Najtrudniejsze wyzwanie, czyli jak zmienić kulkę nerwów w sarnę


Przychodzi znikąd, niezamówiony i z całą pewnością niezapraszany, ale jest: niepokój.

Poczucie przytłoczenia, bo tak wiele jest do zrobienia, że nie wiem czy dam sobie radę, zaległości rosną, a ja mam tylko dwie ręce i tylko jedną głowę.

Niepewność, czy mimo rosnącego licznika lat umiem żyć, frustracja, bo już dawno powinnam iść do przodu jak huragan, a ja nic.

Lęk, że teraz to już na pewno przesadziłam, że jestem zbyt nieznośna, że już nawet ja sama nie mogę ze sobą wytrzymać. Rosnące wewnętrzne rozedrganie, z którym nie wiem, co zrobić.

Znajomy schemat: chęć ucieczki. Zagłuszyć to, żeby tego nie było. Otworzyć książkę, zasnąć, puścić muzykę i tańczyć, odlecieć w świat fantazji, a najlepiej, to iść do parku z piwem. To zawsze pomaga, co z tego, że nie naprawdę.

Tylko, że nie chcę piwa. Używki odsuwają mnie od celu. Bez nich jest trudniej, ale owocniej. To ten moment, kiedy muszę sobie poradzić i nie rozpaść się w kawałki. Jak się nie rozpaść?

Ciepły głos w słuchawce, moje dłonie na sercu, mój głęboki oddech, bycie z tym niepokojem, po prostu bycie.

Wytrzymaj jeszcze trochę, oddychaj. Pozostań w tym i nie uciekaj do swojego lepszego, bardziej słonecznego świata, w którym nigdy nic nie boli i niczego się nie boisz.

Zobacz, wszystko jest dobrze: zobacz, tu musisz o siebie zadbać, a później tu, wiesz co robić, jesteś zaopiekowana.

Roztrzęsiona kulka strachu rozpuszcza się powoli i zmienia w futrzaną, ciepłą, zwiniętą w kłębek sarnę. Łagodną, kobiecą, ufną. Ciepłe ukojenie rozpływa się po mnie od środka.

Tyle siły potrzeba, żeby pobyć ze swoją słabością.

Łatwiej jest powiedzieć: fuck it, rzucę się w wir pracy, przyjemności albo duchowych uniesień, wszystko dokąd da się uciec, byle działało. Pokażę że jestem ponad to, że to mnie nie rusza, że tego nie ma.

Odsunąć się od swoich emocji, znów nie zająć się własnym niepokojem, własną wrażliwością. Znów iść na skróty i pokazać sobie, że jestem taką twardzielką, patrzcie jak sobie świetnie radzę, jaka dobra jestem w tłumieniu, wypieraniu, zwalczaniu samej siebie.

Nie jestem twarda i może nigdy nie będę, ale chcę zawsze być swoją przyjaciółką. :)

Kocham Cię, Dorota, nerwusku kochany, jesteś wspaniała i jedyna.

Previous Refleksje młodej bizneswoman po 6 miesiącach slow-firmy
Next Już nie noc, jeszcze nie dzień. O pierwszych pączkach i ostatnim śniegu