Dziś opowiem wam historię. Jestem pewna, że gdzieś głęboko w środku każdy z nas nosi takie historie w sobie. Irracjonalne, intuicyjne, tajemnicze – nie mające w sobie pozornie sensu, a jednak przekazujące między wierszami pewną podstawową prawdę o świecie.

Ta historia wydarzyła się w Indiach, gdzie w pewien piękny, słoneczny (a jakże) dzień, w przykurzonym i gęstym powietrzu upalnego indyjskiego poranka wybraliśmy się na wynajętym skuterze na wycieczkę na plantację przypraw w goańskiej dżungli.

Plantacja była bardzo fajna, mieliśmy okazję zjeść tam pyszny, nieściemniany oryginalny hinduski obiad, zobaczyć, jak wyglądają młode ziarna kawy, laski wanilii, strączki kardamonu i na koniec złożyć wizytę w domu gospodarzy. Wyglądało to wszystko naprawdę na bardzo udany dzień.

Tak wygląda kakao. To białe jest słodziutkie i smaczniutkie.

W drodze powrotnej nasz skuter zapyrgał i silnik zgasł. Stanęliśmy. Na krętej drodze w środku górzystej dżungli. 30 kilometrów do najbliższej mieściny. Bez żadnych numerów telefonu, gdzie moglibyśmy zadzwonić po pomoc. Tak, w przewodniku ostrzegali, że te skuterki mogą się psuć. Tak. Hmm.

Właściwie należałoby od razu dostać białej gorączki i wścieklizny, zacząć rozpaczać i wyobrażać sobie nasze ciała rozwłóczone po dżungli po zmroku przez dzikie zwierzęta. Ale wówczas byliśmy już dość nauczeni przez Indie, że żeby było ok, należy płynąć. Nie spinać się, płynąć. Od jednego wydarzenia do drugiego, z niewzruszoną cierpliwością i zaufaniem, że życie poniesie nas dalej tam, gdzie trzeba.

Po dłuższej chwili usłyszeliśmy, że ktoś nadjeżdża. Młody człowiek na innym skuterze przejął się naszą sytuacją tak bardzo, że zaczął zaglądać w nasz skuter, omal nie chciał go naprawiać, choć nie miał zielonego pojęcia, o co może chodzić.

Gość nie mógł nam pomóc, ale pomógł nam zatrzymać samochód, którym jechała jakaś rodzina. Co prawda był to mały samochodzik, a siedziało tam już pięć osób, ale mieli jeszcze bagażnik. Zostawiliśmy skuter tam, gdzie stał – co mogło mu się stać? I tak nie chodził – i hop do bagażnika.

Byłam ciekawa, co będzie dalej i choć sytuacja wydawała mi się tak absurdalna, że aż w głowie trzeszczy, to nie ulegało dla mnie wątpliwości, że wszystko będzie OK.

W beztlenowym bagażniku w pełnym słońcu indyjskiego popołudnia dojechaliśmy do szlabanu. Szlabany w dżungli są po to, by można było rejestrować, kto tam wjeżdża. Stoją przy nich strażnicy i co jakiś czas otwierają szlaban, a raczej zwalniają wiszący na nim ciężarek, tak by szlaban sam się podniósł – nie pamiętam już, co było tym ciężarkiem, ale chyba jakieś kamienie czy wiadro. A później sznurkiem ściągają go z powrotem. Ot, taka indyjska myśl techniczna.

Samochód z rodzinką odjechał dalej, a my zostaliśmy ze strażnikiem. Ten to dopiero się przejął! Nie miał numeru do mechanika, ale zaczął wydzwaniać po znajomych, żeby zdobyć ten numer, i ogólnie uruchomił swoje daleko idące okoliczne kontakty, tak, żebyśmy w ogóle się nie musieli martwić.

Mechaników było dwóch i przyjechali na większym motorze. Wyglądali tak, że nie chciałabym mieć z nimi do czynienia. Mimo to mój współtowarzysz wsiadł z nimi na trzeciego na ich (nagle nie tak znów duży) motor i ostrym ślizgiem pojechali w dół do naszego skuterka. A ja zostałam ze strażnikiem przy szlabanie.

Orzechy nerkowca w łupinkach

Czekałam, czekałam i czekałam. Słońce prażyło, a ja siedziałam i czekałam.

Czasem przeszłam się tu i tam, tu popatrzyłam w przepaść z lewej, tam w bujną, soczyście zieloną dżunglę z prawej. Hmm. Jestem sama pośrodku niczego, nawet nie potrafiłabym tego miejsca pokazać na mapie. Nikogo tu nie ma poza jakimś typem bardzo słabo mówiącym po angielsku. A jednak się nie boję. Przecież wiem, że będzie OK.

Po godzinie lub dwóch zza zakrętu wyłonił się znów mój współpodróżnik – ale już tylko z jednym mechanikiem. Drugi zjechał na wyłączonym silniku na naszym nieszczęsnym skuterku do warsztatu w miejscowości leżącej u podnóża tej góry, na której się znajdowaliśmy. Mechanik odjechał w siną dal, a nam jedyne co zostało, to nabazgrany na byle czym numer telefonu.

No dobra – POWIEDZMY, że sprawa skuterka jest ogarnięta. Pozostało jeszcze wydostać się z dżungli. Ale jak? Oczywiście bez spiny. Nasz strażnik zaczął zatrzymywać jadące raz na jakiś czas samochody i namawiać kierowców, by nas zabrali.

Obserwowałam to wszystko i nie mogłam uwierzyć. Ta sytuacja rozwiązywała się jakby sama z siebie, tak jakbym jechała przez nią na jakiejś taśmie i tylko patrzyła, co się dalej będzie działo. Co prawda łącznie siedzieliśmy tam chyba kilka godzin, bo ruch w dżungli jest raczej nieduży, ale w końcu przejeżdżał jakiś prawilny samochód z ołtarzykiem w środku i wesołą rodzinką chwalącą Jezusa, który miał miejsca dla nas i zgodzili się podwieźć nas do kolejnego szlabanu – a ten był już przy takiej drodze, którą jeździły autobusy.

Siedząc w autobusie do Canacony nie mogłam nadziwić się, jak Indie wyciągnęły nas z tego ambarasu, w które same nas wsadziły. I już do mnie chyba docierało, gdzieś pod skórą, że ponieważ wszystko jest miniaturą wszystkiego, bo każdy fragment zawiera w sobie całość, więc Indie są tu metaforą całego życia. I że wszystko sprowadza się do tego, że życie samo wyciąga nas z kłopotów, w które nas pakuje. Proponuje rozwiązania i zsyła nam ludzi, którzy nam pomagają, a z nimi ważne lekcje. Jeśli tylko mu pozwolimy.

Gdybyśmy byli roszczeniowi, spięci, nieufni – ci Hindusi mogliby wystraszyć się, odpowiedzieć nam tym samym. Gdybyśmy tam zaczęli robić panikę i próbowali poradzić sobie bez polegania na obcych ludziach – być może utknęlibyśmy na dobre w tej dżungli albo skomplikowali sobie to w inny sposób. A jednak każde z najmniejszych wydarzeń miało znaczenie i na lajcie prowadziło nas od jednego punktu do drugiego, aż w końcu wylądowaliśmy w naszej chatce na plaży z widokiem na zachód słońca.

(I nawet wytłumaczenie właścicielom skuterku, że ich pojazd jest 50 kilometrów stąd w warsztacie, poszło gładko. Nawet nie wyglądali na zdenerwowanych. Polacy zaczęliby rzucać kurwami. Hindusi powiedzieli po prostu “OK” i koniec gadki. Oni mają opanowane do perfekcji przyjmowanie życia takim, jakim jest.)

Malutkie papryczki chili :)

A może to był taki przypadek? Może wcale z tego nie płynie żadna nauka?

Patrząc choćby na ostatni weekend trudno mi uwierzyć w takie “przypadki”.

Jak wytłumaczyć racjonalnie fakt, że coś nam kazało jechać na wyprzedaną imprezę 300 kilometrów od domu, na którą setki ludzi nie dostały wejściówek i szansa wejścia tam była praktycznie równa zeru – i że w środku nocy pojawił się ktoś, kto akurat spotkał kogoś, kto AKURAT PRZYPADKIEM miał w kieszeni dwie wejściówki na tę imprezę?

Jak logicznie uzasadnić bieg wydarzeń, które ciągnęły nas od przyczyny do skutku, czego efektem była nie tylko mega udana noc, ale też uświadomienie sobie, właściwie przypomnienie sobie, czegoś ważnego na temat działania rzeczywistości? I to dokładnie tego, czego potrzebowałam, będąc ostatnio coraz bardziej zestresowana i spięta przez coś, nad czym nie miałam możliwości zapanować.

Jeśli dobrze się przyjrzę swojemu życiu, znajdę znacznie więcej takich historii o magicznie spadających z nieba wydarzeniach i ludziach, o brakujących kawałkach układanki pojawiających się w ostatniej chwili, o idealnych synchronicznościach prowadzących mnie w miejsca, o których mi się nie śniło.

Przecież życie samo zaprasza nas w kierunku, w którym chcemy iść. Wystarczy mieć jasno określoną intencję. Wydarzenia przychodzą same. Ludzie zjawiają się i przynoszą dary dla nas. Wystarczy tego nie blokować. Iść w tym kierunku, który czujemy pod skórą. Nie odtrącać tych, którzy mogą nam pomóc. Świat mówi do nas za pośrednictwem znaków, ale to dzięki innym ludziom akcja posuwa się do przodu.

Nie bać się. To już dużo. Bo jednak opada nas strach: to nieracjonalne, kompletnie nielogiczne, nie ma prawa się udać. Albo: MUSI być tak jak chcę, musi się udać za wszelką cenę. To to samo. Głęboko w tym tkwi dobrze znany, przenikliwy strach. Że się jednak nie uda. Że jednak nie zasługujesz. Że nie umiesz w życie. Że ono jest niebezpieczne i złe. Że choćbyś bardzo chciał się puścić i polecieć tam, skąd czujesz nawoływanie swojej intuicji, to nie uda ci się wznieść i poszybować – roztrzaskasz się o skały w dole. Zostajesz więc na zawsze przykuty do twojego strachu.

Ze strachu robi się dramat. Miotanie się, chaotyczne zmiany planów, naciskanie, opór, walka z prądem, który chce cię gdzieś nieść. Niby jak wszechświat, na który wywierasz taką presję, ma ci pomóc? On zamyka się wtedy, zwija się w najeżoną kulkę tak samo, jak ty. Odbija i zwielokrotnia ten chaos w tobie. Czasem nawet zsyła niebezpieczeństwa i komplikacje, tak bardzo ich pragniesz, że je w końcu dostajesz. Ty naciskasz, świat naciska na ciebie. Jedna wielka walka. Ile to energii zmarnowanej. Jakie to nieszczęśliwe wieczne zmagania z losem, jaka bezradność i zrezygnowanie, i nieuchronne zgorzknienie.

A wystarczy odpuścić, popłynąć… I cuda się dzieją. Cuda prawdziwe :) I tylko tam jest prawdziwe bezpieczeństwo. I prawdziwe zaufanie.

Tylko czemu tak łatwo o tym zapomnieć?

A Ty? Jaka jest Twoja historia?

Previous Bezlitosna gimnastyka słowiańska. Czy polecam?
Next Moje ulubione naturalne sposoby na piękne włosy
  • Niesamowita historia:). Powiem Ci, że często mam podobne podejście do życia. Kiedyś stojąc w morzu, naszym zwykłym, Bałtyku, dokonałam dość w sumie oczywistego, lecz ciekawego spostrzeżenia. Stwierdziłam, że kiedy idę pod falę, to się strasznie namęczę i pomimo dużego wysiłku nie robię zbyt dużego postępu do przodu, a idąc z falą idę szybko i z łatwością. Stwierdziłam, że w życiu jest podobnie. Jeśli jest jakaś sytuacja, w której się spinam, buntuję, złoszczę, to często jest mi bardzo ciężko poradzić sobie z nią. A jak sobie myślę, że akceptuje tę sytuację jaką jest i czekam na przebieg wydarzeń, to wszystko samo jakoś się układa:). Także dla mnie życie jest jak rzeka.

  • Czytałem z osłupieniem. Zgadzam się z Tobą. Wydarzenia przychodzą same, jednak czysto teoretycznie, czasem sami pakujemy się w różne historie.

    • Noo pewnie, tak bez żadnego działania z naszej strony to wydarza się całkiem niewiele :)

      • Chociaż nie zawsze dobrze, że tak się dzieje. :/

  • Ja też uwielbiam dać się ponieść życiu. Kiedyś byłam bardziej impulsywna, więcej się przejmowałam. A wystarczy tylko odnaleźć w sobie odrobinę luzu i spokoju i wszystko się układa :)

    P.S. Jejku – jak u Ciebie na blogu soczyście i kolorowo. Zostaję na dłużej :D

  • Super zdjęcia, niesamowita historia plus duża dawka motywacji!! I choć jak patrze co napisałam, to brzmi to w stylu “fajny wpis, zapraszam do mnie” :D to jednak jest bardzo szczere. My żyjemy dość chaotycznie, zmaiana planów z dnia na dzień, bądź co 2 godziny to norma ;) dlatego zgadzam się w 100%, że wszystko ma swój cel. Trzeba się nie bać, próbować, a jak się nie uda to przynajmniej można sobie spojrzeć w lustro i powiedzieć “I did my best”.
    Pozdrawiamy :) :)

  • Też mam sporo takich historii i potwierdzam, najgorsze co możemy zrobić to się siłować z życiem :^*

  • Grunt to pozytywne nastawienie. Piękna historia “Przecież życie samo zaprasza w kierunku w którym chcemy iść” – <3 Tak samo z tym strachem – kiedyś słuchałam wykładu profesora Walkiewicza, który fajnie to ujął: "Puka strach do drzwi – otwiera odwaga – patrzy – a tam nikogo nie ma". Także to wszytko to tylko nasze wytwory w naszych głowach, którymi umiejętnie przy odrobinie chęci i wysiłku można kierować. Szczęśliwego Nowego Roku <3 Ściskam, Daria xxx

  • Muszę sobie ten tekst przypomnieć za 5 miesięcy, czyli przed powrotem do pracy…

  • Ach! Znam tę drogę przez dżunglę i takie sytuacje, tu na Goa tak to właśnie płynie ale… może to nam łatwiej tu “rozluźnić uścisk” i pozwolić aby sprawy same się układały. Bo nic tutaj nie jest takie jak się nasz europejski umysł spodziewa, a więc w zderzeniu z tą inną rzeczywistością łatwiej nam odpuścić- nie jesteśmy po prostu w stanie kontrolować i poddajemy się w zaufaniu. No i wtedy dzieją się Cuda. W Indiach czy gdzie indziej :)