Ostatnio budzę się sama z siebie o szóstej rano, wyskakuję z łóżka (albo wyczołguję się) i idę wyginać się na macie. Robię hatha jogę i jogę kundalini, a sesję kończę piętnastominutową medytacją z intencją.

Masochistka? Zwariowała do reszty? Nie, po prostu zauważyłam, że to działa.

Już mi nawet nie przeszkadza to, że o tej porze ciało jest jak wystrugane z drewna i nie bardzo chce współpracować. Bo to działa.

Każdy nowy dzień zaczynam napełnieniem się energią, rozciągnięciem, otwarciem, wzmocnieniem – a przy okazji ustalam intencję na dany dzień.

Jak chcę przeżyć dzisiejszy dzień? O co dziś proszę i za co z góry dziękuję?

To moja poranna modlitwa do kosmosu. Do Życia.

Wystarczy taką intencję raz złożyć, a później ona już sama zaczyna się w naszym życiu wypełniać. Poprzez nas, ale również poprzez innych ludzi, tajemnicze sploty wydarzeń i podszepty intuicji. Jak to działa? To już nie jest do rozumienia, tylko do ukochania.

Wybierz świadomie, z czego chcesz stworzyć swój dzień

Czy o tym wiemy, czy nie, i tak kierują nami najrozmaitsze intencje. Na przykład: jakoś przetrwać. Nie dać się zjeść ludziom. Nie dać się pochłonąć emocjom. Być twardym i silnym. Nie zginąć w tym brutalnym świecie.

Ale zobacz, jak wiele obrony przed światem jest w tych intencjach. Jak wiele założenia, że będzie trudno, że jest niebezpiecznie.

To niebezpieczeństwo zawiera się już w takiej intencji. Skoro chcesz poradzić sobie w trudnej sytuacji, to znaczy, że istnieje jakaś trudna sytuacja. Pewnie, że sobie poradzisz. Ale po co w ogóle tak na to patrzeć?

Wszystko wtedy robimy chodząc na paluszkach i siedząc jak na szpilkach, a do tego wszystkie nasze moce wkładając w obronę, budowanie murów i parasoli ochronnych. Obronę przed nieistniejącym wrogiem. Który w dodatku czasem nas zwycięża. Sami nadajemy mu moc. Sami sobie budujemy taki trudny świat poprzez nasze nastawienie.

Też niekiedy się gubię i widzę świat pełen samotności, odrzucenia. Nieprzyjazny i nieznośnie pusty. Ale to tylko moje własne życzenie, moja własna iluzja.

Zamiast tego mogę kierować się po prostu inną intencją, świadomie wybraną. Taką, która zakłada, że będziemy łączyć, a nie dzielić, budować, a nie burzyć; że chcemy sprawić, aby nasz świat był przyjaznym, dobrym miejscem.

Moja ulubiona intencja na każdy nowy dzień to miłość.

Chcę kierować się miłością. Otaczać się miłością. Otworzyć się na nią. Być nią wypełniona.

Czasem podczas porannej praktyki czuję, jak ta miłość całą mnie przenika, jak daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa – z wewnątrz. Uśmiecham się, wpadam w taki błogostan, że dzień rozpoczęty w ten sposób po prostu nie może być złym dniem.

Działa to nawet, kiedy wstaję lewą nogą. Po prostu trzeba znaleźć w sobie siłę, by POSTANOWIĆ. Podjąć taką decyzję.

Dziś chcę oddać się miłości i budowaniu, nie marudzeniu, krytykanctwu i temu ponuremu nastrojowi. Dlatego wezmę te marudzące zwłoki, zaniosę je na matę i zrobię praktykę w tej intencji, choćby krótką i delikatną.

(Oczywiście są i takie dni, kiedy się to nie uda, ale jak miłość, to i do samego siebie, więc te potknięcia sobie po prostu wybaczam i daję sobie to, czego potrzebuję – na przykład pachnącą kąpiel.)

Różnica między takim dniem prowadzonym przez miłość, a dniem napędzanym przez lęki, niepokoje albo na przykład przez błagalne żebranie czy zimny dystans, jest po prostu przeogromna. Świat jest naprawdę naszym lustrem.

Kiedy mam gorszy dzień, wybieram intencję uzdrowienia.

W szkole zwanej życiem nigdy nie jest tak, że już mamy wszystkie lekcje odrobione i możemy spokojnie sobie grzęznąć w samozadowoleniu. Zawsze jest nad czym pracować.

Naszym lękom i programom zdarza się ponownie przejąć stery. Ni stąd ni zowąd oddalamy się od Życia, od miłości i od samych siebie, i możemy trafić w sam środek chaosu i destrukcji.

A jednak Życie jest tak fajnie zrobione, że zawsze pojawi się na naszej drodze coś lub ktoś, kto pomoże nam powrócić do domu.

Otwartość na to, że zawsze zasługuję na uzdrowienie, że zawsze jestem bezpieczna, że w każdej chwili mogę zwrócić się w stronę miłości, wdzięczności i życzliwości – to intencja, z którą warto trochę pobyć w ciszy i skupieniu, lub jak kto woli śpiewając, tańcząc i ciesząc się :)

Choć czasem do pełnego uzdrowienia jest potrzebna hardcorowa operacja z łamaniem kości, to bardzo często potrafi ono nastąpić ot tak, niemalże cudem. Wiele naszych problemów to zwyczajne pułapki umysłu. Kiedy uciszysz umysł, pod spodem już tu i teraz wszystko jest w porządku.

Inna moja ulubiona intencja to obfitość.

Chcę być dziś otoczona wszystkim, czego mi potrzeba, skąpana w boskiej obfitości. Niczego mi nie zabraknie. Mogę śmiało wzrastać i rozkwitać.

Obfitość bierze się z przepływu energii. Nie doświadczymy jej zamykając się i broniąc, żeby tylko nam inni wszystkiego nie odebrali. Wtedy trzeba walczyć o każdy kęs, a choćby nie wiem jak kurczowo trzymać się tego, co mamy, i tak nam się to wymknie. Na to też dałam się już złapać.

Ale kiedy jestem otwarta na to, żeby dawać, żeby dzielić się ze światem tym, co dobre we mnie – wtedy jakoś w naturalny sposób przychodzi mi też otwarcie się na przyjmowanie, i wszystko zaczyna płynąć. I dzieją się prawdziwe cuda.

Nasz świat jest taki, jakimi my jesteśmy

Dlatego warto poświęcić tę chwilę od rana na zadanie sobie tego pytania: jaki chcę dziś być? W jakiej wibracji postanawiam przeżyć ten dzień?

Dziś otaczam się spokojem, energią do działania i zaufaniem, że świat przyjdzie mi z pomocą.

A Ty – co dla siebie wybierasz?

Previous Slow travel. Jak podróżować z przyjemnością po świecie i przez życie?
Next Share Week 2018 - moje ulubione blogi