Jak się rozstać, żeby nie bolało?


Nasz świat jest tak pomyślany, że wszystko, co istnieje w czasie, ma początek i koniec. Skończoność świata jest wpisana na stałe w jego nietrwałą, niedoskonałą formę. Jest oczywista. Nikt kupując ubranie nie oczekuje, że wystarczy mu ono już do końca życia. Chyba, że ktoś kupuje garnitur do trumny. Wszystko jest nam dane na chwilę. Nawet własne ciało.

A jednak niektóre rzeczy są nam bliskie i chcemy, by trwały najdłużej, jak się da. Wrastają w naszą rzeczywistość, stają się jej częścią, czymś pewnym. Jak długo słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie, tak długo my chcemy razem zasypiać i budzić się obok siebie.

Pamiętasz ten moment, kiedy wtulałeś się w to ciepłe, pachnące nią miejsce na jej szyi, i chciałeś ten piękny moment zatrzymać na zawsze? Jak żywe jest takie wspomnienie. Nawet, jeśli tamta rzeczywistość już dawno uleciała na wietrze jak porwane, postrzępione nitki babiego lata.

Pamiętasz też pewnie ten moment, kiedy twoje serce szarpnęło się z niepokojem, bo pierwszy raz poczułeś, że to się skończy. Choć odsunąłeś tę myśl, a później długo do niej nie wracałeś, to ona została już pomyślana. A intuicja rzadko się myli.

Kiedy łączysz się z kimś w parę i udajesz się z nim we wspólną drogę, nie jesteś w stanie przewidzieć, ile ta droga potrwa. Chciałoby się wierzyć, że “do końca życia”. Przynajmniej kilkadziesiąt lat. Wydaje się, że na pewno się to uda, jeśli oboje bardzo się postaracie.

Ale nie zawsze się udaje. Wiesz, o czym mówię.

Twoje ścieżka nagle skręca, a jego biegnie dalej prosto. I choć mocno trzymasz go za rękę, choć wasze palce wciąż są splecione i do ostatniej chwili wierzycie, jak wariaci, że to się uda, to w pewnym momencie widzisz z przeraźliwą jasnością, że będziesz musiała puścić jego dłoń. I dalej iść już sama.

Bo inaczej nie zrobisz już ani kroku.

Ile jesteś w stanie poświęcić, żeby za wszelką cenę iść dalej z nim? Jaka jest ta cena?

A jednak zranisz go, jeśli odejdziesz. Zranisz też siebie.

Wspólne rytuały, wasz intymny, osobisty język, wasze żarty, które tylko wy rozumiecie. Znajomy rytm dnia, wspólne ogarnianie oswojonej rzeczywistości. Ukochane miejsce, w które co roku jeździcie na wakacje. Wspólnie wybrane dodatki do domu i pamiątki z podróży. To wszystko jest przesiąknięte wami. Tą wspólną jakością, która istnieje tylko wtedy, kiedy wy jesteście razem.

Trzeba będzie wszystko zniszczyć. Zniszczyć to, co stanowiło dla ciebie jeszcze niedawno podstawę twojego świata. To, w czym widziałaś najgłębszy sens. Teraz będziesz musiała sama wziąć łopatę i zadać temu śmiertelny cios. A później zakopać. I już nigdy więcej nie zobaczyć.

To nie miało się wydarzyć, miały być dzieci, wnuki i na starość wspólne spacery przez park.

Nie dziwię się, jeśli to dla ciebie za wiele. Rozstanie jest ponoć jednym z najbardziej stresujących i traumatycznych wydarzeń życia. Jest trochę tak, jakby ktoś umarł dla ciebie. Wszystko trzeba sobie ułożyć od początku.

Dlatego ludzie nie zawsze decydują się na ten krok. Tym bardziej, że jest to w naszej kulturze jakaś oznaka poddania się. Przecież jeśli wchodzi się z kimś w związek, to ma być już na zawsze. Rozstajecie się – znaczy za słabo się staraliście. Ponieśliście porażkę. Jesteście gorsi od tych, którzy się nie rozstali. Widzisz to też, prawda?

Na świecie jest tyle par trwających w martwych związkach. Tyle par fundujących sobie wielomiesięczną, wieloletnią agonię ich iluzji. Rezygnujących z marzeń na rzecz czegoś, co na ich oczach umiera.

Ci wszyscy ludzie, którzy żyją razem, ale osobno, mają dalej swoje zwyczaje i ustalony plan dnia, ale w głębi serca coraz bardziej nienawidzą swoich partnerów i swojego życia, za to, że nie dane im było pójść własną drogą i odpowiedzieć na własne powołanie. Coraz bardziej nienawidzą samych siebie za tę podjętą przed laty decyzję o podcięciu własnych skrzydeł. Ta nienawiść ich przygniata i niszczy, i choć pozornie ich życie wygląda dobrze, to w środku jest całe czarne, robaczywe, zepsute.

Ci wszyscy samotni ludzie, którzy nie potrafią wydostać się ze związków, które już bardzo dawno temu przestały istnieć. Tamta osoba mogła nawet fizycznie odejść już dawno, ale oni wciąż stoją ze wzrokiem smutno utkwionym w drzwiach, przez które już nie można wrócić. Zakopują swoje talenty, oddają się samozniszczeniu, marnują swój potencjał w nadziei na coś, co nie istnieje.

Te nieszczęśliwe istoty, które wciąż z uporem stawiają przecinek tam, gdzie powinna być kropka.

Ogarnia mnie czasem taki żal, takie uczucie, jakby to wszystko było nie do zniesienia. A jednak nic na to nie poradzę. Każdy może decydować tylko za siebie.

Czy można rozstać się tak, żeby nie bolało?

Oczywiście, że NIE można. Jak może nie boleć rozerwanie życia na pół?

Ale można rozstać się tak, by zachować szacunek. Do niego. Do niej. Do siebie.

Odejść, zanim pojawi się ostateczny kryzys, zanim zaczniecie na swój widok wpadać w szał lub okazywać sobie lodowatą niechęć. Zanim zamienicie wszystkie pozytywne uczucia na negatywne po to, żeby było wam łatwiej się rozejść. Zanim będziecie chcieli pozabijać się nawzajem w ataku palącego gniewu, wymierzonego w samych siebie. Zanim z bratnich dusz staniecie się najgorszymi wrogami i zmienicie swoje życie w niekończącą się walkę.

Pozwolić sobie na szczerość, powiedzieć wprost, o co chodzi, zdobyć się na odwagę, by pokazać, co masz w sercu.
Odkryć wszystkie karty. Wspólnie poszukać rozwiązania. Nawet, jeśli jest już tylko jedno wyjście. Być w pełni fair, aż do samego końca. Nie oszukiwać i nie kłamać. Nie budować wokół siebie muru niedostępności. Nie walczyć. Nie krzywdzić! Skąd ta tendencja do krzywdzenia osoby, którą się kochało, do deptania jej serca, które biło przecież dla nas!? To takie niesprawiedliwe.

Przygarnąć do serca wszystko to, co było piękne, długo przytrzymać w ostatnim czułym uścisku, a potem wypuścić z rąk i patrzeć, jak odlatuje, niczym papierowy lampion puszczony na plaży. W końcu zniknie na horyzoncie. Ale BYŁO. I czego miało nauczyć, to nauczyło. Coś wzajemnie sobie daliście. Przeżyliście coś wyjątkowego, co było tylko wasze i tylko dzięki wam zaistniało.

Jeszcze długo będziesz odruchowo brać z kuchennej szuflady dwa widelce zamiast jednego. W sklepie będziesz wkładać do koszyka rzeczy, które jemu smakowały. Będziesz łapać się na nuceniu wspólnych melodii i nagle zalewać się łzami. Jeszcze niejeden raz ból będzie tak piekący, jakby ktoś cię żywcem ranił w to najbardziej wrażliwe miejsce w duszy. Będziesz chciała krzyczeć. Wyjdziesz z domu i będziesz biec przed siebie, nie wiadomo gdzie, żeby jakoś wyrazić cały ten ból, który nagle się pojawił i przytłoczył. I nie będzie na całym świecie istoty bardziej zagubionej i bezbronnej od ciebie.

Ale będziesz już na swojej ścieżce. Przed tobą nowa perspektywa: ciąg dalszy. Nowa szansa. Każdy koniec jest początkiem.

Ból, tak samo jak wszystko, też się skończy, jeśli się zacznie. Wystarczy na niego pozwolić, zamiast na siłę go hamować i uciekać od niego. Jeśli łzy mają szansę popłynąć, to mają szansę też wyschnąć. Płacz oczyszcza. Rozładowuje nagromadzone emocje. Jest jak burza. I tak samo jak po burzy, w końcu wychodzi po nim pierwszy, nieśmiały promyk słońca.

Przyjdzie taki dzień, że znajdziesz się na drugim końcu tego krętego tunelu i odetchniesz zupełnie nowym powietrzem w nowej krainie. I kiedy spojrzysz wstecz, nie zobaczysz krzywdy i traumy. Zobaczysz piękne wspomnienia i fragment życia, który cię ubogacił, zobaczysz cenną lekcję, ważne doświadczenie.

I wiesz, co jeszcze?

On też już wtedy będzie na swojej ścieżce. Tej, którą nie mógł pójść, dopóki byliście razem.

Pomyśl, że być może zwracając mu wolność, wyświadczasz mu też przysługę. Może największą w życiu.

Previous Słonecznik #3: Wiosna w pełni
Next Przytul drzewo! Praktyka uważności + konkurs