Mój dzień w rytmie slow life


Idea slow life jest przez wielu doceniana, ale też krytykowana za to, że się “nie da”. Obecne tempo życia niejako wymusza na nas pośpiech. Ponieważ żyłam w ten sposób jeszcze zanim to zaczęło mieć nazwę, czuję się poniekąd wywołana do tablicy. Podzielę się dziś z wami moim typowym rozkładem dnia, a wy możecie porównać go ze swoim dniem. Być może życie we własnym tempie nie jest wcale takie trudne i niewykonalne?

7:00

Budzik mamy nastawiony na 7:30, ale często budzę się sama z siebie już koło siódmej. Mam taki specjalny zeszyt, w którym od ponad roku zapisuję co rano strumienie świadomości. Przelewam na papier emocje, snuję małe i większe plany, marzę, a także tłumaczę sobie samej różne sprawy. Zajmuje mi to pół godziny każdego ranka i jest pierwszą rzeczą, którą zajmuję się od razu po przebudzeniu. W praktyce dość często ten zeszyt pomaga mi się ogarnąć i owocuje krótką listą rzeczy do zrobienia na dany dzień.

Następny stały punkt programu to szklanka wody z cytryną, którą wypijamy już od ponad pół roku każdego dnia. Jest to sygnał dla ciała do pobudki. Ruszamy: prysznic, robienie śniadania, poranny makijaż. To akurat zajmuje mi chyba tyle samo czasu co każdemu śmiertelnikowi. Makijaż ogarniam w pięć minut, tyle że najczęściej dziesięć dodatkowych zajmuje mi jeszcze poranna joga twarzy. Traktuję te minuty jako pożyteczną inwestycję i przy okazji przyjemny rytuał.

Śniadaniem i ogólnie domem zajmujemy się zawsze wspólnie. Mój Wojna poluje na świeży chleb i rzodkiewki w osiedlowym sklepie, a ja na przykład w tym czasie kręcę pastę do kanapek. Dziś ja ugotowałam kaszę jaglaną, a Wojna w pięć minut zrobił z niej paprykowo-dyniowe śniadaniowe curry. Wszystko idzie dwa razy sprawniej, kiedy nie trzeba robić tego samemu :)

Do naszego biura mamy dziesięć minut na piechotę i nie jest to przypadek. Wcześniejsze biuro było w centrum Łodzi i dawało to fajne uczucie bycia w centrum wydarzeń, ale godzinę dziennie przeznaczaliśmy na dojazdy. Wiem, że nie każdy może wybrzydzać, ale warto wziąć pod uwagę położenie miejsca pracy i miejsca zamieszkania jako dość ważny czynnik przy jej szukaniu. Na przykład jest masa ludzi, którzy codziennie kursują z Łodzi do Warszawy i z powrotem. Czy warto dla pieniędzy wyrywać sobie z życiorysu dodatkowe 4 godziny dziennie? Każdy sam sobie może odpowiedzieć na to pytanie. Ja, gdybym nie mogła lub nie chciała zmienić takiej pracy, wolałabym przeprowadzić się do Warszawy, niż tak jeździć.

10:00

Jako, że jestem aż tak alternatywna, że zamiast etatu u kogoś wybrałam pracę na własny rachunek, mogę sobie pozwolić na siedmiogodzinny dzień pracy. W tym i tak mieści się też często pisanie tekstów na bloga. Nie wiem, czy też zauważyliście, że przeciętną listę obowiązków na dany dzień pracy można przeważnie wykonać w jakieś 4-5 godzin. Pozostały czas, jaki pracownik siedzi w biurze, jest po to, żeby polajkował wpisy znajomych na fejsie, zrobił sobie dwie kawy, pointegrował się z kolegami z pracy, poobijał się, kilka razy przerwał pracę i na nowo rozpoczął.

Jeśli masz własny biznes i zaoszczędzony czas możesz wykorzystać po prostu kończąc wcześniej pracę, naprawdę warto pamiętać o dwóch zasadach:

Najwięcej czasu zajmuje wdrożenie się w pracę. Po każdej najmniejszej przerwie musisz na nowo się wkręcać w to, co robisz, zanim osiągniesz szczyt efektywności. Lepiej więc wkręcić się raz, a dobrze, i zrobić daną rzecz do końca, nie przerywając sobie duperelami. A później zjeść pyszny lunch, delektując się również tym, że już tyle jest zrobione.

Wykonuj jedno zadanie na raz. Tylko wtedy możesz maksymalnie się skoncentrować. Jeśli zajmiesz się równocześnie liczeniem oferty i odpisywaniem na maile, to może w efekcie zająć ci to dwa razy dłużej, niż gdybyś najpierw skalkulował ofertę, a później odpisał na maile! Podziel sobie pracę na segmenty. Taka praca jest też przyjemniejsza i lżejsza dla umysłu, bo nie ma tego przytłoczenia spowodowanego zbyt wieloma czynnościami naraz.

Może te rady nie wyglądają na slow life, tylko na jakiś poradnik rekina biznesu, ale zobacz ile dzięki temu zyskujesz czasu.

Zaoszczędzony czas można też przeznaczyć na… pracowanie więcej. Nie powiem, że nigdy-przenigdy nie korzystam z tej możliwości – goniące terminy są bezlitosne i do tego od czasu do czasu się kumulują, a podczas realizacji naszych wydarzeń jesteśmy w pracy praktycznie przez całą dobę. Ale ważne jest to, że są to u mnie sytuacje nadzwyczajne. Na co dzień mój czas jest mi bardziej potrzebny niż więcej pieniędzy i wysoko go sobie cenię. Dlatego po prostu nie biorę sobie na garba pracy, której nie dam rady wykonać w te przeciętnie 7-8 godzin dziennie. Ot, kwestia priorytetów.
slow life

17:00

Czas na aktywność po pracy. Tutaj moje dni dzielą się na te, kiedy robimy obiad, i te, kiedy nie robimy obiadu, bo robiliśmy go wczoraj. Nie pojmuję idei robienia codziennie nowego obiadu. Mimo że uwielbiam gotować, to prawda jest taka, że na codzienne gotowanie poświęca się tak ogromne ilości czasu, że po prostu musi to odbywać się kosztem czegoś. Pamiętam, jak robiłam wiosenny detoks i trzeba było codziennie gotować trzy posiłki. Jeny, tyle godzin przy garach. A przecież ugotowanie obiadu z podwójnej czy potrójnej ilości składników zajmuje dokładnie tyle samo czasu, co z pojedynczej.

Obiadem również przeważnie zajmujemy się we dwoje, chyba, że któreś zgłasza chęć ugotowania go samodzielnie, w ramach prezentu dla partnera lub jakiegoś napadu weny :) Zwykle Wojna wszystko kroi, a ja ogarniam resztę. Uwielbiam to rozwiązanie. Naprawdę we dwoje gotuje się dwa razy szybciej. Nawet maruderzy czy kulinarne beztalencia muszą przyznać, że do pokrojenia składników nie są potrzebne żadne ponadprzeciętne zdolności. Za to pomoc jest bezcenna. A jeśli ktoś jednak te zdolności posiada… to tym lepiej i dla nas, i dla obiadu :)

Kiedy nie gotujemy, lubię wykorzystać ten czas na jogę. Wizyta w studio jogi czy fitnessu od razu po pracy jest bardzo fajna, bo nie dość, że jesteśmy wciąż na wysokich obrotach i łatwiej się zmobilizować, to jeszcze można się w końcu trochę poruszać po tym kilkugodzinnym zastygnięciu na krześle. Jeśli nie robię jogi w studio, to robię ją w domu. Czasem przekładam ją na sam koniec dnia i wtedy jest bardziej medytacyjna, relaksująca i wyciszająca, bo jest już elementem przedsennego wypoczynku.

Staram się też codziennie uczcić dzień choćby krótkim spacerem. Od zbyt długiego przesiadywania w pomieszczeniach człowiek blednie i marnieje. Jesteśmy stworzeni przez naturę do życia pod słońcem i na powietrzu, więc korzystam z tej możliwości, kiedy tylko mogę. Mieszkam w sąsiedztwie ogromnego parku i nie zamieniłabym tego na żadne, nawet najbardziej ekskluzywne apartamenty na wybetonowanym osiedlu, gdzie są tylko skwerki do wychodzenia z psami, nie mówiąc o mieszkaniu w centrum. Przebywanie wśród zieleni uspokaja, pomaga złapać oddech. Gdy jest ciepło, łapię kocyk i biegnę na łąkę leżeć tam z książką. Kocham to.

W te kilka godzin można wcisnąć wiele innych rzeczy. Można pouczyć się hiszpańskiego, iść na basen albo saunę, przemienić spacer w wyprawę w nieznane, posprzątać dom w rytmie ulubionej muzyki, urządzić sobie jakąś kreatywną zabawę lub wprowadzać w życie swoje inne najdziksze pomysły. Tyle, że nie wszystko naraz. Jedna rzecz dziennie wystarczy. No, dwie, jeśli mamy ochotę na aktywny dzień. Zero, jeśli czujesz, że jesteś zmęczony. Robisz tylko tyle, na ile się czujesz. Inaczej ani się obejrzysz, a będziesz zachrzaniać jak dzika świnia i sam nie będziesz wiedział po co. A to przecież jest czas, kiedy można wyciągnąć wiele przyjemności z życia i jeszcze skorzystać na tym, że robimy dla siebie coś dobrego.

20:00

Czas na odpoczynek. To jest właśnie najlepsza pora, żeby wyjść do znajomych, posiedzieć w kuchni sącząc wino i piekąc ciasto albo po prostu poleżeć z książką. Mogę sobie wziąć długą kąpiel, obejrzeć film albo posiedzieć na blogach. Nie zamierzam się o tej porze przemęczać. Zdarza mi się czymś zająć i utkwić w tym po uszy, ale nigdy z poczucia obowiązku. Ten czas jest dla mnie.

Myślę, że to może właśnie tego brakuje wielu z nas. Tego momentu, od którego postanawiamy, że już dzisiaj nie tkniemy roboty. Tej bezczynności, w której możemy po prostu pobyć sami ze sobą. Czas spędzony na wieczornym odpoczynku jest w istocie lepiej wykorzystany niż całodzienne odhaczanie kolejnych punktów na liście i bycie bez przerwy stuprocentowo produktywnym. To czas, w którym mamy okazję zauważyć, że żyjemy. Szkoda z niego rezygnować. Choć trzeba się czasem wykazać niemałą asertywnością wobec bliskich, żeby taki czas na stałe wprowadzić do swego planu dnia. Oni tak szybko przyzwyczajają się do ilości obowiązków, które na siebie bierzemy. Uważam, że warto zawalczyć o tę przestrzeń.

23:00

Najzdrowszy sen to taki, który zaczyna się przed północą. Czasem chodzę spać już o 22giej, ale najczęściej to 23:00 jest taką granicą, po przekroczeniu której marzę już tylko o przytuleniu się do podusi.

Tak, śpię po 8 godzin dziennie. I w tygodniu, i w weekend lubię się wyspać. Kiedy jestem niewyspana, w pierwszej kolejności cierpi na tym moja witalność. Pewnie da się wykonywać obowiązki na autopilocie, z oczami na zapałkach, nie wiedząc co się dookoła dzieje, ale nie zgadzam się, żeby moje dni tak wyglądały. Lubię być w pełni sił i świadomości w każdym momencie życia, a do tego potrzebuję wyspanej, świeżej głowy.

Skoro są nam potrzebne do życia takie rzeczy, jak zdrowy sen, wypoczynek i odżywianie, to wychodzę z założenia, że należy zadbać o nie w pierwszej kolejności. Nigdy u mnie nic nie dzieje się kosztem snu ani jedzenia.

Chyba, że jest to jakaś zupełnie wyjątkowa sytuacja, którą chcę na maksa wykorzystać, żeby jak najpełniej doświadczyć tej chwili. Na przykład podróż.

I tu dochodzimy do ostatniego ważnego punktu:

Cała ta codzienna rutyna jest bardzo dobrze działającym planem dnia, ale trzeba pamiętać, że to plan jest dla nas, a nie my dla planu. Bez namysłu przestawiam wszystkie punkty programu, jeśli sytuacja tego wymaga. Działanie wiecznie pod linijkę jest męczące, bo życia nie da się upchnąć w schemacie. Życie próbuje wyłazić przez każdą szparę, domaga się uwagi i celebracji. W czerwcowe letnie dni kilka razy byliśmy na basenie w godzinach pracy. Sobotnie wieczorne wyjścia czasem powodują powrót do domu o świcie. Niekiedy joga musi poczekać, bo właśnie spontanicznie jedziemy na obiad do restauracji. I tak dalej… Takie nieplanowane wydarzenia budzą wielkie poczucie wolności i radości. I są symboliczną wisienką na torcie mojego życia :)

A Wy? Lubicie Wasze dni? Coś byście w nich zmienili czy zupełnie nic? Czy życie w stylu slow jest dla Was, czy zupełnie się w tym nie odnajdujecie? Ilu ludzi, tyle może być różnych punktów widzenia. Jedno jest pewne. Niezależnie od trybu życia – życzę Wam by Wasze dni były bardzo udane i dokładnie takie, jak chcecie :) Miłego!

Previous A co, jeśli nie możesz wszystkiego?
Next 4 boskie pomysły na kaszę jaglaną!
  • Myślę sobie, że moje dni byłyby dużo bardziej “slow”, gdyby nie długie dojazdy do pracy. Tak, wiem, że w autobusach można fajnie spędzać czas. Ale ja nie lubię tłumów, czuję że zabierają mi przestrzeń i ciszę, których potrzebuję, żeby czuć się dobrze.
    Sympatyczne to Wasze gotowanie we dwoje :)

    • My w ogóle jesteśmy sympatyczni ;) Ja bardzo ubolewam, że nie mam gdzie trzymać roweru, balkonu brak, z piwnicy kradną, chata kompaktowa, i przez to roweru nie mam… a właśnie uniezależniłabym się od transportu publicznego, który bywa bolesny, i jednocześnie od samochodu, który jest skarbonką bez dna:]

  • Slow można też ćwiczyć w wariancie etat w warszawie. Jest to wersja level hard, jednak możliwa do realizacji. Najlepiej praktykowanie metody slow wychodzi we dwoje. W singlowaniu może przerodzić się w lenistwo domowego fafluna. ;) A z dziećmi trudno o rutynę. To raczej żywioł. :)

    • To faktycznie wersja ekstremalna :D Ale jaka satysfakcja!

  • Widzę siebie w tym rozkładzie dnia. Chociaż pracę zamieniam na studia dzienne i codzienny trening. Uważam, że dzielenie się obowiązkami w związku to najlepsze co może być, nie chodzi tylko o zaoszczędzony czas, ale i zacieśnianie więzi. Czujemy się sobie potrzebni. Warto zawsze zwracać uwagę na starania naszej drugiej połówki, nawet jeśli dotyczą oczywistych i przyziemnych spraw.
    Czas dla siebie też cenię bardzo wysoko. Uważam, że to dobra inwestycja. Tak samo jak odpoczynek. Obowiązki obowiązkami i czasem faktycznie naginam się do nich, ale tak jak piszesz jest to stan wyjątkowy. Do planów nie ma się co przywiązywać, należy też umieć korzystać z tego co niesie chwila obecna i wyciskać z niej to co najlepsze. Też nie godzę się na życie na autopilocie :).

    • Z tym zacieśnianiem więzi to coś w tym jest, nawet nie patrzyłam w ten sposób, ale taki wspólnie zrobiony posiłek smakuje wyjątkowo, zawsze przybijamy sobie żółwika jak wyjdzie coś pysznego i czujemy się jak doskonale zgrany dwuosobowy zespół :D Fajnie czytać, że masz podobnie z tym rozkładem dnia!

  • Sen to podstawa dobrego humoru. :) Wiem, że jeśli po ciężkim dniu (13h poza domem, w tym ciężki trening) nie pójdę spać w miarę wcześnie, będę miała na drugi dzień ogromny spadek siły, a tym samym produktywność będzie zerowa. W ogóle jakoś z wiekiem :D nieprzespana nocka dłużej daje się we znaki. Mimo to warto czasem przeplanszówkować albo przetańczyć noc, dla higieny psychicznej.

    • O dokładnie tak samo uważam! Choć jakoś mniej u mnie motywacji do tego przetańczania, niż kiedyś:)

  • Ja lubię swoje dni, kiedy mam urlop w Polsce. I pospać można, i pobudkę ma się miłą, i święty spokój… Same plusy :-)

    • Oj tak, ja też lubię mieć urlop… wtedy to dopiero wszystko u mnie zwalnia. A czasem przeciwnie – przyspiesza, zależy gdzie ten urlop;)

  • super plan dnia :) w końcu sama muszę zaczęć planować :)

  • Anka

    Gotowanie we dwoje to musi być fajna sprawa:))

    • No pewnie, jest super! Polecam:)

  • Twój plan dnia jest moim wymarzonym :) moje próby wprowadzenia rytmu slow do codziennego grafika niekoniecznie mi wychodzą. To być może dlatego, że jestem typem pracoholika. W pracy spędzam nieraz więcej niż ustawowe 8 godzin, do tego 2 godziny na dojazd, a po powrocie do domu kolejne obowiązki, blog, szkolenia, itd. Ale cały pracuję nad tym, żeby znaleźć więcej czasu na odpoczynek i celebrowanie życia:)

    • Takie wyhamowanie z obowiązkami też jest rodzajem rozwoju, tyle że wewnętrznego, spójrz w ten sposób:)

      • Zawsze kiedy poczuję, że za dużo czas przeznaczam na obowiązki, wspomnę sobie Twoje słowa :)

  • Oj tak! Wdrażanie się w pracę jest zawsze najtrudniejsze, dlatego jeśli już “poczuję klimat”, to staram się jak najdłużej wytrzymać bez przerwy :D

  • Bardzo podoba mi się Twoje podejście do czasu, do planowania i do cieszenia się życiem. Niby takie to proste a jednak… Trzeba zaplanować. Ciekawe też, że często czynność, która jawi nam się jako koszmar trwa w rzeczywistości 10 minut. Trzy czynności – to tylko pół godziny. A czasem odwleka się je na “wieczne nigdy” psując sobie cały czas po drodze.
    Udanego tygodnia!

  • Bardzo zbliżony harmonogram dnia do mojego ;) Uwielbiam jesienne poranki, nawet w weekendy nastawiam sobie budzik na wczesną godzinę, bo kocham te ciche poranki, mając świadomość, że miasto jeszcze śpi, wtedy zapalam świeczki w kuchni, parzę herbatę i cieszę się błogim porankiem. Ostatnio nawet w tygodniu wstaję wcześniej niż zwykle, by celebrować te poranne rytuały :)
    Ludzie narzekają na to że czas leci coraz szybciej, a tak naprawdę to czas trwa tyle samo co sto lat temu, tylko że ludzie wtedy nie gnali tak prędko przed siebie… Świetny wpis, pozdrawiam!

  • Lubię życie slow, lubię codzienną rutynę, mam podobnie zaplanowany dzień jak Ty, również szczęśliwie mogę wykonywać pracę w godzinach 7:30 – 15:30 i od mego miejsca pracy dzieli mnie jedynie 6 km. U mnie granicą jest 19-sta. Po tej godzinie wykonują tylko czynności, któe wynikają z mojej pasji, wcześniej wykonuję obowiazki związane z prowadzeniem domu. Złapałam się na tym, że nie znoszę, kiedy coś lub ktos moja rutynę przerywa, a przecież, jak wspominasz, życie pod linijkę jest na dłuższą metę męczące! Dlatego dzisiaj, kiedy w porze przeznaczonej na dom zadzwoniła koleżanka na godzinną pogawędkę, zniosłam to dzielnie, bez cienia marudzenia – garnki nigdzie nie uciekły, czekały cierpliwie w zlewie na zapakowanie do zmywarki, a świat się tym wcale nie przejął ;-)

  • Wczytałam się miało być slow, a wpis minął mi błyskawicznie. Lubię swoją codzienną rutynę i o dziwo, od kiedy na świecie jest Zuzik naprawdę wiem, co znaczy slow life. Nie nastawiam budzika, nie pędzę, nie gonię poświęcam się byciu z dzieckiem i oczywiście realizowaniu się jako żona, blogerka, koleżanka itd. :)

    • Przeważnie właśnie rodzice mówią, że z dziećmi się nie da żyć slow, a ja z braku potomstwa nie mam żadnego argumentu. Super byłoby przeczytać coś u Ciebie na ten temat! (jeśli jeszcze nie pisałaś, bo być może coś przegapiłam):)

      • Przyznam szczerze, że kategoria o macierzyństwie u mnie raczkuje i rozwija się wraz z Zuzką :) Świetny pomył na pewno coś w tym temacie będzie.