W zeszłym tygodniu przeszłam operację laparoskopowego usunięcia endometrialnych torbieli jajnika (lista tego, co mi robili, jest trochę dłuższa, ale był to zabieg chirurgiczny w znieczuleniu ogólnym – to mniej więcej jest naistotniejsze). Wątpliwa owa frajda spotkała mnie w łódzkim Centrum Zdrowia Matki Polki.

Ponieważ kilka wcześniejszych miesięcy spędziłam na umieraniu ze strachu przed tym, co mnie czeka, myślę że warto, bym się teraz podzieliła wrażeniami z tego, co mnie ostatecznie spotkało, po to, by moi kochani Czytelnicy upewnili się, że odzyskałam już jasność myślenia, a wszyscy zainteresowani – zyskali wiedzę na temat, jak wygląda operacja w szpitalu.

DZIEŃ PRZYJĘCIA DO SZPITALA

To jeden z bardziej chaotycznych dni podczas tego turnusu. Wyobraź sobie, że wchodzisz na taśmę produkcyjną w fabryce i zaczynasz powoli, nieuchronnie oddalać się w nieznanym kierunku, z dala od twoich bliskich i wszystkiego, co znasz. Na horyzoncie same igły, kroplówki, ostre narzędzia i maszyny robiące pik. A to dopiero początek.

Po nowym miejscu biega wielu przerażonych, bladych, nowo przyjętych pacjentów w kapciach i nikt nie wie, co teraz będzie. Pomiędzy nimi snują się zombiaki, czyli osoby, które były już zoperowane i teraz uczą się chodzić, co wprowadza dodatkowo surrealny nastrój. No i rzecz jasna wokół w szybkim tempie krążą też Bardzo Zajęci Lekarze i Pielęgniarki z poważnymi, groźnymi minami.

Jednak jak bardzo by nie wdarł się chaos, pamiętaj, że czeka cię określona lista badań, którą przechodzi każdy nowo przyjęty pacjent. Żadne z tych badań cię nie ominie, już w tym głowa pielęgniarek. One mają dokumenty, na których widnieją punkty do odhaczenia i NA PEWNO cię nie przegapią, więc jeśli chcesz iść siku albo skoczyć na dół po butelkę wody, a taśma produkcyjna stanęła i nic się nie dzieje, to nie musisz się czaić, powiedz pierwszej osobie z lewej, że idziesz, i leć. Już wkrótce poznasz, co to leniwy rytm szpitala i jego ślimacze tempo procedur i będziesz się zastanawiać, dlaczego na początku sprawy wydawały się biec jak oszalałe.

Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, nie krępuj się PYTAĆ. Nie musisz czekać, aż ktoś sam się tobą zainteresuje, możesz to ty zaczepić lekarza. Przeważnie pacjenci siedzą jak trusie i boją się pytać. To nie jest podstawówka i nie dostaniesz jedynki ani uwagi w dzienniczku za hiperaktywność. Nie wahaj się wyjaśniać swoich spraw, aż nie będziesz miał pewności, że zrozumiałeś; ważne, byś pamiętał o byciu uprzejmym, bo to wraca.

Zawrotne tempo wydarzeń w końcu się uspokoi. Trzymaj kciuki, by nie spadło do zera.

DNI -3, -2, -1…

Wiesz, co było najcięższe w moim pobycie? Nie zabieg, lecz OCZEKIWANIE na zabieg. A to dlatego, że jeśli nie wjeżdżasz do szpitala z polecenia pracującego na oddziale lekarza, to nie wiadomo, ile będziesz czekać. (Przynajmniej w CZMP.)

W trakcie mojego pobytu przez moją salę przewinęły się trzy pacjentki z polecenia, które miały zabieg na drugi dzień po przyjęciu. W tym czasie ja czekałam.

Byłam kilka razy na liście, a później spadałam, bo pojawiały się nadliczbowe, przyjęte w ostatniej chwili pacjentki. Część z wypadku na cito – OK. Ale część po prostu przyjechała z walizkami w przeddzień. Każde pojawienie się jednej z takich prywatnych pacjentek oznaczało, że spadam na następny dzień.

(Co i tak było niezłą opcją, zważywszy, że koleżankę z łóżka obok WYPISANO ze szpitala pod byle pretekstem – jak się później okazało powód wypisu nie był właściwie przeciwwskazaniem do zabiegu, wystarczyłaby konsultacja lekarska na miejscu, więc wnioskuję, że były potrzebne łóżka i trzeba było coś wymyślić!)

Ja przyszłam do szpitala w środę. Miałam być robiona w czwartek, potem w piątek. Ostatecznie przygotowano mnie do zabiegu w niedzielę (tabletka na przeczyszczenie, lewatywa, rozmowa z anestezjologiem – naprawdę żadna z tych rzeczy to nic strasznego), a poszłam we wtorek, co oznaczało, że w chwili, gdy mnie zabrali, nie jadłam już przez 70 godzin. Byłam już bardzo wyczerpana i fizycznie, i, co znacznie gorsze – psychicznie. Psychika jest KLUCZOWA podczas pobytu w szpitalu. A stres jest, i to silny – a jakże!

Szpital to miejsce, gdzie spotykasz cierpiących ludzi chorych na ciężkie, powikłane choroby, i jest to bardziej przytłaczające, niż myślisz. Patrzysz na ból i strach, które zdają się nie tylko nie mieć końca, ale wręcz rosnąć z każdą chwilą – jest to bardzo nieprzyjemne, ale ty nie możesz przed tym uciec, możesz tylko odsuwać od siebie kolejne coraz mroczniejsze myśli. Każdy kolejny dzień jest coraz trudniejszy.

Odwlekające się czekanie w szpitalu jest NAJGORSZE, jest gorsze niż sam zabieg i rekonwalescencja. Jak się doczekasz, to już z górki. (Albo jak wydasz trochę siana. Tak to właśnie działa nasza służba zdrowia. Na moje nieszczęście postanowiłam być uczciwa, co w szpitalnych realiach jest równe życiowej nieporadności i naiwności.)

DZIEŃ 0

Jest wtorek, jestem w szpitalu od tygodnia i dziś nawet nie jestem na liście planowanych zabiegów. Na porannym obchodzie puszczają mi nerwy i prezentuję całemu personelowi szpitala histeryczną, zapłakaną i zasmarkaną wersję mnie. Nie mam zamiaru ukrywać, że nie radzę sobie już z tym czekaniem i piskliwym głosem wykrzykuję ordynatorowi w twarz moje uwagi na temat nierównego traktowania pacjentek. Później o moim akcie heroizmu krążą plotki po korytarzach. Dla mnie to był okropny, poniżający moment.

W końcu jest 15:00 i właśnie wysnuwam wniosek, że dziś też mnie nie wezmą. A jednak przychodzi pielęgniarka i wyczytuje moje nazwisko. Wpycha mi w wenflon wielką strzykawkę antybiotyku, daje głupiego Jasia i wychodzi. TO SIĘ DZIEJE.

(Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy mogłabym się tego doczekać, gdybym nie stała się pacjentką awanturującą się. Słyszałam o ludziach czekających w łóżku na zabieg przez dwa tygodnie.)

Przebieram się w sięgającą pępka szpitalną koszulinę pamiętającą lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, wysyłam szybko smsy do mamy i do partnera, chowam telefon do szafki, kładę się w łóżku i jestem gotowa, podekscytowana. Głupi Jaś szybko otula mnie miękką kołderką przyjemnego otępienia. Pielęgniarki wracają i łóżko wyjeżdża z sali, i tym razem już na pewno mnie biorą, i nie mogę uwierzyć, jestem taka WDZIĘCZNA, po tym tygodniu oczekiwania, po tych wszystkich zwątpieniach, a nad moją głową przesuwa się sufit, co kojarzy mi się trochę z jakąś przejażdżką w wesołym miasteczku.

Nagle jesteśmy w jakiejś windzie, której nigdy wcześniej nie widziałam, i zapadamy się w głąb. Trzewia szpitala pochłaniają mnie w ostateczny i nieodwołalny sposób, ale nie boję się, rozglądam się ciekawie jak dziecko i mam takie wrażenie, jakby gdzieś za mną została przeszłość i przyszłość. Winda zatrzymuje się w jakimś zupełnie obcym miejscu, niedostępnym dla zwykłych śmiertelników, a tam przejmują mnie inne pielęgniarki. Wjeżdżamy na salę operacyjną.

W sali operacyjnej jest kolorowo i bardzo zimno. Przechodzę z łóżka na wąski, długi stół. Przykrywają mnie jakąś niebieską płachtą. Na lewą rękę ciśnieniomierz, który od tej pory regularnie będzie się napinał wydając przy tym ten swój długi, smutny dźwięk. Prawa ręka w bok i kroplówka w wenflon. Obie ręce przypięte do stołu. Jestem spokojna, trochę to wszystko nierealne, wodzę oczami po sali. Wokół kręci się kilku młodych praktykantów, rozmawiają ze sobą na jakieś banalne tematy, przypinając mi elektrody na klatce piersiowej. Zjawia się anestezjolog, jego zamaskowana twarz kojarzy mi się ze słynnym zdjęciem Religi. Czekamy na lekarza, słyszę komentarze, że tak mu zależało na zrobieniu mnie, a teraz gdzieś utknął. Ja też czekam i jestem wdzięczna i w doskonałym humorze. Ktoś chyba zakłada mi maskę na twa——

——Aaa! Boli! Boli! Zimno! Zimno! Siku! (co to jest?) Siku! Aaa! (co ja tu robię?) AAA! BOLI! (gdzieś mnie wiozą) BOLI! ZIMNO! SIKU! (była operacja) AAA! BOLI! (a no tak) Spokojnie, to normalne, zaraz przejdzie. Zaraz przejdzie. Piekący zastrzyk. I już nie boli, i już nie siku. Tylko nadal cała bardzo mocno dygoczę. Wychłodziła się pani. Wyrwała sobie pani wenflon przy schodzeniu ze stołu. Już po wszystkim. Już spokojnie. Spływa na mnie błogość. Przykrywają mnie kołdrą i dwoma kocami, pod kołdrą ciepły termofor. I coraz cieplej. I już wszystko dobrze. I czuję się jak nowo narodzona, choć prawdopodobnie twarz mam trupią i opuchniętą. Wróciłam.

Muszą mi wkłuć nowy wenflon, ale z zimna moje żyły chyba schowały się gdzieś głęboko do wnętrza mojego ciała. Kłują dziesiątki razy, po rękach, dłoniach, nogach, nie ma krwi, nic nie idzie. Zaczynają mówić o wkłuciu w szyję, błagam, żeby dalej kłuli po rękach, żeby znaleźli. Tylko nie w szyję. Przestaję liczyć wkłucia, później znajduję po dziesięć siniaków na jednej dłoni. Dają mi spokój, pozwalają bardziej się rozgrzać. Światła w sali są przygaszone. Po mojej prawej stoi łóżko z półprzytomną starszą panią, której maszyna bardzo głośno pika w nieregularnym tempie. Na moim lewym ramieniu wciąż napina się regularnie ciśnieniomierz, wydając ten swój długi, smutny dźwięk.

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było? Było to przyjemne, nie być. I nagle jakbym się skądś wynurzyła, jakbym się narodziła, jakby wraz z błyskiem wessało mnie z powrotem do świata materialnego. Wracaj!

Przeszłość i przyszłość jeszcze nie powróciły. Jestem naćpana morfiną po uszy. Jestem. Jest mi bezpiecznie i nic nie boli, i wszystko będzie dobrze. W końcu udaje im się wkłuć tym wenflonem, w wersji różowej, najmniejszej, dziecięcej. Znów czuję wdzięczność. Mój stan jest stabilny.

Jadę na salę, już zwykłą windą, tym samym korytarzem, który pokonywałam tyle razy na nogach. Jest 22:30.

DZIEŃ 1

Budzę się rano z półsnu, w którym unosiłam się przez całą noc, podczas gdy pielęgniarka zmieniała mi tylko kroplówki. Przeciwbólowy, glukoza, antybiotyk, dziś w nocy w moich żyłach znalazło się całe bogactwo asortymentu tego szpitala. W żołądku spokój. Dobrze, bo nasłuchałam się o zatruciu narkozą i biednych laskach rzygających przez cały dzień dalej niż widzą.

