Łódź Festiwalowa #4: Festiwal Zielone Smaki Łodzi!


Ucieszyłam się od razu, kiedy dowiedziałam się, że kroi się nowy festiwal gastronomiczny, a zatem nadchodzi kolejna szansa na odkrywanie nowych lokali i dobrego papu. W dodatku tym razem restauracje zaprezentowały dania bezmięsne. Choć nie jestem wegetarianką, jem z każdym miesiącem coraz mniej mięsa i szczerze mówiąc czuję się coraz lepiej.

Festiwal Zielone Smaki Łodzi to wege-alternatywa dla bardzo popularnego Festiwalu Dobrego Smaku, podczas którego renomowane łódzkie restauracje mają szansę popisać się kunsztem kulinarnym wystawiając dania konkursowe w atrakcyjnej cenie. Co prawda skala zielonego festiwalu była odpowiednio mniejsza, a udział w niej wzięły głównie bary znane ze swego wegańskiego menu, ale propozycje dań brzmiały równie zachęcająco. Dlatego podeszliśmy bardzo entuzjastycznie do naszego sobotniego popołudniowego wyjścia. Postanowiliśmy przejść się Pietrynką, zahaczając o najbliżej położone knajpy w celu napełnienia brzuszków.

Pierwsze wrażenie: Dania festiwalowe musiały cieszyć się większą popularnością, niż zakładano. Bo wszędzie się kończyły! W sobotę o 18, czyli chyba o idealnej porze, żeby zjeść późny obiad na mieście.
Dlatego w pierwszych dwóch lokalach odbiliśmy się od drzwi, czy raczej od lady. Zbożowa na Roosevelta miała już tylko swoje zwykłe menu. Lili po drugiej stronie ulicy była cała zarezerwowana na prywatną imprezę, mimo że pod wejściem wciąż stała reklama dań festiwalowych. Odrobinę zniesmaczeni poszliśmy dalej, obawiając się, że przyjdzie nam paść z głodu pośród tego jadła i planując po cichu, że w najgorszym razie pójdziemy najeść się falafli do Istambułu.

Następny w kolejce był Warzywniak Vegan Bistro, gdzie okazało się, że dania są! Niewiele w tej sytuacji wystarczyło nam do szczęścia. Byliśmy w tym lokalu pierwszy raz. Typowy wegebarowy, skromny acz przytulny wystrój i całkiem zachęcające ceny – może jeszcze tam wstąpimy na jakąś przekąskę w tygodniu. Bar zaserwował nam brukselkę curry zapiekaną z orzechami z razowym penne. Nie miałam jakoś okazji próbować zbyt wielu dań z brukselką, wielu z nas kojarzy się ona z daniem z dzieciństwa o dość niewdzięcznym smaku. Ta, którą zjadłam w Warzywniaku miała smak bardzo wdzięczny, wyrazisty i inspirujący. Jadłam, aż mi się uszy trzęsły. Jest sezon na brukselkę, chyba muszę spróbować swoich sił w temacie! Na deser delikatne ciasto czekoladowe z malinami. Bardzo spoczko! I do tego porcje o wielkości pozwalającej się najeść.

W dalszej kolejności zajrzeliśmy do Jaffa – Hummus & Other Stories. Ludzi pełno, miejsca praktycznie brak, widać, że jedzą dania festiwalowe – szybka decyzja: wracamy później.

Po drugiej stronie ulicy – Pozytyvka, znana z dużego wyboru bardzo fajnych naleśników, czasem przez nas odwiedzana w porze lunchu. Pozytyvne menu oferowało na tę okazję wegańskie pulpeciki dyniowe, z kaszą jaglaną, cebulką i szpinakiem, spowite sosem imbirowo-kokosowym. Podskakując z radości, że pulpeciki są spowite sosem, złożyliśmy zamówienie. Na stół wjechały zgrabnie podane cztery kotleciki ułożone na sosie w towarzystwie rukoli i pomidorków. Dobre!! Wyczułam w nich co prawda jakiś dodatek – obstawiam jakąś vegetę – który nie do końca mi odpowiadał, ale spodobała mi się puszysta konsystencja kotlecików, a sos w ogóle był obłędny, na moje detektywistyczne oko było w to zamieszane mleczko kokosowe.

Byliśmy już tak najedzeni, że poszliśmy się przewietrzyć. Po chwili wróciliśmy do Jaffy, ale gdy przyszło do zamawiania, okazało się, że goście przed nami sprzątnęli nam sprzed nosa dosłownie ostatnie porcje festiwalowych specjałów! Mogliśmy co najwyżej popatrzeć, jak jedzą. Wyglądało bardzo smakowicie. Później okazało się, że Jaffa wygrała festiwalowy konkurs na najlepsze dania. Były to placuszki gryczano-kasztanowe i gruszka nadziewana chałwą. Ech… co za pech:]

Poszliśmy więc dalej, w poszukiwaniu czegoś, co jeszcze będzie nas w stanie zaskoczyć, i znaleźliśmy właśnie Chatkę Ech.
Chatka też serwowała festiwalowy deser. I była jednym z lokali, które zawsze mijałam z ciekawością, ale nigdy dotąd nie zajrzałam do środka. Chatka Ech to herbaciarnia, jedna z tych o czarodziejskim wystroju wnętrz, gdzie brakuje tylko czarnego kota i skrzatów. I choć bardzo odbiegała atmosferą od tych wszystkich wegańskich barów, to weszliśmy tam bez namysłu.
Festiwalowy deser był babeczką z drobno pokrojonymi owocami i kremem, ale naszą uwagę zaprzątnęło w całości wnętrze, wystylizowane na klimaty rodem z Ani z Zielonego Wzgórza, urządzone z najwyższą dbałością o szczegóły. Tam po prostu można chodzić i zaglądać w każdy kąt. W tle dźwięki pianina na żywo, wokół nastrojowe światło, książki, sprzęty z epoki, dekoracje, tiule, wiklina, ażurowe obrusy. Brak słów! Zamówiliśmy jedną z ich bogatego wyboru herbat (menu pisane ręcznie w zeszycie w kratkę, przypominające ukochany, wiele razy czytany pamiętnik!), siedzieliśmy i delektowaliśmy się chyba z godzinę, zaskoczeni, że nas na koniec wieczoru spotkała taka miła niespodzianka. Wrócimy na pewno.

Wniosek z tego wszystkiego płynie taki, że warto czasem wejść do restauracji innej niż ta ulubiona czy zaplanowana… bo być może dokonamy wspaniałego odkrycia.

Miejmy nadzieję, że festiwal będzie miał następną swoją odsłonę – będziemy wtedy mieli okazję zwiedzić pozostałe lokale, bo kilka ich jeszcze na tej liście było, a miejsca w brzuszku już brak!

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *