Jak uważność pomoże Ci przestać się martwić?


nie martwić się

Nie wiedzieć czemu jedną z oznak dorosłości jest martwienie się. Martwimy się, czym się tylko da. Że coś pójdzie nie tak. Że coś idzie dobrze, ale w każdej chwili może zacząć iść źle. Że mnie lub komuś coś złego się stanie. Że zbankrutuję, umrę, sczeznę w piekle. Że sytuacja jest znacznie gorsza, niż się wydaje. Że to wszystko po prostu fatalnie się skończy.

Dołowanie się i martwienie jest fascynującym tematem do rozmów, blisko pokrewnym narzekaniu. Jest też spoiwem łączącym nasze społeczeństwo. Wiadomo powszechnie, że kto się nie martwi, ten jest oderwanym od rzeczywistości, nieodpowiedzialnym lekkoduchem. Pewnie się jeszcze nie nauczył, że życie to POWAŻNA SPRAWA. Znam to doskonale, a Ty?

Pogrążeni w czarnych scenariuszach, nie widzimy, że wyobraźnia nas ponosi. Mało tego – te wszystkie czarne myśli i nastawianie się na najgorsze sprawiają, że tracimy z oczu to, co naprawdę dzieje się wokół nas. Możemy wręcz przegapić nasze życie, pochłonięci własnymi nieistniejącymi wizjami rychłej katastrofy, skupieni na tym, co jest nie takie, jak być powinno. I kto tu jest oderwany od rzeczywistości?

To jeszcze nie wszystko. Pamiętasz ten dowcip o aniele stróżu, krążący po internetach? Wiesz – stoi anioł stróż nad gościem siedzącym w tramwaju i notuje: “Żona debilka, szef skurwysyn, zdrowie do dupy, ogólnie życie jest parszywe… dziwne życzenia, ale co poradzę, muszę je spełniać!”.

Nawet, jeśli nie wierzymy w aniołów stróżów, to jest w tym ziarnko prawdy. Energia podąża za uwagą, a zatem nastawieni na najgorsze, możemy być zmuszeni właśnie z tym najgorszym się zmierzyć. Podświadomość nie wie, czy snute przez nas wizje są naszym życzeniem, czy wręcz przeciwnie. Może potraktować je jako zamówienie. A już z pewnością powtarzające się przebywanie w wymyślonym świecie pełnym katastrof nie upiększa nam życia ani go nie uszczęśliwia. Pamiętaj, dajesz siłę temu, czemu poświęcasz uwagę.

Co zatem robić? Wypełniać sobie głowę pozytywnym myśleniem? Ja osobiście nie jestem aż tak wielką tego zwolenniczką – to też są nieistniejące wizje, co prawda na pewno mniej szkodliwe, ale również sprawiają, że gdzieś odlatujemy. OK, pozytywna wizualizacja raz na jakiś czas może zdziałać cuda, ale życie nie składa się z samych wizualizacji. Prawdziwe rozwiązanie tkwi znacznie bliżej.

Należy obserwować. Tylko tyle. Patrzeć, co się dzieje. Patrzeć, co się NIE dzieje. I widzieć różnicę. To wszystko.

Nawet jeśli złe myśli czasem przyjdą, to dzięki temu je unieszkodliwisz. Zobacz jak.

Znasz siebie? Ja ciągle siebie poznaję i wiem już na przykład, że mam tendencję do stanów depresyjnych i dość neurotyczną osobowość. Na przykład od czasu do czasu moje niebo zasnuwa się lękami. Są to takie ciemne dni, kiedy nagle wydaje mi się, że już nigdy nie zarobimy ani grosza na konferencjach, że moje zdrowie jest wręcz w fazie terminalnej, cud że żyję, a tak w ogóle to nikt mnie nie lubi i wszyscy mają na mnie wyjebane, a ja sama na niczym się nie znam i nic nie potrafię, dlatego czym prędzej powinnam skasować bloga i oddać się alkoholizacji.

Kiedy zauważę takie myśli, od razu zaczynam im się przyglądać. Nie zakładam, że są prawdziwe. Może tylko mam taką fazę? Może ja po prostu dawno na spacerze nie byłam i stąd takie rzeczy mi do głowy przychodzą? Czy w ogóle te myśli mają cokolwiek wspólnego z faktycznym stanem rzeczy? Przyjrzyjmy się.

Ważne, żeby brać pod uwagę tylko własne doświadczenie chwili obecnej, a nie na przykład: porównywanie się z innymi, czytanie cudzych historii w internecie, wyciąganie jakiejś tragedii sprzed lat, rozmyślania nad tym, co ktoś powiedział. Zwłaszcza to ostatnie bywa szkodliwe, bo wydaje się obiektywne jako coś z zewnątrz, a może ten ktoś też pada ofiarą własnych paranoi i jeszcze podaje je dalej? Istnieje tylko to, co jest tu i teraz. Rozejrzyj się po pokoju, wyjrzyj za okno, powąchaj coś, posmakuj, puść jakąś muzykę. Znajdź się z powrotem w chwili obecnej. Spójrz w lustro. Dlaczego się boisz? Nie bój się, nie masz czego. Zdążysz się bać, jak będzie się coś naprawdę działo, ale teraz nie musisz. Możesz przestać się martwić.

Właściwie zawsze po krótkiej obserwacji okazuje się, że znów to moja wybujała wyobraźnia płata mi figle, bo przecież nic z tego, o czym tak rozmyślam, nie jest prawdą. W rzeczywistości siedzę sobie bezpiecznie i nic mi się nie dzieje. Mogę zdystansować się wobec tych myśli, a nawet zacząć się z nich śmiać. Ironicznie je skomentować. Przyjrzeć im się z humorem. Przytulić samą siebie z czułością. Ale ze mnie agentka! To daje taką wolność, od iluzji i od głupot, które czasem nadaje głowa niczym jakiś pomylony odbiornik radiowy, że po prostu w pale się nie mieści. Zrób tak kilka razy, a poczujesz, jakie życie robi się fajne i lekkie. Będziesz jak wyluzowany kwiat na tafli jeziora.
przestać się martwić
Zdolność samoobserwacji to klucz do uważnego życia. Zyskuje się ją na drodze… po prostu praktyki. Obserwuj siebie jak najczęściej, nie tylko wtedy, kiedy coś wydaje się być nie tak. Im częściej przyglądasz się swoim myślom, tak na co dzień, zupełnie zwyczajnie podczas robienia codziennych rzeczy, tym bardziej oddzielasz je od samego siebie. Twoje myśli nie są tobą i nie jesteś też skazany, aby tobą rządziły.

Wiadomo, emocje to emocje, czasem nas porywają – ale kiedy potrafimy je obserwować i nie utożsamiać się z nimi, to ich wpływ na nasze życie jest dużo mniejszy!

Nawet gdy masz jakieś podstawy ku temu by się martwić – np. niedawno poroniłaś, a teraz znów jesteś w ciąży, albo kogoś z rodziny czeka poważna operacja, albo ktoś bliski będzie skakał ze spadochronem czy robił inną równie niebezpieczną rzecz – to weź pod uwagę, że sprawy nie są przesądzone, dopóki się nie wydarzą, a wtedy jest już po wszystkim i też martwienie się nie ma sensu. Możesz działać, jakoś pomóc, zminimalizować ryzyko? To zrób to, teraz, od razu. Nie możesz? To pozostaje ci już tylko zaakceptować rzeczy takimi, jakimi są.

Spotkałam się nawet z teorią, że “martwienie się”, pochodzące od słowa “martwy”, dosłownie oznacza, że oddalasz się od życia! I zgodzę się z tym, bo kiedy jesteś pogrążony w czarnych myślach i własnych lękach, to prawdziwe życie potrafi być gdzieś bardzo daleko.

Z czasem momentów, gdy pojawiają się ponure myśli i przenoszą cię do jakiegoś mało przyjemnego kosmosu, jest coraz mniej, a skupienie na chwili obecnej przychodzi z coraz większą łatwością. Aż pewnego dnia całe zmartwienia ustępują miejsca autentycznej, całodobowej, potężnej rzeczywistości. Która oczywiście potrafi ostro ryć banię i kopać z półobrotu – ale nawet jeśli czasem dostaniesz z buta w łeb, to tylko raz, natomiast w myślach możesz kopać się sto razy na sekundę. Zwróć uwagę, że myśli mogą rodzić cierpienie podobne, jak rzeczywistość. Znów mózg nie wie, co jest wizualizacją, a co rzeczywistością, i dlatego cierpisz. Sam sobie to fundujesz.

Czym jest zresztą rzeczywistość? To pytanie filozoficzne, ale koniec końców fizycznie jesteśmy i tak tylko zbiorem drgających atomów, wibrującej i pulsującej energii. Jak można brać takie coś nadmiernie serio? To, co jest w nas wieczne – temu nic nie zagraża. Ale to już taka moja mała dygresja do interpretacji dowolnej.

A co, jeśli w chwili obecnej jest naprawdę, naprawdę źle?
No cóż, wtedy pozostaje już tylko rozwiązanie kryzysowe, o którym pisałam tutaj:
Co zrobić, kiedy tu i teraz jest do kitu?

Ale jak wszyscy wiemy – większość rzeczy, których się boimy, nigdy się nie wydarzyła i nie wydarzy, a kiedy nawet dzieje się coś źle, to przy odrobinie akceptacji okazuje się, że nie jest AŻ TAK źle i w końcu daje się przez to przejść w jednym kawałku.

Piszę o tym wszystkim, bo w moim życiu, no cóż… wystąpiły znów pewne turbulencje, które mogłyby równie dobrze sprawić, że pogrążę się w dzikiej euforii, jak i w czarnej rozpaczy. Wolę jednak w niczym się nie pogrążać, bo mi to nie służy, a dzień dzisiejszy biorę na klatę z uśmiechem i ciekawością.

Co i Wam polecam :)

Previous Jesienna chandra - pokonać czy... pokochać?
Next 5 powodów, dla których warto być pozytywnym egoistą!