Budzę się i nie mogę się ruszyć. Morfina już puściła, po błogostanie ani śladu, pora na stary dobry paracetamol. Z boku brzucha mam dziurkę, z której sterczy plastikowa rurka drenu. Z drugiej strony z łóżka zwisa torba od cewnika. Stało się – zostałam cyborgiem. Moja misja na dziś: wstać i zacząć chodzić. Tjaa… Mój brzuch waży chyba z tonę i pomysł dźwignięcia go z łóżka zdaje się jakimś absurdalnym żartem. Do jedzenia dostaję marny nieposolony kleik, co nie dodaje mi zbyt wiele energii, tym bardziej, że nie daję rady zjeść nawet kubka.

Mój pierwszy spacer ma długość kilku kroków i jest tak wyczerpujący, że chce mi się po nim wymiotować. Chodzę zgięta wpół, z trudem stawiam jedną stopę przed drugą. Do tego mam na sobie bynajmniej nie cywilizowany i ponętny strój, lecz wielką koszulę do kolan z logo CZMP, co dodaje jeszcze szpitalnego klimatu całej tej scenie. Moja grzywka spływa tłuszczem z niemytych włosów, rozczochranych jak u czarownicy, ale zrobienie z tym czegokolwiek zupełnie nie leży obecnie w polu moich zainteresowań. Umyć udaje mi się gdzieś po południu, z pomocą mojego faceta, a mimo to płaczę z wysiłku. Po drodze do łóżka patrzę w lustro i widzę tam kogoś, kto niezupełnie wygląda jak ja, bo ja nie mam takiej pozieleniałej twarzy ani takiej zamulonej miny…

Wieczorem podczas wizyty mamy jestem już w lepszym stanie. Idziemy na spacer na korytarz – nie udaje się zajść za daleko, ale zawsze to już coś. Zjadam kilka sucharków, które są najlepszym, co jadłam w tym roku (jeśli nie w tym życiu). Moje wewnętrzne układy wznawiają pracę – w tym otoczeniu temat wypróżnień jest równie chodliwy jak wśród rodziców niemowlaków, każda z zoperowanych kobiet z dumą obwieszcza pozostałym fakt zrobienia pierwszej kupy, co niechybnie oznacza możliwość bycia wypisaną do domu. Będę żyć. Na noc dostaję kolejną kroplówkę z pyralginy i śpię jak kamień.

DZIEŃ 2

Mój brzuch nadal waży kilka ton, a obrót na drugi bok to duże przedsięwzięcie logistyczne, więc z humorem przyjmuję wiadomość, że dziś mnie wypisują. Mój stan poprawia się jednak z godziny na godzinę i niebawem jestem w stanie zrobić pełne okrążenie po korytarzu. Niezłym przeżyciem jest wyjęcie drenu – siostra wyciąga ze mnie ze dwadzieścia centymetrów szarpiącego, ostrego plastiku z wypustkami. Tego to jeszcze nie było. A ja się dziwiłam, czemu mnie przy tym drenie tak boli. Leżę chwilę oniemiała, z tętnem milion, i głęboko oddycham z wrażenia. Ale już po chwili bezboleśnie mogę wstać i uwaga – WYPROSTOWAĆ SIĘ :)

Tempo regeneracji jest zawrotne i dziękuję mojemu silnemu ciału, że tak dobrze sobie radzi. Już po chwili składam wizyty na innych salach u współtowarzyszek tej podróży i kursuję tam i z powrotem po korytarzu niczym rasowy zombiak. Trzeba dużo chodzić, bo wtedy lepiej się zrośnie. Bez drenu już nic nie boli. Mogę też jeść! Co prawda dietę lekkostrawną, ale energia wstępuje we mnie z ogromną siłą, zaraz wystartuję i odlecę niczym Superman.

Dostaję wypis po południu. Kręci mi się w głowie, gdy otwierają się przede mną drzwi głównego wejścia do szpitala. To naprawdę już wszystko. Tryska fontanna łez szczęścia. Podjeżdża nasza furka i udajemy się w drogę do domu. Od jazdy jest mi niedobrze i czuję każdą najmniejszą nierówność w drodze, a świat wydaje mi się nagle strasznie wielki, ale dziś jest mój dzień, wszystko pachnie wolnością. Witaj, świecie!

Wesley Hetrick
Wesley Hetrick

DZIŚ

Dziś mija tydzień od operacji. Ogólnie jest OK. Nie będę ściemniać, że doszłam już do pełni sił, bo jestem tak może w połowie skali, dużo odpoczywam, oczywiście nadal mam też zakaz dźwigania, skakania, nadmiernego schylania się i sprzątania. No i dieta lekkostrawna, czyli nic surowego ani smażonego, zero kapustnych i strączków… co sprawia, że w praktyce spożywam same zupy. Apetyt mi dopisuje, codziennie chodzę na dwa 30minutowe spacery, a ostatnio ożywiłam się towarzysko.

W szpitalu doświadczyłam nie tylko bólu, ale też niespodziewanej empatii i wsparcia od obcych. Z każdym dało się tam pogadać. Z pielęgniarkami, nawet z zabieganymi lekarzami… ale przede wszystkim z innymi pacjentkami. Poznałam tam kobiety, z którymi ze względu na odmienne światopoglądy czy środowiska życie inaczej być może nigdy by mnie nie połączyło. A były to cudowne, dobre dusze. To tylko mi przypomina, że jeżeli zdjąć ubrania, fryzury, wizerunki, poglądy, wierzenia, przekonania, osądy i oceny… to wszyscy pod spodem jesteśmy identyczni. Wszyscy jesteśmy z tej samej gliny.

Zapewne ludzie, którym najwięcej zawdzięczam, tego nie przeczytają, ale dziękuję za wszystko, co dobrego mnie spotkało – za każde wstawienie się za mną, za każde dobre słowo w mojej sprawie, za każdą ciepłą myśl. I za to, że pan doktor przez trzy godziny operował mnie jako ostatnią tego dnia i zrobił, co mógł, choć sprawa była trudniejsza, niż wyglądała. Dziękuję!

Po kilku dniach od zabiegu dopadł mnie psychiczny kryzys, który szybko minął – teraz już nie muszę być twarda, więc wyszły ze mnie wszystkie stresy i lęki. Dotarło do mnie, że oczekiwanie i sama perspektywa tego, co mnie czekało, była dużo bardziej obciążająca i trudniejsza do zniesienia, niż sama operacja, a nawet niż ten ciężki pierwszy dzień po. Trudne chwile przychodzą, a później odchodzą, ale martwieniem się i obawami przed nieznanym można skutecznie zatruć sobie życie na stałe. Strach jak zawsze ma wielkie oczy i zamiast w nieskończoność się w nie wpatrywać niczym zahipnotyzowana ofiara, lepiej od razu stawić mu czoła.

Jutro idę na zdjęcie szwów i wiesz co? Jeżeli też masz przed sobą jakiś zabieg i się wahasz, to mam dobrą radę… po prostu wyznacz termin i IDŹ. Miej to szybko z głowy. Weź to na klatę. I zostaw to za sobą.

Zdrowia :)

A Wy byliście kiedyś w szpitalu?

28 Comments

  1. Avatar
    Travels Like Waves
    February 2, 2016
    Reply

    oj pobyt w szpitalu nigdy nie nalezy do przyjemnosci. Zwlaszcza w Polsce!

  2. Avatar
    agata
    February 2, 2016
    Reply

    3 lata temu mialam problemy od tylka strony. Terminy na wizyte u proktologa na dwa lata do przodu. Nie zostaje nic innego jak prywatna wizyta. 200 konsultacja 150 badanie. Dobrze ze mieli terminal płatniczy. W trakcie dowiedzialam sie ze terminy na zabieg obarczony wysokim ryzykiem nowotworowym to w naszym mieście 9 miesięcy. Ale ze pani dr pracuje w szpitalu w glownie, zabieg mialam dwa dni po wizycie. Bylam w ciąży, pierwszy w zyciu zabieg, w pełnej narkozie. Strach ma wielkie oczy. Dwa dni po jeździłam na rowerze.
    Życzę duzo zdrowia!

    • Avatar
      February 3, 2016
      Reply

      Dzięki Agata :) Ja to myślałam, że od tych prywatnych wizyt zależy głównie termin przyjęcia do szpitala, a nie liczba dni, którą spędzę gnijąc w szpitalnym łóżku – tymczasem w Matce Polce owszem przyjmują dosyć szybko, ale jak już tam jesteś to życzą ci miłego czekania, ponoć czas leczy rany. Dobrze, że znalazł się tam chociaż ktoś porządny i wzięli mnie na stół zamiast po tygodniu wypisać z byle powodu, żebym wróciła prywatnie, bo tego się najbardziej obawiałam będąc tam :p

  3. Avatar
    February 2, 2016
    Reply

    Po przeczytaniu aż wyszłam na spacer, bo rozbolał mnie brzuch – czytałam i czułam jakąś część tego, co Ty czułaś.
    Przypomniała mi się moja operacja wyrostka, miałam wtedy chyba 12 lat, stresu co nie miara, nawet nie przez samą operację, a właśnie tą ciężką atmosferę szpitalną. Najgorsze były noce. I jedzenie. Widzę że od tamtych czasów chyba dużo się nie zmieniło…

    Ale fajnie że jesteś już po, niech teraz wszystko się goi i działa jak nowe :)

    • Avatar
      February 3, 2016
      Reply

      Tak podejrzewałam, że wyszedł mi mocno obrazowy tekst, jakoś tak musiałam się tym podzielić:) Jedzenie miałam własne, bo tamto ich jest drwiną ze zdrowych nawyków żywieniowych:) Gdybym nie musiała tyle czekać, nie zdążyłabym się zestresować, bo poszłam tam nastawiona jak na wojnę, ale długi stres każdego złamie… No, ale goi się wszystko świetnie, dziś miałam zdjęte szwy przez … dentystę (bo do lekarza w szpitalu się nie doczekałam – wcięło go – a później szłam do dentysty, no i był tak uprzejmy) :D

  4. Avatar
    n
    February 2, 2016
    Reply

    może to dziwne ale się wzruszyłam

  5. Avatar
    February 2, 2016
    Reply

    Ja nie. Ale moja żona kilkukrotnie była w szpitalu. Tylko na jednym z oddziałów było naprawdę OK (dzięki oddziałowej) wszystko jak w zegarku. Reszta… O reszcie chciałem kiedyś napisać, wykrzyczeć to z siebie. Odpuściłem. Ale pamiętam. Czasem wydaje mi się, że lepiej być osobą poddaną zabiegowi czy operacji, bo ona wie co się dzieje. Za drzwiami sali jest jedna wielka niepewność, strach. I ten fizyczny niemal ból, gdy boli kochaną osobę i nie można nic zrobić. Prawie nic.A, z ciekawostek żona okazała się być odporna na znieczulenie, musiała być do wszystkiego w pełni znieczulana :) Zaczynali ją kroić a ona w krzyk, że to wszystko czuje…
    Wracaj szybko do zdrowia :) Twoja opowieść z detalami przypomniała mi pewne dni… Uff, niech już nigdy Cię nic takiego nie spotyka :)

    • Avatar
      February 3, 2016
      Reply

      Dziękuję Ci bardzo za ten komentarz:) Faktycznie chyba lepiej być osobą poddaną zabiegowi niż tą czekającą na zewnątrz… Jakoś tak szybko mi wtedy czas zleciał, powiem Ci ;) I w sumie to nawet się cieszę, że znieczulenie miałam ogólne a nie to w kręgosłup, bo na to drugie dziewczyny narzekały, a ja nie miałam na co. Natomiast organizacja na moim oddziale wołała o pomstę do nieba i tylko sekundy dzieliły mnie od urządzenia z tej okazji rabanu na cały internet… Później już odpuściłam :p Dużo zdrówka dla Ciebie i Twojej żony!

  6. Avatar
    February 3, 2016
    Reply

    Bardzo się cieszę, że masz to już za sobą…masz rację najgorsze jest czekanie, to strasznie męczy i fizycznie i psychicznie. Cieszę się, że jesteś już z Nami:) Wypoczywaj, nabieraj sił. Chętnie bym Ci jakąś pyszną zupkę ugotowała;) Oczywiście lekkostrawną.

    • Avatar
      February 3, 2016
      Reply

      Dziękuję Ci ogromnie, wszystko chętnie zjem bo apetyt mam wilczy. Koń z kopytami też może być :D

  7. Tak się ostatnio złożyło, że odwiedzałam kogoś w szpitalu i pamiętam, że jak wyszłam to dziękowałam, że jestem zdrowa. Nie wiem czemu, ale miałabym obawy przed narkozą, czy na pewno ona zadziała i nie obudzę się w środku operacji, i co gorsze nikt się nie zorientuje ;////

    • Avatar
      February 3, 2016
      Reply

      Iza ja też się bałam narkozy i że się obudzę, ale wystarczyło mi pogadać z kilkoma osobami które ją miały:) Te przypadki że coś nie zadziała w praktyce się nie zdarzają, na sali przez cały czas jest anestezjolog który skupia się wyłącznie na narkozie, więc nie ma bata żeby czegoś nie zauważył. Przed operacją są liczne badania typu ekg, osłuchiwanie serca i płuc, kilka razy pobrana krew itd, żeby być 100% pewnym że nie będzie niespodzianek z narkozą. I o ile na nic przewlekle nie chorujemy, nie szalejemy z używkami itd, to praktycznie bankowa sprawa że wszystko pójdzie dobrze. Nie, żebym miała ochotę to powtarzać, ale tego akurat źle nie wspominam :) Tobie oczywiście życzę, żebyś nigdy nie miała okazji się przekonać jak to jest:)

      • Trochę mnie uspokoiłaś, nie wiem dlaczego obawiałabym się tak tej narkozy, może nie powinnam była oglądać filmu Awake ;)

  8. Życzę więc szybkiego powrotu do pełni formy …Ja zaraz będzie rok jak czekam na operację barku , który uszkodziłam sobie w górach. Wszystko już dawno zagoiło się na mnie jak na psie tylko po swojemu , źle…….Nie boję się samej operacji tylko, że anestezjolog będzie pijany ha ha ha

    • Avatar
      February 9, 2016
      Reply

      Trzymam kciuki, żeby było ok!

  9. Avatar
    February 7, 2016
    Reply

    Pobyt w szpitalu zaliczyłan póki co raz w życiu (nie licząc tego po urodzeniu córki) – bylo to parę lat temu. Bez operacji na szczęście. Stres to był dla mnie ogromny i cóż, jak chyba każdy, nie znoszę miejsca, jakim jest szpital. Życzę Ci szybkiego powrot do pełni sił!

    • Avatar
      February 9, 2016
      Reply

      Ja w zeszłym roku byłam dwa razy i mam nadzieję, że już mi się ta szpitalna passa skończyła… Zdecydowanie wolałabym następnym razem wylądować w szpitalu z powodu porodu;)

  10. Avatar
    February 7, 2016
    Reply

    Nigdy nie byłam w szpitalu i w zasadzie nie wiedziałam jak to wszystko wygląda aż do Twojego wpisu. Cieszę się, że o tym napisałaś, bo to bardzo cenne źródło informacji – w końcu nigdy nie wiadomo, może i ja znajdę się kiedyś w podobnej sytuacji. :)

    • Avatar
      February 9, 2016
      Reply

      Oby nie :) ale miło słyszeć że mój tekst się przydał!

  11. Avatar
    February 8, 2016
    Reply

    Ominęłam najtrudniejsze momenty, mam nadzieję, że się nie gniewasz, ale jak tylko zobaczyłam słowo “wenflon” to zrobiło mi się słabo. Kiepska ze mnie pacjentka, zawsze mdleję przy pobieraniu krwi i zastrzykach. Ale widziałam kątem oka, że był problem ze znalezieniem żyły i przypomniałaś mi najgorsze dni w moim życiu. Zaczęły się właśnie od ogromnego krwiaka, który zalał pół ramienia i pół przedramienia lewej ręki. Później było zablokowane gardło, wyniki przyniesione do domu przez lekarkę, która kazała natychmiast jechać do szpitala. I te straszne dwa tygodnie, gdy nie mogłam z niego wyjść i nie miałam z kim pogadać, bo leżałam w izolatce na zakaźnym. Odwiedzić mnie mogli tylko rodzice, a nie istniał wtedy internet mobilny. To było straszne. Nie cierpię szpitali… Cieszę się, że masz to już za sobą! Ale to faktycznie przykre, że musiałaś tyle czekać podczas gdy inni dostawali termin “od ręki”… Bardzo dzielna z Ciebie babeczka! No i bardzo spodobał mi się opis rozhisteryzowanej Ciebie. :) Absolutnie nie cieszę się, że doprowadzono Cię do takiego stanu, ale przeżywałam podobny i zupełnie go rozumiem! Zdrówka Kochana!!

    • Avatar
      February 9, 2016
      Reply

      Wiesz co, jak emocje opadną i trochę to wszystko zapomnę, to sama chyba będę bała się przeczytać ten wpis :D O matko, to o czym piszesz zaczęło się właśnie od pobierania krwi? Dramat totalny.

      • Avatar
        February 9, 2016
        Reply

        Tzn mój dramat zaczął się od tego, że w przychodni nie potrafili mi założyć wenflonu. Nie to było przyczyną choroby, ale pierwszym złym przeżyciem w jej przebiegu…
        Doskonale rozumiem co masz na myśli pisząc o opadających emocjach – po wyjściu ze szpitala miałam badania co miesiąc i przez tamten rok nie było mi słabo na widok igły, tak się przyzwyczaiłam, ale później wszystko wróciło do “normy”. ;)

  12. Avatar
    February 25, 2016
    Reply

    Dzięki za ten wpis. Właśnie czekam na podobny zabieg. Termin wyznaczony na koniec kwietnia, więc jest sporo czasu, żeby się bać;-) Dzięki Tobie zacznę trochę oswajać lęk. Pozdrawiam serdecznie.

    • Avatar
      February 25, 2016
      Reply

      Sama zawsze bardzo się bałam szpitali i perspektywa pójścia do szpitala wydawała mi się koszmarna, ale naprawdę da to się przeżyć :) Teraz po miesiącu od zabiegu stwierdzam, że poza tym czekaniem nie było tak źle. Na pewno sam zabieg nie jest tak straszny jak się zdaje, a dochodzenie do siebie trwa krótko. Pozdrawiam również i życzę dużo zdrowia :)

  13. Avatar
    March 15, 2016
    Reply

    To jest niewiarygodne, że musiałaś tyle czekać na zabieg!!! Ja też miałam laparoskopię jajnika (torbiel dermoidalna), ale wszystko poszło raz dwa, tzn. w jeden dzień przyjęli mnie do szpitala, a w drugim już było po wszystkim, tzn. po operacji. Nie wyobrażam sobie takiego czekania, to istne tortury! Już i bez tego jest ciężko, a od takiego czekania, to można naprawdę oszaleć! Natomiast bardzo szybko się zregenerowałaś, ja byłam jeszcze 3 dni po operacji w szpitalu, na drugi dzień po zabiegu też jeszcze nie wstawałam – nie miałam siły… Chociaż prawdę mówiąc już tego do końca nie pamiętam… Piękne podsumowanie artykułu – ze wszystkim się zgadzam – sama też przez to przeszłam, więc podzielam emocje i wrażenia :) Trzymaj się ciepło, życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia :*

    • Avatar
      March 15, 2016
      Reply

      Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz :) Rzeczywiście szybko się zregenerowałam, w czym na pewno swój wkład mieli lekarze, którzy tak szybko mnie wypisali do domu – jak tylko zobaczyli, że wstałam, to już od razu z wypisem lecieli, żebym już łóżko zwolniła, bo na korytarzu dwie następne pacjentki z walizkami. Taki klimat ;) Cóż, było, minęło. Teraz jestem już zupełnie zagojona i mogę na nowo podbijać świat. I obym za szybko tam nie musiała wrócić :)

  14. To smutne, ze musiałaś to wszystko przejść. Mam wrażenie, że w szpitalach nikt nie myśli o godności pacjenta.
    Byłam w szpitalu pierwszy raz pod koniec ubiegłego roku, ale wspominam to dobrze. Po części dlatego, że zabieg był prosty (też sprawy kobiece) i tego samego dnia wyszłam. Ale przede wszystkim dlatego, że szpital do którego się zgłosiłam jest naprawdę dobry i nie mogę na nic narzekać. Podejście, wyposażenie itd – wszystko na wysokim poziomie.
    No i ten błogostan po morfinie… Przeraziło mnie to, że to takie przyjemne.

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *