Chciałabyś być szczęśliwsza?

Ale nie takim szczęściem, które jest jak fajerwerk, za pięć minut rozbłyśnie mocniej ostatni raz i zgaśnie. Ani takim jak wahadło, przemieniającym się w nieszczęście, wysysającym z Ciebie całą energię, po czym znów zmieniającym się w szczęście, zanim się rozmyślisz, byś nie schodziła z tej huśtawki, chciała cały czas ją popychać.

Mówimy o takim szczęściu, które jest jak ciepłe promienie słońca, w których możesz się wygrzewać przez cały dzień, i nawet jeśli czasem na trochę zajdzie, to wiesz, że jutro będzie kolejny letni dzień i już szykujesz strój kąpielowy. A wcześnie rano wstajesz na wschód słońca.

No pewnie, że chcę! – odpowiesz. – Co za pytanie. Tylko jak to zrobić? Przecież to takie skomplikowane. Tyle warunków musi być spełnionych, żeby przez moment poczuć się dobrze.

Czasem sądzisz, że zapomniałaś już, jak to w ogóle jest, być szczęśliwą. Są tylko momenty względnego spokoju, a później znowu jesteś na tej kolejce górskiej, która zaraz zjedzie z impetem w dół, i żałujesz, że w ogóle na nią wsiadłaś.

Czy to się kiedykolwiek skończy?

Gonimy za tym, żeby było nam przez moment miło. Żeby tylko chociaż przez chwilę nie bolało. Żeby przez pięć minut czuć się w porządku. Chociaż tyle. Czy chcemy tak wiele? Zadowalamy się przecież absolutnym minimum. Brniemy przez te zawieruchy, tak się staramy. Upadamy, podnosimy się. Nie widać końca.

Żeby wytrzymać, odsunęłaś się już od wszystkiego, co mogłoby być trudne, co sprawia Ci przykrość, nie decydujesz się na to, co mogłoby się nie udać i zaboleć, praktycznie niedługo będziesz się bała poruszyć, żeby tylko nie wprawić znów tego mechanizmu w ruch. Ale to niewiele pomaga.

A twoje wewnętrzne dziecko od czasu do czasu ciągnie Cię za rękaw i mówi: mama, ale przecież to nie miało tak być. Mama, mówiłaś, że jak będę duża, to będę mogła robić, co chcę. To kiedy pójdziemy na lody? Kiedy polecimy na księżyc? Od dawna wiem, kim chcę być, jak dorosnę. Chcę być kosmonautą. Kiedy w końcu mi pozwolisz?

Nigdy, dziecko. To zbyt niebezpieczne. Wybierz coś innego.

I zamiast biletu na księżyc kupujesz bilet do Zgierza, w nadziei, że tam chociaż da się dojechać, ale po drodze i tak psuje się tramwaj i połowę drogi idziesz w deszczu przy szosie i ochlapują Cię wszystkie samochody.

Nie proszę o wiele. Myślałam, że życie to będzie coś prostszego. Gdzie się wybiera niższy poziom trudności?

Gdzie się wybiera takie tramwaje, które nie jadą do Zgierza, tylko na księżyc, na Andromedę, na Solaris, all inclusive, i nie psują się po drodze?

Zawiadowca kosmicznego ruchu patrzy na rozkład jazdy, drapie się w głowę i odpowiada:

No jak to gdzie? Wybiera się je w tym samym miejscu.

A może to podróż w kosmos w jakimś sensie wybiera Ciebie. Do Ciebie należy inny wybór. Wiele innych wyborów, małych, codziennych, na pozór nieznaczących.

Mówisz, że wybierasz ciepłe, letnie dni. To dlaczego nie wychodzisz z domu, kiedy świeci słońce? Zamykasz się, zasłaniasz okna, mówisz, że daje po oczach, że zaraz i tak będzie padać.

Chcesz wybrać taką miłość, która głaszcze i ogrzewa serce. To dlaczego stoisz ciągle pod drzwiami, od których wieje chłodem?

Nad Tobą jest niebo pełne tęczowych gwiazd. Czemu leżysz i wpatrujesz się w burą plandekę namiotu?

Pragniesz zrozumienia dla barw, które niesie Twój wiatr, ale wybierasz towarzystwo ludzi, którzy są daltonistami, albo takich, którzy boją się i wiatru, i barw. Albo niczyje. Nikomu ich nie pokażesz.

Pragniesz równowagi, przestrzeni i rozmachu, ale do poruszania się po świecie wybierasz sobie rower, który skręca koła w przeciwnym kierunku, co Ty kierownicę.

Chcesz bliskości, ale nie bierzesz odpowiedzialności za to, co oswoiłaś. Gdy to podchodzi, chce się przytulić, uciekasz z krzykiem. Jest zbyt ciepłe, zbyt miękkie, za szybko, zbyt nagle.

Chcesz wolności, ale jeszcze nie opuściłaś swojego osobistego więzienia, chociaż już od dawna nikt Cię nie pilnuje. Oprócz Ciebie. Jesteśmy swoimi najsurowszymi strażnikami.

W tym więzieniu ściany są zrobione z przekonań.

“Może dla mnie zabraknąć. W każdej chwili mogę stracić. Nie wolno mi po to sięgnąć. Będzie bolało.”

“Teraz chociaż mam złudzenie, że któregoś dnia mogłabym to zrobić, że jakbym spróbowała, to by się udało. Ale jak spróbuję i się nie uda – to stracę podwójnie.”

“Z czym do ludzi? Zostaniesz publicznie wyśmiany, wytknięty palcami. Tylu innym się nie udało, a Tobie ma się udać? Tobie? Ale jaja. Jesteś żałosny. Wszyscy to widzą.”

“Nikt nie zaakceptuje kogoś, kto ma takie wielkie, warczące, ziejące ogniem smoki w sobie.”

“Opuszczanie gardy jest niebezpieczne. Zostaniesz zniszczony, tak samo, jak wtedy.”

“Znów poniosłeś porażkę. Nie zasługujesz na to. Siedź tu i cierp.”

Z takim obciążeniem nie można się wzbić w niebo, podnieść kotwicy, wrzucić piątego biegu. Nawet do sklepu po świeży chleb bywa za ciężko pójść. W końcu stary też jest dobry, jak się obetnie pleśń.

A to, w co wierzysz, to, co obdarzasz uwagą, odbija się w świecie wokół Ciebie jak w nieskończonym korytarzu luster… Przychodzi do Ciebie i potwierdza Ci: jest tak, jak myślisz. Jest tak, jak uważasz. Jestem Tobą. Twoją energią, Twoim potwierdzeniem. Nieś mnie przez życie, a ja dam Ci więcej tego, czym jestem.

Dobrze się domyślam, że Ty też wcale nie masz ochoty targać tego wszystkiego ze sobą?

Nie musisz, można to zostawić, to nie jest obowiązek, to decyzja.

Uwielbiam medytację, duchowość, praktykę bliskości z samym sobą i autentyczności, przytulanie swoich emocji, precyzyjną uważność i bystrą, klarowną świadomość, za to, że daje nam wybór.

A raczej pozwala odkryć, że zawsze mieliśmy wybór. Że na tym polega wspaniała, soczysta dojrzałość.

Nie na tym, że jest mi ciężko, że jestem twarda, że nie dam nic po sobie poznać, udźwignę to wszystko i nie uronię ani jednej łzy.

Nie na tym, że zanurzę się w łodzi podwodnej w morzu moich traum i strachów, i tam już na zawsze zostanę, w cichej, samotnej ciemności, gdzie ryby nie mają oczu i nie widzą refleksów słońca tańczących na powierzchni.

Ale na tym, że biorę samą siebie za rękę, podchodzę do okna i pierwszy raz rozsuwam zasłony, za którymi jest ten oślepiający blask, te promienie rozszczepiające się w rzęsach przymrużonych oczu. Te wszystkie uczucia, które bolały tak, że nie dało się dotknąć. Ten natłok nie moich myśli, fałszywych nauczycieli. Ta jasna, ciepła błogość, kiedy odkrywam, że moje łoże tortur cały czas było zrobione z puchu, było zrobione z miłości.

To odkrycie, że to ja wybieram, to ja kreuję, że nic mi nie grozi, że miłość nie ma ukrytych kosztów, że życie to strumień, który przepływa przeze mnie i nigdy się nie kończy.

Że strach, ból, smutek, przytulone, wysłuchane, docenione, zmieniają się w najczulszą kołderkę spokoju, nigdy nie musiałam od nich uciekać.

Że kiedy jestem blisko siebie, Ciebie, Nieskończoności, to mam cały czas dostęp do mojego najwyższego potencjału. Że mogę w zaufaniu wybrać swoją drogę, aby nią podążać i pomóc budować ten świat, który chciałabym podarować innym.

Mogę wybrać swoje marzenia ryzykując śmieszność w oczach innych, bo ufam sobie i pozwalam na siebie, znam swoje intencje i powołanie, które mnie wzywa.

Mogę wybrać własne prawdy ryzykując cudzy gniew, bo wiem, że nasze emocje dotyczą tylko nas samych, nie biorę do siebie czegoś, co nie jest moje, akceptuję różnorodność tego świata i widzę, że mam prawo tu być i Ty również.

Mogę wybrać SIEBIE nie oskarżając siebie o egoizm, by móc napełnić się do syta, by wzrastać i pasją do życia zarażać innych, dzielić się moim wewnętrznym ogniem, moją ludzką wrażliwością, a czasami moją rozbrajającą niedoskonałością, nieprzewidywalnym chaosem we mnie, który daje się kochać, tak samo, jak ja.

Mogę wybrać szczęście i codziennie o nie dbać :)

Przez ciemność nocy, prosto do światła gwiazd.

Previous Jak usłyszeć głos serca? Twój wewnętrzny przewodnik
Next Summer Contrast / Dzikuska 2018. Niebo pełne gwiazd

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *