Kochaj mnie, nie kontroluj mnie!


blog slow life
Ajari

Wczoraj wrzuciłam na fejsa krótki utwór autorstwa Jorge M. Bucay. Ten manifest jest często cytowany w kontekście wychowania dzieci. Myślę, że można go użyć również w szerszym znaczeniu. Odnosi się ogólnie do relacji miedzyludzkich. Do tego, jak jesteśmy traktowani – a jak chcielibyśmy być. I do sprawnej komunikacji, do pragnień, które wszyscy posiadamy, choć nie zawsze umiemy je wyrazić.

blog o uwaznosci
Zamieściłam go też na grupie filozoficzno-refleksyjnej, gdzie czasem się udzielam, bo zdarzają się tam ciekawe dyskusje. Wiadomo – jak to w miejscu, gdzie spotykają się ludzie o różnych punktach widzenia, ale wszyscy mniej lub bardziej otwarci na siebie i na odmienność cudzych poglądów. Pośród różnych komentarzy do tego obrazka moją uwagę przykuł ten:

blog o uwaznosci
Pomijam już, że nie wiem, co otwarte wyrażanie potrzeb ma wspólnego z brakiem tolerancji – może to zależy od interpretacji. Zaintrygowało mnie raczej to, że dla kogoś naciskanie, osądzanie i kontrolowanie może być wyrazem dbania o kogoś, wyrazem miłości.

A później pomyślałam, że wielu z nas było właśnie tak wychowywanych. I dlatego tak właśnie rozumiemy dbanie o innych.

Dla twojego dobra zmuszę cię, żebyś robił to, co według mnie jest właściwe. Wybiorę ci życie, szkołę, karierę, znajomych i styl ubierania, powiem ci co masz myśleć, a czego ci nie wolno.

Dla twojego dobra zrobię za ciebie to, co dla ciebie trudne, wezmę na siebie odpowiedzialność za twoje niepowodzenia i za twoje sukcesy.

Będę cię chronić od porażek i od prawdziwego życia. Będę patrzeć na ciebie przez pryzmat siebie i zrobię wszystko, żeby twoje życie było bardziej udaną wersją mojego.

Oplotę cię sobą, zanurzę cię w miłości aż po czubek głowy i będę tak długo cię w niej trzymać, bez dostępu do tlenu i do własnej tożsamości, aż się na to wszystko zgodzisz.

Foto: Ajari
Foto: Ajari
Miłość powiązaną z kontrolą widać często w związkach. Kochające kobiety myślą, że wyświadczają mężczyznom potężną przysługę, zostając ich stylistkami, coachami, animatorkami i dietetyczkami, bez wyraźnego życzenia drugiej strony. Facet dusi się i ucieka gdzieś w melanż, w pracę czy w hobby, gdzie może nareszcie zrzucić ten odświeżony wizerunek i pobyć sobą.

Inny typ kochającej kobiety to cierpiętnica, która uwiesza się na męskiej szyi i zostaje jego krawatem. Od tej pory każde jego samotne wyjście jest dowodem braku miłości. Ten mężczyzna jest jej całym życiem. Dla niego zrezygnowała ze swoich wszystkich pasji. Oddała mu wszystko, więc jakim prawem on znika na długie godziny i nie mówi, z kim jest i kiedy wróci? Co za cham!

Oczywiście bywa tak też w drugą stronę. Są kochający mężczyźni, którzy chętnie ogarną swojej ukochanej całe jej życie, zapewnią jej absolutne bezpieczeństwo, przydzielą jej zakres kompetencji i będą od czasu do czasu karcić, gdy zobaczą, że próbuje je przekraczać. I niech tylko spróbuje po tym wszystkim, co dla niej robią, być nieszczęśliwa!

W wersji ekstremalnej zdarza się, że natrafiają na siebie dwie osoby o kontrolującej postawie i ich związek jest jedną wielką frustrującą walką o to, kto kogo bardziej urobi pod siebie, kto komu narzuci swoją wolę. Z czasem zaczynają latać kurwy, talerze i pięści. A to wszystko z miłości. Masakra!

Jakże często mamy poczucie, że bez naszej kontroli ten związek się rozleci, że musimy cały czas trzymać rękę na pulsie, że my wiemy lepiej, że ten ktoś bez nas sobie nie poradzi! Przecież to jest nasz partner, więc jak możemy mu pozwolić na popełnianie błędów, na ponoszenie porażek? Musimy interweniować, to ma być miłość idealna, jak z obrazka, a nie jakaś pełna wad, niedociągnięć, inna niż sobie wymarzyliśmy i zaprojektowaliśmy! Przecież nie po to mam faceta, żeby sobie żył jak chce i robił co chce!

Skąd się to bierze? Skąd w ogóle jest w nas ta chęć, żeby ktoś był NASZ, żeby kogoś MIEĆ?

Mieć nie w ten sposób, że oto nie jesteśmy sami na świecie – co jest wspierające – ale mieć tak, jakby się od tej pory było panem nie tylko samego siebie; jakby się mogło stanowić nie tylko o własnym życiu, ale też czyimś. A to wszystko dlatego, że po prostu bardzo kogoś kochamy i chcemy, żeby było mu jak najlepiej. Żeby miał lepsze życie, niż sam jest w stanie sobie zapewnić.

Czy my tego już kiedyś nie przerabialiśmy?

Czy nie odbija się gdzieś tam echo naszego wychowania, tego wzorca miłości pełnego kontroli i poświęcenia, jaki otrzymaliśmy kiedyś, dawno temu?

I czy aby na pewno właśnie tego potrzeba w zdrowej relacji dwojga wolnych dusz?

Foto:  Chiara Baldassarri
Foto: Chiara Baldassarri
Przez całe lata byłam właśnie taką kontrolującą panią generał. Wszystko, co się w moich związkach działo, zaraz podlegało mojej ocenie i jeśli nie podobało mi się, zaczynałam z tym walczyć. Dopiero jakiś czas temu zauważyłam, że im więcej luzu, tym ludziom jest ze sobą łatwiej żyć. Tym mogą obdarzyć się większym zaufaniem. Miłość oparta na zaufaniu, nie na strachu, jest zupełnie inną miłością. Jakby było w niej więcej esencji, jakby jej samej było więcej. Okazuje się, że idealny związek to taki, w którym nie dążymy do żadnego idealnego związku.

Natomiast wiadomo, że ideały to jedno, a praktyka to drugie. Zmiany nie następują za pstryknięciem palca, są długim i mozolnym przestawianiem się na nowe tory myślenia. Są okraszone błędami i przeprosinami, i ciągłą nauką, jak w pokojowy sposób postawić granice, jak uszanować granice drugiej osoby, jak być taką osobą, z którą można dobrze żyć i która nie jest niczyim wrzodem na dupie.

Sama więc rozmawiam ze sobą i zadaję sobie te wszystkie pytania. I rozkminiam, jak to wszystko jest zrobione.

Ale chętnie porozmawiam też z Wami.

Wiecie, o czym mówię, no nie?

27 Comments

  1. Avatar
    December 3, 2015
    Reply

    Bardzo podobają mi się Twoje przemyślenia w tej kwestii- bo myślę podobnie. Ja specem związkowym nie jestem ale jako powierniczka i obserwatorka widzę jak duszący może być taki związek pod kontrolą i coś prędzej czy pozniej w takim się spierdo..Miłość to zaufanie i pozwolenie na bycie sobą obok siebie. Kontrola ogranicza i dusi imo.

    • Avatar
      December 4, 2015
      Reply

      Ano widzisz niby to takie proste…:)

  2. Avatar
    December 3, 2015
    Reply

    Jak zawsze nic dodać, nic ująć. Oby więcej takich tekstów.

    Ps. Zapraszam serdecznie na pierwszy konkurs na blogu :)

  3. Avatar
    December 3, 2015
    Reply

    Uwielbiam Twoje teksty za to, że zawsze skłaniają mnie do głębszych przemyśleń i wejścia w głąb samej siebie. Czytając to od razu pomyślałam o mojej trudnej relacji z matką, która była i jest osobą osaczającą, wzbudzającą poczucie winy, kimś, kto uważa, że dziecko powinno swoje życie przeżyć tak, jak ona chce – bo przecież ona wie lepiej. I nieważne, czy to dziecko ma lat 10, 20 czy 30… A przy okazji jest wiecznie nieszczęśliwa, samotna, a jej dzieci są okropne, że ją zostawiają. Przy czym nic nie jest jej winą, wszystko złego co ją spotkało to zły los, ludzie są źli, świat jest zły… To długa historia, nadawałaby się w sumie na książkę. Ostatnio z moją siostrą stwierdziłyśmy, że to aż dziwne, że przy takiej osobie potrafiłyśmy się tak duchowo rozwinąć, chociaż wiem, że przede mną jeszcze długa droga, aby poradzić sobie z tym wszystkim. Na razie jestem w trakcie obserwacji uczuć, które towarzyszą mi po rozmowach z mamą – gdy pojawia się np. poczucie winy, obserwuję to i pozwalam temu być. Nie neguję tego i nie próbuję tłamsić. I myślę, że w bardzo wielu przypadkach wychowanie w właśnie takiej rodzinie – w której nie brakuje jedzenia, ubrania, ma się gdzie spać, ale brakuje naturalnej, czystej rodzicielskiej miłości – to przyczyna dysfunkcji w związkach. No bo jak można kochać kogoś, kiedy nikt nie pokazał co to jest miłość? Miłość wtedy kojarzy nam się z tym, co dostaliśmy od rodziców, czyli osaczaniem, kontrolowaniem, przy czym mamy wpojony strach przed odrzuceniem. Kilka lat zajęło mi zrozumienie, że o związek trzeba dbać tutaj i teraz. Ufać i dawać wolność drugiemu człowiekowi. Szanować jego własną przestrzeń. Tak samo jak zrozumiałam, że jeśli ktoś nie kontroluje mnie na każdym kroku to nie oznacza, że się mną nie interesuje tylko pozwala mi się rozwinąć w samej sobie i ma do mnie zaufanie. Tak jak piszesz – trzeba wyluzować. I przede wszystkim pokochać SAMEGO SIEBIE, wtedy dopiero można szczerze pokochać drugą osobę.

    • Avatar
      December 4, 2015
      Reply

      A ja uwielbiam Twoje przemyślenia którymi się tu dzielisz :) Wybaczanie rodzicom to w ogóle oddzielna kwestia, myślę że tak do końca starsze pokolenie da się zrozumieć dopiero kiedy ma się własne dzieci i coraz więcej lat na karku. Nikt nie rodzi się zgorzkniałym i pełnym lęku, to życie ryje banię… My teraz mamy łatwy dostęp do wiedzy psychologicznej, jakiego nie mieli nasi rodzice. Jest trend rozwoju osobistego i duchowego, jest zarządzanie emocjami, psychoterapia nie jest już takim tabu… Więc jesteśmy w lepszym położeniu, a jednak i tak wielu z nas pod wpływem trudnych doświadczeń z wiekiem zgorzknieje i napełni się lękiem. Skomplikowane jest życie i cała nasza droga to jedno wielkie odnajdywanie się w nim.. Tym bardziej warto dochodzić do takich refleksji, które być może uchronią nas przed popełnianiem kolejnych błędów… oby :)

  4. Avatar
    December 3, 2015
    Reply

    Każdy chyba potrzebuje od czasu do czasu trochę przestrzeni i odpoczynku … od rodziców, od dzieci, od pracy, od drugiej połówki… Również byłam tak jak Ty kontrolującą panią generał, ale gdy odpuściłam to wiem, że było warto, bo żyje się łatwiej. :-)

    • Avatar
      December 4, 2015
      Reply

      Odpuszczanie to piękna rzecz, choć jego nauka to prawdziwe wyzwanie, wciąż jestem w trakcie;)

  5. Avatar
    December 3, 2015
    Reply

    Taka mam… jesienną refleksję. A myslisz, że mają sens takie nasze apele Dotee? Czy to nie jest tak, że w kimś raczej na podstawie własnych doświadczeń musi “coś” zaskoczyć w środku i wtedy wchodzi na “zen”. Odpuszcza. Sobie, innym, zyciu… Ale do tego trzeba czasu i hmmm… własnych doświadczeń.

    • Avatar
      December 3, 2015
      Reply

      Dla mnie żadne apele nie mają sensu i od pewnego czasu o nic do nikogo nie apeluję, raczej wolę właśnie skłonić do refleksji, więc cieszę się, że mi się udało ;)

  6. Avatar
    December 3, 2015
    Reply

    Mam wrażenie, że popadanie w jakiekolwiek skrajności nie jest niczym dobrym. Bo przecież można być super kontrolerem, ale można być też super olewaczem. Grunt to znaleźć złoty środek, a do tego to chyba tylko praktyka.

    • Avatar
      December 4, 2015
      Reply

      Dla mnie olewanie i kontrolowanie to dwie różne krzywdy, które możemy wyrządzić naszemu związkowi, ale nie wiem czy powiązane ze sobą. Można jednocześnie olewać partnera i go kontrolować, na przykład nie interesować się tym, co myśli i czuje, ale nadmiernie wnikać w to, co robi. Można też odpuścić kontrolę, pozwolić na wszystko i zaufać że partner tego nie nadużyje, ale jednocześnie nie olewać, dbać o bliskość. Właśnie sęk w tym że wydaje się, że brak kontroli prowadzi do olewki, a to chyba nie do końca tak działa – przynajmniej ja to tak widzę :) A praktyka jest oczywiście podstawą wszystkiego;)

  7. Avatar
    Asia
    December 4, 2015
    Reply

    No cóż, ja byłam po stronie tych “troskliwie” kontrolowanych. Niewinne początki w postaci nieco natarczywej pomocy, rad o które nie prosiłam, czy różnych dziwnych interwencji, niby w moim w moim imieniu, oczywiście wbrew mojej woli doprowadziły, mówiąc oględnie, do śmierci związku. Takie życie pod kloszem i na krótkiej smyczy to straszna sprawa, tym bardziej, że po jakimś czasie człowiek ulega, przestaje walczyć, to taki poniekąd syndrom sztokholmski. Najważniejsze, żeby się w porę obudzić, powiedzieć stop. No chyba, że kogoś taki układ uszczęśliwia.

  8. Witam
    Tak się zastanawiam czy w tej naszej zaborczości nie kryje się jednak miłość ale takie pierwsze stadium miłości gdzie w grę wchodzi silna reakcja chemiczna odbierająca nam zdrowy rozsądek itd…..Dawno dawno temu kiedy byłam pod wpływem takiej właśnie silnej reakcji chemicznej miałam zapędy bardzo zaborcze wobec swojego wówczas męża. Z biegiem lat kiedy owa reakcja wypaliła sie, a jej miejsce zajęła inna reakcja równie silna w której ludzie odnajdują przywiązanie , przyjaźń, szacunek…..Kiedy bycie ze sobą staje się świadomą “decyzją” dwojga ludzi……..wówczas moja zaborczość ustąpiła.
    Słowo ” decyzja” w cudzysłów , bo teorię decyzji jako świadomego wyboru np bycia z kimś uświadomiła mi moja bardzo fajna koleżanka Miriam….więc nie jest to moje określenie albo bardzo pomogło mi któregoś razu zrozumieć i poukładać swoje myśli. Decyzja rozumiana jako miłość, bez motylków i reakcji, którą amerykanie obliczyli na cztery lata…….Można by powiedzieć że decyzja to jest dopiero stan prawdziwej miłości ale to zupełnie inny temat.
    Pozdrawiam

    • Avatar
      December 14, 2015
      Reply

      Podoba mi się ta Twoja refleksja. Szczególnie ostatnie zdanie, z którym totalnie się zgadzam. Prawdziwa miłość nie jest ślepa, jest właśnie świadomą decyzją i może to właśnie ona jest potrzebna, żeby można było uwolnić się od zaborczości. Pozdrawiam Cię i dzięki za komentarz :)

  9. Avatar
    December 5, 2015
    Reply

    Podzielam Twoje zdanie. Nie da się kogoś kontrolować ani nie da się długo wytrzymywać kontroli z czyjejś strony. Warto odpuścić i zaufać drugiej osobie. Bez tego relacja między dwojgiem ludzi w którymś momencie może zakończyć się z wielkim hukiem.

  10. Avatar
    December 5, 2015
    Reply

    Masz rację, że to wzorzec miłości i troski opartej na kontroli. Większość z nas została wychowana w ten sposób. Nie ma innego wyjścia, jak tylko w dorosłym życiu przemyśleć to i jak najszybciej porzucić – zarówno wobec partnera, jak i wobec dzieci.

    • Avatar
      December 14, 2015
      Reply

      To porzucanie może trochę potrwać i sporo ma wspólnego z wybaczaniem błędów, również sobie.. Ale od czegoś trzeba zacząć:)

  11. Avatar
    December 6, 2015
    Reply

    Jest taki piękny wiersz ks. Jan Twardowskiego, który kończy się zdaniem “…zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz.” W tym prostym zdaniu wyraża się cały sens miłości. Kwestia kontroli to jedna strona medalu, druga to oczekiwania. Wolność, która można dać przez miłość to wolność od “ja”. Pozbawienie jej egoizmu i egocentryzmu. Akceptacja i pogodzenie się z tym, że życie każdego jest niezależne od naszego, że nie da się przeżyć go za kogoś. To trochę w myśl zasady “żyj i daj żyć innym”. Nie twierdze, że to łatwe zadanie. To chyba najtrudniejsza strona związku. Pozwolić bliskim popełniać błędy, pozwolić im uczyć się na własnych potknięciach, nie ingerować w ich życie niezależnie od tego jak my je oceniamy. W relacjach z obcymi ludźmi nie jest to wcale łatwiejsze, choć tam nie przeszkadzają oczekiwania. Te prowadzą do większości cierpień. Wyzbycie się ich pozwala dostrzegać ludzi takimi jakimi są. To też trudna praca. Pocieszające jest to, że nie musimy być idealni, nie musimy osiągnąć ideałów. Wystarczy do nich dążyć by być na najlepszej drodze do zdrowych relacji ze sobą i światem. Szczęście jest przecież prawem każdego człowieka :)

    • Avatar
      December 14, 2015
      Reply

      Ładnie to napisałeś:)

  12. Avatar
    December 7, 2015
    Reply

    Manifest można analizować na tak wiele sposobów, ale faktycznie przede wszystkim skupiłabym się na tym, że rodzice dali luz swoim dzieciom. Dlaczego? Dlatego, że moja ukochana mama (nie była ideałem, popełniła masę błędów, czasem nie miała sił by walczyć z ojcem, alkoholem itd.) dała mi jedną, cholernie ważną rzecz – kredyt zaufania i wolność. Mama nie negowała moich wyborów (wiadomo sugerowała, żebym zmieniła kieckę jak było widać majty podczas chodzenia…), ale nigdy nie narzucała swojej woli, nawet jeśli miałam inne, czasem radykalne zdanie np. o aborcji, i dała mi żyć. Kochała mnie i akceptowała taką jaka jestem, dzięki czemu mimo wielu trudności życiowych wyrosłam na uśmiechniętą, znającą swoją wartość babeczkę, która kocha świat (wiem, że uprościłam).

    Sytuacja nr 2 tyczy się mamy, ale mojego męża. Nie, że będę narzekać na teściową,wiele nam pomaga, jest miła i pomocna, ale – ona właśnie nie zostawiam nam wyboru, przestrzeni, miejsca na decyzję. Dlatego mój ukochany ma podcięte skrzydła, małą wiarę we własne siły, czasem jest niezaradny i tej zaradności uczy się w naszym związku bo ja pozwalam mu na błędy i samodzielność (wczoraj nie nałożył Zuzce skarpetek na -10 stopni, a buty temu ciągle spadały, raz tylko go upomniałam, że kolejny razem musi być bardziej uważny jak ubiera dziecko). Teściowa nas tak kocha, że aż dusi i męczy…

    Co do związku: luz, zrozumienie, empatia i poczucie humoru – trzeba umieć śmiać się z samego siebie, podchodzić z uśmiechem do “wpadek” partnera, tylko wtedy uda się żyć normalnie. :)

    • Avatar
      December 14, 2015
      Reply

      Bardzo fajnie, że poruszyłaś temat od tej strony, bo trafiłaś w sedno, o ile to, czy damy partnerowi wolność jest ważne, to czy damy ją dziecku jest po prostu kluczowe. Najważniejsze to nie podawać starych błędów dalej w nieskończoność. Cieszę się, że teraz mamy taki rosnący trend świadomego rodzicielstwa, że w końcu dotarło do nas, jak bardzo doświadczenia z dzieciństwa kształtują nasze dorosłe ja. Jest nadzieja że nie spaskudzę swoich dzieci jak w końcu uda mi się je mieć (choć podejrzewam, że nawet pomimo całej tej wiedzy nie da się być idealnym rodzicem) :) I podziwiam Twoją cierpliwość, sama nad swoją muszę pracować :D

      • Avatar
        December 14, 2015
        Reply

        Myślę, że cierpliwość przychodzi w nas właśnie w momencie stania się rodzicem :) Moja dewiza brzmi: popełniać błędy swoje, ale nie rodziców :)

  13. Avatar
    December 12, 2015
    Reply

    Czasem się nad tym zastanawiam. To jednak w bardzo dużej mierze wynika z tego, jak zostaliśmy wychowani. U mnie też było tak, że rodzice chceli pokierować moim zyciem wedle własnego uznania i takie wzorce wyniosłam z domu, poniewaź innych nie znałam. I też przez długi czas musztrowałam innych, wierząc święcie w to, że robię to dla ich dobra. Na szczęście się zmieniłam, bo zrozumiałam, że to prowadzi jedynie do tego, że ludzie odrwacają się ode mnie. Odpuściłam. I dobrze zrobiłam, bo przecież każdy z nas potrzebuje przestrzeni tylko dla siebie.

  14. Avatar
    Jo
    December 15, 2015
    Reply

    Siedziałam w kawiarni z koleżanką, zamówiłyśmy kawę. Pomyślałam sobie “mam ochotę na to wielkie, czekoladowe ciastko”. Zaraz po tym przyszła myśl “nie mogę, mój Janek by mnie za to skarcił” (Janek, 5 lat razem, weganin, sportowiec, facet z moich marzeń). I wtedy, przepraszam za wyrażenie, ale tak, wtedy dopiero mnie to jebło. On by mnie skarcił.
    Tydzień później, po milionie myśli i setkach rozmów nie był już moim Jankiem. A ja nareszcie swobodnie oddycham. I zjadam czekoladowe ciasta wtedy, kiedy mam na to ochotę.

  15. Avatar
    December 23, 2015
    Reply

    Wiesz co jest ciekawe ? W moim małżeństwie wydawało mi się, że to ja wszystko kontroluję ale tak naprawdę mojemu mężowi moja “kontrola” nie przeszkadzała, on jej chciał bo ona mu ułatwiała życie. Zmusił mnie wręcz do tego abym podejmowała wszystkie decyzję i ponosiła 100 % odpowiedzialności za nasze życie. Jak coś szło nie tak to ja stawałam się winna, bo wiadomo … moja decyzja. Ja żyła w przeświadczeniu kontroli ale tak naprawdę to ja była kontrolowana i sterowana. Jak coś szło nie tak to zaraz się zaczynało. Powiem Ci, że ja z takiego związku wyszłam strasznie zmęczona. Przez kilka dobrych miesięcy uczyłam się siebie od początku bo nie wiedziałam kim jestem, co lubię i co jest dla mnie ważne.

  16. Avatar
    rebelle
    December 7, 2016
    Reply

    osho “milosc wolność samotność” pewnie kojarzysz? ;) jest ogromna roznica miedzy przywiązaniem a miłością. Tak znaczaca ze można o niej wydać książkę. Jezeli nie czytalas lub czytalas dawno temu, to moment w ktorym sobie o tym wszystkim rozmyślasz jest idealny by po te książkę chwycić. Miód na dusze. Pozdrawiam ciepło, Rebelle

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *