzeźwo tańczyć na środku ulicy, uśmiechać się do przechodniów, malować swoje życie na kolorowo? Ja mało. Za mało. W większości są to ludzie po trudnych przejściach i przemianach wewnętrznych, artyści lub świry. Z pełnym dla nich szacunkiem :) Pozostali wklejają na fejsa obrazki wzywające do wolności, do swobodnego wyrażania siebie. Ale w weekend umawiają się zawsze na piwo, na wino. Wtedy dopiero zaczynają robić te wszystkie szalone rzeczy. Albo i na gadaniu się kończy. Bywa, że samo picie jest dla nich aktem szalonej spontaniczności, jakby nie robili tego tydzień w tydzień.

Niektórzy nigdy nie wypuszczają swojego wewnętrznego dziecka na wolność. Żyją na poważnie. Mają porządne prace i dobre samochody. Można na nich polegać. Nie tracą czasu na głupoty, dyskutują o sytuacji na świecie, o problemach, chorobach i kiepskich zarobkach, o samych bardzo poważnych i dorosłych sprawach. Ich życie jest ciężkie. Ich dzieciństwo już się skończyło.

Są też tacy ludzie, którzy jak już się upiją, to ze środka wychodzi nie dziecko, tylko jakieś zrozpaczone, agresywne, nie mówiące po polsku zwierzę. To mnie przeraża. Przyglądałam się swego czasu ich światu i odkrywałam go. I widziałam, że można zgorzknieć tak bardzo, że dziecko w środku umrze.

Płakać mi się chce na myśl o tych wszystkich biednych, zapitych wewnętrznych dzieciach, zapłakanych, zarzyganych i pozostawionych na pastwę losu. O tych pełnych powagi, smutnych dzieciach, ukrytych we wnętrzach smutnych dorosłych.

Źle mi jest na myśl o tym, że tak głęboko w naszą kulturę wniknął zwyczaj relaksowania się za pomocą picia, że wszyscy jesteśmy zagrożeni tym smutkiem. Że musimy wypić chociaż piwo, żeby poczuć, że żyjemy.

A po ilu piwach Twoje wewnętrzne dziecko się uśmiechnie?

Proszę, powiedz mi, że po jednym, że po żadnym. Że ono często się uśmiecha samo z siebie. Nie tylko w weekend.

Bo jak patrzę na świat, na ludzi, na to co oni wyprawiają, to ogarniają mnie wątpliwości.
Czy to ich do reszty pojebało, czy to ja ześwirowałam?

15 Comments

  1. Avatar
    April 24, 2015
    Reply

    Powiem szczerze, że moje uśmiecha się dość często ale niestety należę do grupy osób, która spotyka się głównie po to, żeby napić się piwa, dopóki nie wypiję kilku nie jestem tak rozluźniona i gadatliwa, nie poruszam tematów, które bym chciała bo jakoś ciężej na trzeźwo bo przecież łatwiej się wkurwiam i strzelam fochy, a po kilku piwkach jestem wyluzowana i z nikim nie chce mi się kłócić. Nie jest to fajne, staram się tego nie robić regularnie ale niestety nadal często mi się zdarza – wydaje mi się, że to dlatego, że żyjąc w Polsce nie jesteśmy w stanie po pracy odpocząć. Ludzie, których zna, którzy pracują 8h dziennie często potrzebują czasu po robocie, żeby w ogóle wrócić do siebie, żeby przestać myśleć o tym co chujowego przydarzyło się w robocie, często wracają do domu późno, są zmęczeni bo wstają o świcie, zanim się uspokoją po pracy mija godizna, potem obiad, drzemka i nagle robi się 19.00 Ludzie są źli bo nie mają czasu na nic, dla siebie, na relaks. Przysną po obiadku a tu późny wieczór, kolejny dzień minął i nic nie udało się zrobić oprócz kilku godzinw robocie i w komunikacji miejskiej. Frustracja narasta, nie umiemy bez wspomagania odpocząć bo jesteśmy spięci i sięgamy po piwko, codziennie jedno, dwa albo w weekend reset – 10 piwek, flaszka i człowiek w końcu nie myśli o tym, że życie ucieka mu przez palce. Ja nie do końca jestem przykłądem tego zachowania bo nie pracuje na etacie i to o czym piszę, nie ma ze mną prawie nic wspólnego ale wiem na podstawie obserwacji, że w moim otoczeniu ludzie się z tym właśnie borykają, bez piwka są nerwowi i spięci i w ogóle. Ale się rozpisałam :)

    Tak czy inaczej staram się od tego odchodzić i się tak nie zachowywać, ale póki jestem tutaj niestety jest ciężko.

    • Avatar
      April 26, 2015
      Reply

      Widzę w Twoim komentarzu jakąś chęć ucieczki od “polskiej bidy”, ale z tego co napatrzyłam się na Polaków żyjących za granicą to wcale tam nie jest inaczej. Kto pił ten dalej pije, tylko że droższe alkohole. Fajne życie mają ci, którzy potrafili być szczęśliwi też w Polsce. Poczucie beznadziei czy sensu życia jest przecież w głowie. Ja też nie jestem z bogatej rodziny. Przez całe lata miałam tak jak Ty. Zanim nie skończyłam drugiego piwka praktycznie nie mogłam się wyluzować wśród ludzi. Dobiło mnie, jak policzyłam sobie, ile czasu spędzonego na melanżach i na kacu mogłabym przeznaczać na zmienianie mojego życia, robienie czegoś konstruktywnego. To jest najgorsze błędne koło. Alkohol odbiera motywację do zmian, chęć życia, to właśnie on budzi depresję i poczucie beznadziei i sprawia, że czas przecieka przez palce. Nic nie poradzimy na to, że całe rzesze ludzi tkwią po uszy w gównie, ale o własny tyłek trzeba zadbać, nikt inny tego za nas nie zrobi:) gdyby każdy tak zrobił nasz świat wyglądałby zupełnie inaczej. Tak że powodzenia:)

      • Avatar
        April 27, 2015
        Reply

        Zgadzam się z Tobą po części. Ja teraz bardzo staram się zmienić pewne nawyki, stawiam jednak na zdrowie odrobinę ruchu w swoim życiu bo ciągłe imprezy, melanże i kace zaczęły męczyć. Zmiany wprowadzam powoli i nadal chętnie wychodzę na piwko czy na grubszą imprezę ale potrafię też spędzać czas inaczej i małe rzeczy sparwiają mi przyjemność. Problem w tym, że są osoby, które jak napisałam wczesniej – nie radzą sobie z frustracją, które generuje ich praca, otoczenie, sytuacja finansowa, czasem inne problemy czy to z rodziną czy ze zdrowiem. Wszystko sie napiętrza, oni nie potrafią się wyluzować, cały czas myślą o tym co ich dręczy i dopiero po dwóch piwkach potrafią odpocząć. Jeśli spotykam się z taką osobą bez alkoholu nie pogadamy, nie odpoczniemy, nie zrelaksujemy. Najprawdopodobniej pokłócimy się o coś idiotycznego bo takiej frustracji trzeba przecież dać ujście a to niesie za sobą różne konsekwencje – krytyka, marudzenie, jęczenie. A z tym, że poza Polską jest lepiej – chodzi mi tylko o to, że tutaj ciężko naprawić pewne błędy. Jeśli ktoś dawno temu wpakował się w kredyt to zarabiając tutaj 2000 zł nigdy nie będzie szczęśliwy, ciągle będzie mu tych pieniędzy brakowało a nie każdy ma możliwość znalezienia lepszej pracy w Polsce niestety. Za granicą można szybko się odrobić, zrzucić ciężar na przykłąd kredytu czy po prostu zarobić sobie na mieszkanie czy auto (znowu, w PL nie znam chyba nikogo kto by sam dorobił się mieszkania przed 30stką. Właściwie nie znam nikogo, może jeden z moich znajomych kupił dom ale ma ponad 40 alt – pozostali albo wynajmują, albo mają kredyt, albo mieszkanie / samochód kupili rodzice). Poza tym jest milion rzeczy w funkcjonowaniu naszego państwa, które doprowadzają do bólu głowy – i nie chodzi mi o to, żeby teraz marudzić, chcę tylko wyjaśnić o co mi chodziło z tym uciekaniem z Polski i podtrzymuje swoje zdanie, że często po wyjeździe za granicę ludzie, którzy tu byli sfrustrowani i zmęczeni odżywają, nabierają chęci do życia, odzyskują motywację i chęć do działania bo nie napotykają na kązydm kroku kłód pod nogami.

        • Avatar
          April 27, 2015
          Reply

          Masz rację, gospodarcza strona mieszkania w Polsce trochę kuleje, dużo tu zmian jeszcze nas czeka. To już temat na odrębną długą dyskusję. A tak w ramach ciekawostki. Byłam zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że ludzie w takim UK najczęściej nie kupują domów, bo są drogie. U nich jak ktoś bierze kredyt na dom to już naprawdę dobrze zarabia i też nie ma problemu żeby po chwili sprzedać ten dom razem z kredytem i zamieszkać gdzie indziej. Wszyscy po prostu wynajmują i nie są nigdzie uwiązani. To u nas jest kanon “domu rodzinnego” który musi być własny i musi być jeden na całe życie. Taka mała zmiana w mentalności, a tyle wolności daje, lub też zabiera.

          A te osoby, o których wspominasz, cóż, wszyscy je znamy. Ja po wielu nieudanych próbach bycia jedyną trzeźwą osobą na melanżu musiałam zrezygnować z większości takich znajomości. Spotykam się z nimi, kiedy chcę przyimprezować, i tylko wtedy. Czasem wystarczy zmienić znajomych (jakkolwiek brutalnie to brzmi) żeby wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej:)

          • Avatar
            April 27, 2015

            Jasne, że tak – ja też staram się ogranczyć kontakt z takimi osobami i spędzać więcej czasu w innym towarzystwie ale czasem nie da się po prostu tych osób pozbyć bo niestety bywa, że mowa o rodzinie a nie o kumplach. A co do domu – ja nie mam manii z domem rodzinnym chociaż moja mama ma mieszkanie własnościowe, które pewnie będzie kieydś moje. Problem polega na tym, że za swoje mieszkanie płaci się 400zł miesięcznie albo mniej. Za wynajem ja płaciłam w małym mieście 900zł za kawalerkę a to spora różnica. Dlatego mówię, że lipa bo młody człowiek zarabia np. 2500 na rekę bo akurat mu się udało po studiach czy bez nich zdobyć taką w miarę dobrze płatną pracę ale z tego 1000 idzie na samo mieszkanie a do tego benzyna / ubezpieczenie jak chce mieć auto, jedzenie, jak nie ma auta to bilet miesięczny, często kredyt / szkoła + rachunki i zostaje mu niewiele na normalne życie.

          • Avatar
            April 27, 2015

            Rzeczywiście Polska nie jest przyjaznym krajem dla młodych ludzi, którzy chcą iść “na swoje”, założyć rodzinę czy firmę (dlatego warto mądrze głosować w wyborach). Ale nie jest to powodem do usprawiedliwiania tego, że “mam chujowe życie to mogę schlać mordę co weekend”. Myślę, że problem tkwi w tym, że ci ludzie nie znają innych sposobów na zrelaksowanie, pozbycie się stresu, wyłączenie złych myśli. Nie zdają sobie sprawy, jak nasze myśli wpływają na całe nasze życie, postrzeganie świata. No i też narzekają, że nie mają pieniędzy, a przecież alkohol kosztuje. Szczególnie, gdy pije się go dużo i często. I wypala do piwka papierosa. :)

          • Avatar
            April 28, 2015

            Jasne, że to nie usprawiedliwienie i jak najbardziej masz rację, że te osoby nie mają pomysłu jak inaczej odpocząć i się zrelaksować wiec wybierają najprostszą drogę.

  2. Avatar
    April 24, 2015
    Reply

    Ja nie pije, obecnie w ogóle. Jestem bez tego otwarty i robie dziwne rzeczy, ale podobno po alkoholu staje sie bardziej… ludzki… ekhm. Więc nie piję!

  3. Avatar
    April 25, 2015
    Reply

    Mnie niezwykle “irytuje” w naszej kulturze taki kult piątku. Mój chłopak pracuje w barze i mówi, że to jest okropny widok – co tydzień widzi te same twarze, które jakby czekały tylko na ten piątek, żeby się ochlać, zapomnieć, odreagować tydzień w pracy. Sens przetrwania sprowadza się do wyczekiwania na ten “magiczny” dzień, w którym w końcu można się opić, odprężyć, zrelaksować. Jakby zupełnie nie znali innych sposobów na pozbycie się stresu. Prawdopodobnie nie znają i to jest smutne. Daleka jestem od oceniania kogokolwiek, ale takie wpisy jak ten są jednak potrzebne, bo może komuś uświadomią, że jasne – wszystko jest dla ludzi, ale bardzo łatwo wpaść w błędne koło. Dobrze jest się nauczyć być takim spontanicznym, wolnym, dziecięcym na co dzień, a nie tylko po alkoholu.

    • Avatar
      April 26, 2015
      Reply

      Sama się wciąż tego uczę i sama siebie motywuję takimi wpisami. W naszym kręgu kulturowym nie ma przyzwolenia na niepicie. Na każdym głupim grillu i rodzinnej uroczystości musi być chociaż winko, chociaż piwko. Powiem komuś, że nie piję, to się od razu pyta czy jestem chora, w ciąży, albo co się w ogóle stało? Dziesięć razy pytają, czy na pewno nie chcę choćby kieliszka wódeczki. Czasem nasłucham się, że to nieuprzejme nie pić, że obrażam gospodarza. A na koniec okazuje się, że jeśli się nie chce chodzić na popijawy to pozostaje tylko siedzenie w domu lub poszukiwanie niepijących znajomych, co w pewnym wieku staje się poszukiwaniem igły w stogu siana. Niełatwo wychodzi się z tego zaklętego kręgu, mimo najlepszych chęci.

  4. Avatar
    April 27, 2015
    Reply

    Serio po żadnym! i to nie jest sposób na podlizanie się czy cokolwiek. Piwo akurat bardzo lubię, ale szczególnie ze względu na smak:) Potrafię się bawić bez alkoholu – jesli np mogę pojechać na koncert ulubionego zespołu to bez problemu zostanę kierowcą, bo i tak jestem już wystarczająco szczęśliwa! :)

  5. Avatar
    April 27, 2015
    Reply

    No to ja jestem taką osobą po przejściach, która teraz czasem szczerzy się sama do siebie ;). Wczoraj podczas biegu na ostatnim kilometrze miałam takiego banana na twarzy, że sama byłam zdziwiona. Prułam do mety absolutnie szczęśliwa. Pewnego dnia stwierdziłam, że zdecydowanie za dużo piję i po prostu powoli zaczęłam odstawiać alkohol. Nie powiem, że w ogóle nie piję ale zdecydowanie często wolę doświadczać na trzeźwo.

    • Avatar
      April 28, 2015
      Reply

      Witaj! :) Bieganie to jedna z aktywności do której jakoś nigdy nie miałam szczęścia i samozaparcia:) Ale wiem, o co chodzi z tym szczerzeniem :D

  6. Avatar
    May 12, 2016
    Reply

    Ja się staram ostatnio pielęgnować w sobie to dziecko, bo ono jest źródłem szczerej i beztroskiej radości :). Dodaje życiu lekkości.

  7. Avatar
    May 12, 2016
    Reply

    Twój tekst zapisze sobie i jeśli pozwolisz, bedzie Cie cytowała- jest świetny! Ja potrafię czuć sie swobodnie i naturalnie bez alkoholu, ale obserwuję konsekwencje stawania się “na luzie” wyłącznie na rauszu… To przerażajace.

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *