Dziś opowiem Ci o tym, jak przeszłam od lęku, bezsilności i przekonania o własnym uszkodzeniu – do zaufania, mocy i dojrzałości. Wbrew temu co sądzimy, takie historie nie potrzebują wiele czasu. Czasem wystarczy nowy kawałek układanki, który zupełnie zmienia nam cały obrazek. Niezależnie w którym miejscu jesteś teraz – za kilka miesięcy możesz już być zupełnie gdzie indziej. Tak było ze mną.

Choć wydawałam się sobie osobą bardzo rozwiniętą duchowo (dalej czasem mam takie wrażenie ;) ), parę lat temu ze zgrozą stwierdziłam, że przyciągam do siebie historie pełne zdarzeń i ludzi wyciągających ze mnie dawno nieoglądane mroczne instynkty, cienie i zgrzyty. Halo, przecież tego miało już nie być – mój wysoki poziom świadomości miał mi to załatwić. Czy ja czegoś nie skumałam?

Niektórzy wydawali się toksycznymi ludźmi, czekającymi tylko, aby mnie upokorzyć czy zlekceważyć. Zupełnie nie rozumiałam, czemu takich przyciągam. Byłam gotowa walczyć z nimi do ostatniej kropli krwi. W tym samym czasie coś we mnie lgnęło do nich. Budzili we mnie pasję, od ekstazy do furii, sięgającą przez mój brzuch gdzieś do samego najgłębszego wnętrza mnie. Może znasz to uczucie, kiedy lecisz jak ćma do płomienia świecy?

Jednocześnie odpalały mi się ataki lęku i kiedy znów zaczynała się rozpierducha, budziło to we mnie dodatkowe poczucie winy i wstydu. Myślałam, że to wszystko przeze mnie, że jestem idiotką, że się w to pakuję. Coś jakby przejmowało nade mną kontrolę. Im bardziej starałam się nad tym panować, tym robił się większy bałagan.

Myślałam, że to wada, przez którą nie da się mnie kochać i nic ze mną stworzyć.

Że nie jestem wystarczająco pozytywna, że jestem oszustką, wielkim rozczarowaniem, farbowanym lisem. Wlokło się to za mną, kładło się cieniem na każdej małej radości czy promyku nadziei, ponuro przypominało o swoim istnieniu. Chciałam, żeby ktoś zabrał ode mnie tę wadę, wziął piłę i wykroił ją z mojej głowy, żeby tego nie było.

Pamiętam te momenty absolutnej bezsilności w obliczu szalejących emocji, to szarpanie się: poradzę sobie z wami, zniszczę was, nawet jeśli będę musiała zniszczyć też siebie. I poczucie, że to się nigdy nie skończy. Im bardziej walczyłam, tym stawały się silniejsze, a ich wibracja coraz bardziej obecna w moim życiu. Cały czas ściągało mnie w lęk, smutek, złość czy wstyd. Poczucie niezasługiwania czy bycia nieszanowaną przejawiało się wokół mnie, odbite w wielkim lustrze życia.

Czasem czułam się jak małe, zranione dziecko, do którego nikt nie chce przyjść i go utulić, i to budziło wielkie poczucie niesprawiedliwości i zagrożenia. Wtedy było tak, jakby nie było dokąd uciec, jakby samo istnienie było nie do zniesienia. Czasem była we mnie ogromna zimna pustka, ciemna i pozbawiona uczuć. Znajdowałam się jakby za ścianą, nic nie bolało, kiedy z kamienną twarzą niszczyłam wszystko, na czym mi zależało. Później przychodziła rozpacz.

Szczerze mówiąc byłam zupełnie pewna, że jestem nieźle pierdolnięta. Chcecie pewnie wiedzieć, czy pomagały mi joga i medytacja. Cóż, może to dzięki nim nie rozleciałam się zupełnie na kawałki, a nawet znalazłam siłę, żeby się z tym rozprawić. Uważność okazała się bezcenna w procesie obserwacji. Dobry kontakt z ciałem pomógł w uwalnianiu i transformacji emocji, gdy już wiedziałam, co i jak. Ale na samą istotę mojego domniemanego pierdolnięcia – nie, nie pomagały :) Nic na to nie pomagało, bo i cóż mogłoby pomóc, skoro przyjęłam błędne założenia?

Myślałam bowiem, że nie wolno mi zaakceptować tego “uszkodzenia”, bo wtedy zupełnie mną ono zawładnie.

Okazało się jednak, że to właśnie akceptacja rozpuściła całą iluzję.

Chodź już, chodź, po prostu się przytul. Wszystko jest dobrze. Jestem przy tobie. Kocham cię.

Zobaczyłam, że wszystkie emocje były ważnymi wiadomościami, które pragnęły zostać wysłuchane, były bolącymi miejscami, proszącymi o uwagę. Sytuacje, w które wchodziłam, miały pokazać mi mnie. Cały czas chodziło tylko o mnie, tam nie było żadnych demonów, żadnych skaz, tylko potrzeba miłości. Nagle stało się to tak jasne.

Zaczęłam dostrzegać związek między moją postawą a postawami innych ludzi wobec mnie. Kiedy przestawałam czuć się ofiarą – wokół mnie przestawali pojawiać się oprawcy. Byli po prostu inni zranieni ludzie. Zajęcie się uzdrawianiem siebie pozwoliło mi zobaczyć, że oni wszyscy również cierpią i radzą sobie, jak mogą. Czasem nam przez to nie po drodze, ale nie przeszkadza mi to dobrze im życzyć. Zwykła zmiana punktu widzenia potrafi zupełnie przekształcić sytuację. Uwikłanie potrafi zniknąć z dnia na dzień, jakby nagle stało się niepotrzebne, nieciekawe. W końcu widzisz, w co się bawisz, i możesz wybrać jeszcze raz. Napisać nowy scenariusz.

Przestałam również koncentrować się na zaspokajaniu potrzeb emocjonalnych innych, chodzeniu wokół nich na paluszkach i uzdrawianiu ich ran (często swoim kosztem), bo zrozumiałam, że nie jestem w stanie im tak pomóc. Natomiast mogę podarować coś innego, cenniejszego: przestrzeń i akceptację, silną wiarę, że sami sobie z tym poradzą.

Rozróżnienie, że moje emocje są we mnie – i nic złego się nie dzieje – a Twoje są w Tobie, i nic nam z ich powodu nie grozi, pozwala przeżywać nawet silne emocje, ale nie oddalać się od siebie. Jest coś bardzo intymnego w pozwoleniu drugiej osobie na przeżywanie emocji bez ingerencji w nie, i po prostu bycie przy niej. To ogromna wdzięczność, być zobaczonym i nie osądzanym, w bądź co bądź nie najłatwiejszym momencie. Jest to też ulga, że ktoś widzi nas, ale nie próbuje nas zmieniać czy poprawiać.

Wraz z wzięciem kochającej odpowiedzialności za to, co się we mnie dzieje, teraz już ja sama, nie mój partner, nie moi rodzice, ani nikt z przeszłości kto tego nie zrobił – przyszła radość z czegoś, co wcześniej mnie trochę przerażało: z dorosłości. Nadal bywam wrażliwa, delikatna, bezbronna. Czasem muszę się przytulić i wypłakać. A jednak najważniejsze wsparcie dostaję od samej siebie, bo żaden nawet najbardziej kochający drugi człowiek, nie jest w stanie sięgnąć we mnie tak głęboko, jak ja sama.

jak przestać niszczyć siebie

Świadomość moich emocji otworzyła mnie na samą siebie. Ogromnie dodała pewności siebie, poczucia sprawczości, ale też wypełniła wszystkie brakujące miejsca w mojej układance, przyprawiła mnie o uczucie “Wow, a więc to tak było od początku… cholera, tyle czasu niepotrzebnie się męczyłam!” Potrzebnie czy nie, czy to ważne? Te wszystkie emocje, których tak się bałam, których tak nienawidziłam – nie były przeciwko mnie. To było wołanie o kontakt i miłość, o uwagę i bliskość – wezwanie do powrotu, ponownego połączenia.

Poznawanie siebie jest procesem i wciąż czuję, jakbym wchodziła w niego coraz głębiej. Nie wiem, czy to się kiedyś skończy – przecież zawsze może być jeszcze lepiej, jesteśmy nieskończenie złożonymi istotami. Moja relacja ze sobą jest teraz o wiele bardziej pokojowa i ciepła, niż kiedyś. Nie zdarza mi się już na siebie warczeć czy się na sobie mścić. Koniec miażdżącej samokrytyki. Nie służyła mi, nie chroniła mnie, dziękuję, dobranoc. Podobnie jak i inne programy, które zamieniam sukcesywnie na te bardziej wspierające, łagodne, bliskie mojej prawdzie. A wraz z nimi zmienia się świat wokół mnie.

Jest we mnie też więcej zaufania, odwagi i poczucia, że to ja decyduję o moim życiu. Dbam o siebie i swoje potrzeby, a dzięki temu mogę zadbać o innych i dać im więcej od siebie. Nie muszę wybierać poświęcenia ani odejmować sobie od ust, widzę, że część mnie boi się wtedy, że nigdy się nie naje, zaczyna się domagać, chce rozbujać tę huśtawkę od nowa. Komu to potrzebne? Zupełnie nikomu. Przecież możemy rozkwitać razem, w pełni naszych możliwości. Po to tu wszyscy jesteśmy.

Czy też chcesz tego doświadczyć?

Zapraszam Cię do zapisania się do newslettera o emocjach, w którym będziesz otrzymywać ode mnie wartościowe teksty, video i inne treści nawiązujące do zrozumienia i bliskości ze swoimi emocjami.
Otrzymasz bezpłatne ćwiczenie – test, dzięki któremu sprawdzisz, jak dobry masz w tym momencie kontakt ze swoimi emocjami i sobą.
Niedługo wyzwanie “Zrozumieć i pokochać swoje emocje”, dzięki któremu skontaktujesz się ze swoimi emocjami z poziomu serca i na nowo przejmiesz swoją moc.
Zapraszam Cię serdecznie! Kliknij, aby dołączyć do newslettera.

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *