Najlepsza muzyka do jogi i relaksu


Muzyka do jogi – to od razu kojarzy się z jakimś hinduskim zawodzeniem o poranku nad brzegiem Gangesu. Nie wątpię, że byłby to najbardziej klimatyczny podkład muzyczny z możliwych… tylko, że do mnie i mojego domu jakoś to nie pasuje. Uwielbiam czerpać z kultur świata i kocham egzotykę, ale jestem cała przesiąknięta Europą i trochę dziwnie czułabym się, wypełniając całą moją domową codzienną przestrzeń tradycyjną hinduską muzyką. Tym bardziej, że często słucham muzyki praktycznie przez większość dnia. To byłoby zdecydowanie zbyt wiele hinduskich zaśpiewów, nawet, jeśli są bardzo piękne.

Musiałam znaleźć coś innego.
Coś, przy czym łatwo się skupić, co nie wdziera się inwazyjnie w uszy ani nie zabiera zbyt wiele uwagi, a jednocześnie na tyle umila czas, żeby móc konkurować z ciszą, która bądź co bądź, też jest dobrym rozwiązaniem.

Jak już kiedyś pisałam, lubię muzykę elektroniczną. Mój tata mówi, że ta muzyka jest zimna, bo stworzona przez komputer. Ja mam własne zdanie. To prawda, że komputer jako narzędzie ekspresji jest wykorzystywane obecnie w wielu miejscach – a jednak komputer sam z siebie nie tworzy, potrzebny jest do tego człowiek. Ludzie piszą blogi, które są zawieszonymi w cyberprzestrzeni platformami wymiany myśli. Ludzie tworzą zachwycające cyfrowe zdjęcia i grafiki komputerowe. Ludzie komponują też muzykę, która, nawet jeśli powstała z użyciem maszyny, wciąż jest wytworem czyjejś kreatywności, wycieczką, na którą twórca zaprasza naszą wyobraźnię i wrażliwość.

Oczywiście nie każdy kawałek zaprasza dokądkolwiek wyobraźnię, bo bardzo łatwo jest zrobić na kompie muzykę prostacką i męczącą, która zaprasza być może wieprze na parkiet, ale bynajmniej nie rzuca przed nie pereł. Ja wolę dźwięki, w których słychać włożone w nie serce. Subtelne, leniwie snujące się melodie, rozkołysane szamańskie rytmy, pachnące palonymi ziołami i kadzidłami, urzekające dźwiękowymi krajobrazami.

Dziś chcę Wam pokazać albumy, które towarzyszą mi w codziennej praktyce jogi, ale nie tylko.

Są to całe, godzinne albumy, więc nawet nie namawiam Was do słuchania ich wszystkich w całości. Natomiast możesz zrobić eksperyment. Wybierz jeden z nich, ten, który do Ciebie przemówi, i po prostu go puść. (Błagam, słuchajmy muzyki na czym innym niż głośniczki od lapka.) Pozwól, żeby towarzyszył Ci w Twojej codzienności. Ja lubię zatapiać się w tych dźwiękach, zwyczajnie leżąc i nie robiąc nic. Często też po prostu daję im lecieć w tle, kiedy jestem zajęta moimi typowymi domowymi czynnościami. Można przy nich czytać lub tworzyć. No i oczywiście są niezastąpione jako muzyka do jogi, medytacji, wizualizacji… Praktyka zyskuje przy nich nowy wymiar.

Solar Fields – Leaving Home

Urzekający ambient ze Szwecji. Ma w sobie typowy dla Skandynawii chłód, przez co trochę przywodzi mi na myśl bezkresny, granatowy kosmos, ale też o dziwo bezpieczny powrót do źródła, bezczas, stałość. To statyczne krajobrazy pochodzące z innych planet. Odległe, ale przyjazne. Przyznam się, że przy tych dźwiękach najczęściej zdarza mi się wyginać na macie. Doskonale pozwalają się skoncentrować i pozostać w skupieniu, nie zaprzątając sobą myśli, a wypełniając pustkę.

Stellardrone – Light Years

Space ambient to ta odmiana muzyki, w której czas przestaje płynąć, w której można się zatopić i odpłynąć w głąb własnej duszy. Jest wspaniała do medytacji i do wszelkiego rodzaju sesji relaksacyjnych. Dzięki swojej delikatności w ogóle nie przeszkadza też podczas czytania książek, a puszczana jako tło do wieczornego wypoczynku, bardzo uspokaja i wycisza. Stellardrone to projekt z Litwy, czyli niedaleko nas, ale jego muzyka wysyła mnie gdzieś na drugi koniec galaktyki.

Shulman – Alive

Psychedelic ambient z Izraela. Od razu słychać, że jest z innego zakątka globu niż poprzedni album, prawda? Nie wiedzieć czemu świetnie pisze mi się przy nim bloga. To jest mój album do rozmyślania i do odczuwania. Teksty, które mi się przy nim piszą, są zaskakujące i emocjonalne, a robiąc przy nim jogę, czuję, jak mnie ta muzyka niesie i porywa, przez co praktyka zamienia się w upajający taniec. Gdybym miała nadać jej barwy, byłyby nasycone i różnorodne, jak na wschodnim bazarze.

Tripswitch – Geometry

Przyjemne, optymistyczne brytyjskie downtempo z lekkim psychodelicznym akcentem. To “najnormalniejszy” z przedstawionych tu albumów. Taki nienerwowy chillout na każdą okazję. Ten album pasuje nie tylko do jogi i relaksu, ale też do piątkowego kieliszka wina lub spokojnego wieczoru spędzonego na rozmowach z przyjaciółmi. Fajnie się też z nim jedzie autobusem lub spaceruje, spokojnie obserwując rzeczywistość.

Jestem bardzo ciekawa, który z albumów uważacie za najbardziej interesujący.

A Wy czego lubicie słuchać dla relaksu?

Previous 4 boskie pomysły na kaszę jaglaną!
Next To nie jest blog dla fajnych ludzi