Goa trance na Goa – jak jest?


Nie ukrywam, że jednym z powodów, dla których za cel podróży obraliśmy właśnie wybrzeże Goa, była chęć doświadczenia na własnej skórze tamtejszych imprez psychedelic trance. Jest to jedno z moich odwiecznych marzeń, które miałam okazję spełnić i przy okazji po raz kolejny się zadziwić, jak bardzo spełnianie niektórych marzeń różni się od naszych wcześniejszych fantazji na ich temat.

Wspomnę o tym, jak wygląda Goa, bo można by się pomylić i wyobrazić sobie, że jest to coś jak europejski kurort, tylko że w Indiach. Nie, nie. Miejscowości na Goa nie są jak kurort, nie są nawet jak Karwieńskie Błota. One są w całości zbudowane z bambusa. Istnieją tylko dla turystów. Po sezonie wszystkie miejsca noclegowe i bary stopniowo się zwijają i zostaje wielkie nic, kilka rozpadających się chat na krzyż. My trafiliśmy na sam koniec sezonu i wszystko jeszcze stało, a za to plaże zaczynały już pustoszeć, co w sumie mnie cieszyło, bo w szczycie sezonu ponoć jest straszny tłum.

No dobra, nie zostaje tak całkiem nic... po niektórych knajpach zostają betonowe fundamenty. Pośrodku dwie duże imprezownie - Curlies i Shiva Valley. Przypływ akurat zjadł całą plażę, która nie jest najmocniejszą stroną Anjuny :p
No dobra, nie zostaje tak całkiem nic… po niektórych knajpach zostają betonowe fundamenty. Pośrodku dwie duże imprezownie – Curlies i Shiva Valley. Przypływ akurat zjadł całą plażę, która nie jest najmocniejszą stroną Anjuny :p
Można więc z kolei pomyśleć, że sezon na Goa to coś jak festiwal muzyczny – pojawia się pośrodku niczego, baluje i pulsuje, a potem znika bez śladu. Tyle, że trwa od października do maja. Czy tak? No, już bliżej, ale w sumie też nie. Festiwal to festiwal, a Goa to Goa. Nawet, jeśli bary wyglądają podobnie i jeśli tu i tu można spotkać ludzi, którzy popłynęli za daleko na fali melanżu i zapomnieli wrócić.

Różnie próbowałam sobie to wszystko wyobrazić i niestety wyobraźnia zawiodła mnie na całej linii. Kto był w Azji, to pewnie wie o co mi chodzi – ja byłam pierwszy raz… i wszystko jasne ;)

Kluby

Jak już pisałam kiedyś, Goa dzieli się na północne i południowe. Jeżeli chcemy imprez, to warto wybrać to północne, a konkretniej Anjunę i Vagator. (Jeżeli nie zależy nam aż tak na imprezach, to zdecydowanie bardziej polecam południowe Goa – jest dużo ładniejsze i nie wygląda jak zabiedzony teknival po przejściu huraganu.) W pozostałych miejscowościach w północnym Goa (np. świetny Arambol) też jest dużo fajnej muzyki i barów, ale klimat jest dużo bardziej chilloutowy, nastawiony raczej na posiadówy na plaży pod gwiazdami, niż całonocne tańce.

Jeśli chodzi o wystrój klubów – no cóż, Boom to to nie jest. W Indiach wszystko jest po indyjsku, nawet dekoracje są rozwieszone po indyjsku – trochę tu, trochę tam, czasem krzywo i byle jak, a czasem całkiem fajnie. Za to pod każdym klubem obowiązkowo stoi rządek oświetlonych lampami naftowymi straganów, na których stare Hinduski smażą na patelni omlety i sprzedają papierosy i zupki chińskie. Wszystkie te stragany wyglądają identycznie i zawierają dokładnie ten sam asortyment. Po tym, że po zachodzie słońca pod którymś klubem pojawiały się stragany z omletami i papierosami, można poznać, że tego wieczoru będzie tam impreza. Omlety są, nota bene, bardzo smaczne ;)

Na większy apetyt każdy z klubów serwuje pełen catering od przekąsek typu warzywa w cieście, aż do pełnego obiadu z dodatkami. Jest wifi i można płacić kartą. No i – zapomniałabym – te kluby są na samej plaży. Pijesz sobie piwo, słuchasz pięknej muzyki i patrzysz na ocean. I wtedy dociera do ciebie, że to jest właśnie TO :)

Curlies - najbardziej odpicowany klub, jaki widzieliśmy. Bardzo duży i zrobiony na bogato. Gdyby się uprzeć, można by tam urządzić imprezę na trzech scenach, na którą wejdzie łącznie z 700 osób. W szczycie sezonu pewnie bywa i tak.
Curlies – najbardziej odpicowany klub, jaki widzieliśmy. Bardzo duży i zrobiony na bogato. Gdyby się uprzeć, można by tam urządzić imprezę na trzech scenach, na którą wejdzie łącznie z 600 osób. W szczycie sezonu pewnie bywa i tak.

Muzyka

Tu spotkało mnie najmilsze zaskoczenie. Spodziewałam się, że będzie taka w zasadzie trochę ambitniejsza dyskoteka. No bo co można rozumieć przez techno, trance i house w plażowym barze? Ale muzycznie, to tam było po prostu WOW :) Byłam pod ogromnym wrażeniem. A mieliśmy okazję się tego nasłuchać, bo przez ścianę z naszym hostelem graniczył jeden z klubów, w którym imprezy były codziennie. Ani trochę mi to nie przeszkadzało. Co noc zasypiałam przy akompaniamencie zajebistych kawałków. Czasem budziłam się w środku nocy i nie mogłam zasnąć, bo leciały tak fajne numery. (Co ciekawe, jak tam w końcu poszliśmy, to akurat było nędznie i przenieśliśmy się stamtąd na hinduskie karaoke, które totalnie rozpieprzyło mój mózg.)

W niektórych klubach imprezy są płatne, w innych są za darmo. Większość didżejów to lokalsi, ale przyjeżdżają też goście, głównie azjatyccy. Są kluby skoncentrowane na lekkich house’ach, czasem pojawia się techenko, a jak już trance, to głównie bardzo fajny i nienudny dark psytrance, trochę psyproggresive’u i po prostu czysty psychedelic trance w najlepszym wydaniu. Naprawdę jest moc! Nic, tylko włożyć sandały wytargowane z wielkim trudem za 500 rupii ze straganu na pchlim targu i tupać. Boso też można, choć wybaczcie że zabrzmię jak hrabina, ale dla mnie tam było na to za brudno. I ogólnie wszyscy raczej są w butach, żeby nie nadziać się na śmieci, kamienie, niedopałki i inne rzeczy, które Hindusi rzucają na ziemię.

Na minus – całkowity brak chilloutu, ambientów, psybientów, nic z tych rzeczy. Same mocne, taneczne brzmienia.

psytrance na goa

Shiva Valley – dla mnie najlepsza miejscówka, było najwięcej białych i najbardziej przyjazny klimat. Na zdjęciu jest tak pusto, bo to pora obiadowa. O tej porze żadnych tańców ani głośnej muzyki nie ma, to też taka drobna różnica między Goa a festiwalami.

Używki

Jako, że to kraj konopi indyjskich, które wyrastają tu i tam jako chwasty pod płotem, ich cena jest niespecjalnie wygórowana i nie trzeba się za nimi szczególnie rozglądać. Palenie trawki jest całkowicie akceptowane społecznie i nikogo nie interesuje, co masz w papierosie, który palisz. Jeśli chodzi o inne substancje, napiszę krótko – z tego, co widziałam, nie ma z nimi problemu. Aczkolwiek jak dla mnie nie ma też sensu. Tam nawet na trzeźwo jest taka bomba, że dzięki!

Picie alkoholu w Indiach mija się całkowicie z celem. Sami Hindusi piją raczej niewiele, w stanach innych niż Goa w ogóle trudno jest dostać alkohol. Nie dziwi mnie to. Dwa piwa – super, ale przy trzecim karuzela w bani zaczyna się nagle jakoś szybciej kręcić, dociera do ciebie, że powietrze nadal ma temperaturę ponad trzydziestu stopni, i jak tu tańczyć, skoro powieki nagle ważą sto ton, a każda z nóg pińcet? Do tego przebitka na barze potrafi być kosmiczna – piwo za 200 rupii identyczne jak w sklepie za 30 (1,50 zł), tyle, że do sklepu mamy parę kilometrów. Co sprawia, że imprezy w Anjunie są kolejnym miejscem, gdzie bawiłam się bez alkoholu.

Z alkoholem czy bez, w takich ciemnościach można się bez problemu bawić, bo i tak nikt cię nie widzi, o ile oczywiście nie masz na sobie białej, świecącej w UV koszuli z kołnierzykiem i fluorescencyjnych klapek. No offence, uważam to za urocze :)
Z alkoholem czy bez, w takich ciemnościach można się bez problemu bawić, bo i tak nikt cię nie widzi, o ile oczywiście nie masz na sobie białej, świecącej w UV koszuli z kołnierzykiem i fluorescencyjnych klapek. No offence, uważam to za urocze :)

Ludzie

Szczerze… Jeszcze nigdy tak dobitnie nie odczułam, że klimat na imprezie tworzą ludzie. Na imprezach na Goa jest wielu białych, ale większość to jednak Hindusi. Płci męskiej, dodajmy. Tańczący ze sobą w kółeczku, dodajmy. Skaczą trzymając się za ręce, ubrani w swój typowy strój na każdą porę dnia i nocy, czyli koszulę z kołnierzykiem, krótkie gacie i gumowe klapki. Nie, żeby typowy taniec do muzyki elektronicznej był jakiś bardziej wyrafinowany niż to, ale chyba potrzebowałabym chwili, żeby podłapać te kroki… Na szczęście obok stoi grupka Rosjan i oni już znają te same kroki, co ja. Dalej widzimy inne kółeczko złożone z hinduskich samców, a obok kolejne. Wkoło niewiast żadnych lub w kącie sali bujają się jakieś stare francuskie hippiski. Już żeby samemu stanąć obok i zacząć tańczyć, takiemu dzikowi jak ja potrzeba naprawdę sporej porcji luzu i dystansu do samej siebie. Albo łyka whisky od jakiegoś wesołego, grubego, skośnookiego człowieka bez koszulki. (Swoją drogą, po wadze można tam poznać zasobność portfela. Żeby się utuczyć, trzeba mieć za co. Aczkolwiek i tak wiadomo, że najwięcej hajsu mają biali.)

Hinduscy transiarze w drodze na transy muszą też obowiązkowo uzbroić się w zestaw prawdziwego imprezowicza, czyli świecące rogi, migające lasery i kilo glowsticków. Biorą je od wędrownych handlarzy, którzy krążą sobie po ciemnej plaży, zaczepiając przechodniów półgłosem. Myślisz, że to jakieś poważne, narkotykowe transakcje, a to tymczasem tylko dwóch typów kupuje sobie zapas glowsticków na miesiąc i od razu wszystkie je zawieszają sobie na szyi i nadgarstkach.

Osobną historią są biali hippisi. Paru ich było, choć zapamiętajmy raz na zawsze, najwięcej tam jest Hindusów, a nie hippisów. To nie jest żadna mistyczna kraina, gdzie czas zatrzymał się na Woodstocku i od tej pory wszyscy przez cały czas doznają oświecenia. Za to muszę przyznać, że kiedy już zdarzyło nam się tam pogadać z ludźmi po 50tce, to zawsze były to sympatyczne i wartościowe rozmowy. Są zupełnie inni niż ludzie w tym wieku u nas, wyluzowani, pełni akceptacji, zawsze mają dla ciebie jakieś dobre słowo. Mam nadzieję, że ze mnie życiowe doświadczenia uczynią w tym wieku podobnie ciepłą i mądrą osobę.

Klimat

Jeżeli wyobrażałeś sobie do tej pory, że klimaty psytrance na Goa to coś jak nasze imprezy i festiwale, tylko jeszcze bardziej i lepiej, to porzuć czym prędzej te fantazje. Żadne video z youtube’a ani moja nawet najdłuższa relacja i tak nie odda dziwności i obcości tych imprez. One są jak całe Indie – im bardziej jesteś otwarty, tym bardziej ci się podobają, ale żeby się otworzyć, to trzeba się nieoczekiwanie mocno wysilić, bo jednym z największych odkryć, jakich tam dokonałam, jest to, że bycie otwartym na odmienność, kiedy wokół nas nie ma żadnej odmienności, to nie jest wielka sztuka. Sztuką jest, kiedy nie masz zielonego pojęcia, co się wokół ciebie dzieje, i nadal jesteś na to otwarty.

Powiedzmy sobie wprost, Indie to nie jest kraj, do którego jedzie się pławić w komforcie i rozkoszy. Tam się jedzie po nowe doświadczenia i zdecydowanie imprezy na Goa do takich należą. Klimat był, i owszem! Tyle, że inny niż ten, który my znamy z imprez i festiwali. Na festach w Europie też niby są ludzie z całego świata, a jednak wciąż jest to Europa, czyli coś, co znasz. Od razu czujesz się jak u siebie, ze wszystkimi się zaprzyjaźniasz, odczuwasz jedność na parkiecie, rozumiesz ich bez słów. W Indiach tak nie jest. I tyle. Co nie znaczy, że nie można czerpać z tego doświadczenia pewnej przyjemności.

Curlies w dzień :) Muzyka raczej nie leciała. Można sobie zjeść obiad, obejrzeć mecz krykieta, taki tam dzień jak co dzień :p
Curlies w dzień :) Wieczorem to miejsce przemienia się w parkiet, w dzień można tu sobie zjeść obiad (z czego jednak nie skorzystaliśmy, bo drogawo, a obok było i pysznie i tanio).

Gorące laski i inne wynalazki

Napiszę jeszcze na koniec, że wyobrażając sobie imprezy na Goa, czasem mamy przed oczami azjatyckie gibkie panienki w bikini, zgrabne tyłeczki, leniwe dni na plaży i tak dalej. Nie potrafię sobie wyobrazić nic bardziej odległego od rzeczywistości.

Po pierwsze 90% kobiet tam jest poubieranych od stóp do głów i tak też kąpią się w morzu. Siedzą w wodzie w ciuchach i tyle. Te, które zdecydują się włożyć bikini w celach innych niż kąpiel w morzu (czyli tylko i wyłącznie białe turystki), cieszą się zainteresowaniem każdego przechodzącego hinduskiego faceta, a tych jest wielu. Bardzo wielu. I wszyscy chcą ci podać rękę i zrobić sobie z tobą zdjęcie. Nie, żeby nie było tam kobiet w kostiumach – były, były! Szczególnie po czterdziestce. Albo przy czterdziestu kilo nadwagi. Może wtedy uwaga setek kolesi skupiona na twoim tyłku jest przyjemniejszym uczuciem? Ja raczej celowałam w kiecki do kolan, sorry, mates!

Po drugie plażowanie w Indiach to droga przez mękę, bo tamtejsze powietrze to nawet nie zupa, a gęsty sos. W dzień słońce jest przytłaczające i niebezpieczne, przed 16:00 próby opalania się to obietnica udaru, a o 19 słońce już zachodzi, więc za wiele tego czasu na plażowanie po prostu nie ma. Poza tym to wątpliwa przyjemność, bo nawet w cieniu cały czas marzysz tylko o zimnym prysznicu, a później nawet już i to marzenie odpuszczasz i akceptujesz siebie permanentnie pokrytego śliską, lepką warstwą Indii. W praktyce cały dzień wszyscy biali leżą tylko na leżakach pod parasolami słonecznymi i zdychają z gorąca. Albo siedzą w plażowym barze na klifie, gdzie nawet trochę wieje (wow!!), piją piwo i się cieszą.

Nic dziwnego, że w tym kraju godziny szczytu są o dwudziestej drugiej i taka też jest najprzyjemniejsza pora na spacer… zwłaszcza, jeśli na ten spacer prowadzą nas wysublimowane mroczne transowe rytmy :)

Bawilibyście się?

28 Comments

  1. Ciekawie się o tym czytało. Zwłaszcza imprezujący Hindusi brzmią dobrze ;)
    To kolejny Twój tekst który mi podpowiada jak mylne mogę mieć wrażenie o Indiach i samym Goa. Oczywiście spodziewałam się wysypu hipisów :D Chociaż może i to zależy od pory roku i w sezonie jest ich większy urodzaj? A może ‘moda’ na Goa trochę już przeminęła i teraz oświecenia doznaje się w Tybecie? ;)

    • Avatar
      May 8, 2016
      Reply

      Podejrzewam, że raczej to drugie, zresztą nawet w Indiach są miejsca bardziej uduchowione niż Goa. W sezonie zapewne jest więcej wszystkiego, hipisów, hindusów, świecących rogów… nie, nie chcę tego oglądać :D

  2. Super wpis! Ja bym się bawiła, ale nie wiem, czy bym szału nie dostała, jakby mi coś grało za ścianą.;p
    Chętnie sama zatańczyłabym w takich rękawiczkach, bo zawsze mi się to na filmach podobało. ;)

    • Avatar
      May 9, 2016
      Reply

      Ania, tam było tyle okazji żeby dostać szału, że trochę muzyki już mi nie robiło różnicy :D Ale potrafię to zrozumieć ;)

  3. Świetny tekst i prawdziwy. Ujęłaś w nim bowiem swój odbiór rzeczywistości na Goa. Nie ukrywam, że tekst utwierdza mnie w moim stosunku do Indii i jej mieszkańców. Dziękuję bardzo i życzę dalszych odkryć, z którymi będziesz się z nami dzielić. Pięknego dnia :)

    • Avatar
      May 9, 2016
      Reply

      Wolę nie pytać, jaki jest Twój stosunek do Indii j jej mieszkańców ;) Specyficzne towarzystwo, choć nie można odmówić im pewnego uroku i serdeczności ;)

      • Napiszę tak, że ich lubię, ale nauczyłam się powściągliwości w relacjach z nimi – potrafią wejść na głowę :), ale są przy tym bardzo mili, zwłaszcza, gdy przy okazji wyniknie jakaś korzyść dla nich, choć nie chcę uogólniać bo i poznałam kilku uczciwych, serdecznych i uczynnych, którzy są mi nadal bliscy. Ale tak najogólniej można określić, ze to dość specyficzne towarzystwo, ale kultura bardzo ciekawa i to jedzenie dosmaczane tysiącem przypraw :)

        • Avatar
          May 9, 2016
          Reply

          To rzeczywiście mamy bardzo podobne wrażenia :) Miłego dnia!

  4. Avatar
    May 9, 2016
    Reply

    Bardzo pięknie opisałaś Goa, tekst o podawaniu ręki i robieniu zdjeć wywołał moje parsknięcie kawą na klawiaturę – takze tego :) Pozdrawiam i zyczę dużo słońca :)

    • Avatar
      May 9, 2016
      Reply

      Dla Ciebie też dużo słońca! Mam nadzieję, że klawiatura to przetrwała ;)

  5. Avatar
    Łukasz Dusza
    May 9, 2016
    Reply

    niesamowity opis i zdjęcia, ale muzycznie nie mój klimat ;)

    • Avatar
      May 9, 2016
      Reply

      A jaki jest Twój klimat?

  6. Avatar
    May 9, 2016
    Reply

    Siedzę w tej Warszawie kisząc się przed komputerem a docierają do mnie takie zdjęcia.. Jak pomyślę, że w tym roku nie jadę na żaden urlop to mi przykro :D

  7. Avatar
    kimol
    May 9, 2016
    Reply

    Dzięki za relację. To też było moim marzeniem od pierwszych dzwięków z kasety Distatnce to Goa z 1994. Domyślałem się że tak właśnie teraz jest. Ale słyszałem też że Tajlandia jest ponoć bardziej wypasiona. Pozdrawiam.

    • Avatar
      May 9, 2016
      Reply

      Ko Phangan to jedna wielka impreza…

    • Avatar
      May 10, 2016
      Reply

      Też słyszałam, że Tajlandia daje radę – jak życia starczy, to sprawdzę ;)

  8. Te trzecie zdjęcie lokalu to kompletny sztos :D Już nawet jako wygaszacz na kompie robiło by dobry klimat nawet w biurze :D Świetnie to wszystko z obrazowałaś. Co do alkoholu to jednak mała strata bo to nigdy nie było priorytetem w tego typu klimatach :) Chyba jedynym minusem jest to że raczej po imprezie nie można pogadać z tubylcami na temat wszechświata lub o czym tak naprawdę jest saga Star wars :D Indyjki serio się nie bawią?

    • Avatar
      May 10, 2016
      Reply

      Chyba ze trzy razy zdarzyło mi się spotkać Hindusów mówiących płynnie po angielsku, w pozostałych przypadkach można było pogadać z nimi najwyżej na temat ceny sandałów. Z tymi mówiącymi po ang bardzo fajnie się rozmawiało, szczególnie z naszym gospodarzem w Bombaju – z tym to i o wszechświecie można by pocisnąć :) A co do bawiących się kobiet, jeżeli już były jakieś Azjatki na parkiecie, to raczej z dalekowschodnią urodą (i przedziwnym stylem ubierania – Polacy na urlopie by się nie powstydzili tego co te dziewczyny miały na sobie). Hinduski na Goa to chyba tylko urlopujące mamuśki z dziećmi albo miejscowe handlarki badziewiem. Może im nie wolno albo nie lubią sajkodelików ;p

  9. Avatar
    May 9, 2016
    Reply

    Absolutnie transowe zdjęcia!!! Goa Północne w ogóle mi się nie podobało. Południowe zresztą też ;) Tyle tylko, że ja szlajałam się po plażach i na skuterze po okolicach, czasem łapiąc nieobliczalną komunikację miejską. A teraz jak sobie tak narzekam na to Goa, to zachciało mi się tam być z powrotem! A wtedy tak niemiłosiernie marudziłam…co widać tutaj: http://www.hamaklife.com/azja/indie/

    • Avatar
      May 10, 2016
      Reply

      Zagłębiłam się w Twojego bloga… jak to teraz inaczej się czyta, jak się to wszystko samemu poczuło :) Słowa nie oddają :)

      A na skuterze też sobie sporo pojeździliśmy, ryzykowna zabawa, ale dzięki temu właśnie zobaczyłam, jakie południowe Goa jest ładne, dżungla, góry, odrobina spokoju, nawet jakby mniej trąbili. Może to jest tak, że z czasem te różne upierdliwości ulatują z głowy i zostają same dobre rzeczy :)

  10. Avatar
    May 9, 2016
    Reply

    Świetne zdjęcia, świetny tekst i bardzo ciekawe miejsce. :)

  11. Avatar
    May 10, 2016
    Reply

    Swietne zdjecia! Ale tez tekst, w sumie to z przymruzeniem oka napisany. Czytalam z usmiechem na ustach :)))))) Czyli juz wiem ze fama o elctro/transowych cool imprezach na Goa jest przesadzona hahaha ;))))

  12. Avatar
    May 12, 2016
    Reply

    Genialna relacja, imprezy na Goa nie były na mojej liście “do zaliczenia”. I po tej relacji… nadal na nią nie trafią :D

    • Avatar
      May 12, 2016
      Reply

      Igor Ty lubisz wychodzić ze strefy komfortu, więc dla Ciebie Indie są jak znalazł. Założę się, że to najbardziej niekomfortowe miejsce w całej Azji :D Ale na imprezy to Europa w zupełności wystarczy :)

  13. Avatar
    Darek K
    May 17, 2016
    Reply

    Fajny opis, miło było powspominać bo też się tam trochę poszlajałem po imprezkach, m.in. 3 razy w Shiva Valley, które jednak średnio mi przypadło do gustu głównie dlatego że to taka kultowa i darmowa imprezownia, gdzie widziałem jak pijani Rosjanie rozwalają butelki o schody a hinduscy sprzedawcy niestrudzenie co minutę próbowali sprzedać mi świecące rogi machając nimi kilka centymetrów przed oczami, jakby myśląc że skoro odmówiłem im minutę temu jak i dwie, jak i trzy itd. to już teraz nie odmówię… Do tego te małe żebrające dzieci, które podchodzą i tańczą z tobą (zajebiście zresztą!) by po chwili wyjąć rękę prosząc o jałmużnę, pokazując gestem że zbierają na jedzenie… Za to fajne imprezy bywają te płatne i to zazwyczaj całkiem sporo (ok. 30-40 zł), jak na imprezę która być może skończy się za 3 godziny (bo to wszystko zawsze kwestia czy policja przyjedzie i czy właściciele klubu udobruchają ich łapówką, gdyż oficjalnie na plażach Goa obowiązuje cisza nocna), gdyż na takich imprezach nie ma już tylu ,,przypadkowych” turystów i można w końcu przymknąć w tańcu oczy a nikt nie będzie co minutę machać przed nimi świecącymi rogami.. Szok też dla mnie był z tym chaishopami, że siedzi wokół 20 babeczek i każda ma dokładnie to samo, zastanawia mnie czy to jakieś ich niepisane prawo by nie tworzyć sobie niezdrowej konkurencji czy też to jedno z niezrozumiałych dla nas dziwactw indyjskich :)
    Spodziewałem się chyba trochę mniejszych tłumów przypadkowych turystów na tych imprezach i większego undergroundu, ale pewnie spóźniłem się o co najmniej 15 lat.. jeżeli plaże Goa to w 95% Rosjanie i Hindusi to wiadomo że na imprezach też ich będzie dużo… mimo to fajnie to było doświadczyć i poczuć, cały urok Indii to że one leczą z różnych oczekiwań i jeżeli tam jadąc będziemy się twardo trzymać naszych koncepcji i schematów to może nas taki wyjazd wymęczyć, ale jak się puścimy to można fajnie polecieć w doświadczanie tego co właśnie jest i jest jakie jest :) Tęsknię i mam nadzieję że jeszcze mi się uda powtórzyć taką wycieczkę.
    A jeżeli ktoś woli mniej klubowo-transowe klimaty a bardziej stawia na jogę i etniczne koncerty na plaży bardziej w stylu rainbowowych hipisów to Arambol is da best!
    PS. Chyba musiałaś być serio jakoś blisko już pory monsunowej, bo ja byłem styczeń/luty i pogoda była bardzo komfortowa, gorące piękne letnie dni ale bez tego uczucia gęstej zupy, mam wrażenie że u nas bywa znacznie gorzej podczas gorących letnich dni.
    Pozdrawiam i może do zobaczenia na Goej Dupie lub gdzieś tam :)

    • Avatar
      May 17, 2016
      Reply

      Darek, ale świetny komentarz napisałeś, z szerokim uśmiechem go czytałam :)

      Rzeczywiście najlepsza i najbardziej klimatyczna impreza na której byłam była płatna, i faktycznie było już blisko monsunu. Z całą resztą też się trudno nie zgodzić, szczególnie z tą trudną i cenną lekcją porzucania oczekiwań i schematów – już teraz wiem, o co chodzi z tym, że podróże kształcą, nieźle mnie wykształciły, długo będę to wspominać :)

      Będę na Goej, jak mnie zobaczysz to podbijaj! Pozdrówki :)

      • Avatar
        Darek K
        August 11, 2016
        Reply

        Oh, ciekawe, zapomniałem adres Twojej strony więc nie byłem tu już ponownie po napisaniu mojego komentarza, a teraz mi przypomniał FB o Twoim blogu bo ktoś znajomym zalinkował o tegorocznej Goej Dupie, na której zresztą też byłem, super było! :) Pewnie gdzieś potańczyliśmy w pobliżu :) Dzięki za odpowiedź, pozdrawiam i może do zobaczenia na Egodropie albo następnej Goej :)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *