Goa Dupa 2015. W krainie hippisów


Totalnie uwielbiam festiwale psytrance. No kocham je. Nic na to nie poradzę. Nie bywam na typowych masowych festiwalach typu Opener czy Audioriver, bo boję się tych wielkich tłumów pod sceną, przerażają mnie nieskończone kolejki po żetony na piwo i najebane nastolatki skaczące mi po głowie. Jestem już na to za stara i koncert żadnej gwiazdy nie przekona mnie do takich spędów. Ale transy co to innego. A dobrze zorganizowane transy w plenerze – to najlepsze, co może się przydarzyć amatorowi dobrej muzyki, otwartego klimatu i odkrywania dzikiej natury… również swojej własnej.

Festiwal psychedelic trance, art & culture o wdzięcznej nazwie Goa Dupa rozwija się z edycji na edycję, aż miło popatrzeć. Tym razem przeniósł się spod Krakowa aż w Bieszczady. Spodziewałam się malowniczych widoków, ale gdy po prawie dziesięciu godzinach jazdy wypełzliśmy na czworakach z naszej furki, dosłownie pozbierać się nie mogłam z wrażenia. Camping był na zboczu góry, a sama impreza – na jej szczycie. Cały teren kompleksu Natura Park w Stężnicy zajmuje kilkaset hektarów i w całości został zasiedlony przez barwne towarzystwo. W praktyce, choć to największy polski festiwal psytransowy, nigdzie nie było tłoczno. Teren zamienił się w miasteczko, gdzie na każdym kroku można było kogoś spotkać, a jednocześnie wszyscy mieli dość miejsca dla siebie.

Migawki z campingu, który żył własnym życiem. Oglądaliście kiedyś zachód słońca przy dźwiękach didgeridoo, bębnów afrykańskich i innych egzotycznych instrumentów? No ja już tak.
Migawki z campingu, który żył własnym życiem. Oglądaliście kiedyś zachód słońca przy dźwiękach didgeridoo, bębnów afrykańskich i innych egzotycznych instrumentów? No ja już tak.
Co lubię w transowych festach? Przede wszystkim ludzi. Nie znam drugiego takiego miejsca, w którym uśmiechając się do obcego człowieka masz praktycznie sto procent gwarancji, że i on odpowie uśmiechem. Możesz przyjechać nikogo nie znając, a minutę po rozbiciu namiotu jesteś już na cześć z połową festiwalu. Nieważne kim jesteś, jak wyglądasz, zostaniesz ciepło przyjęty. Nikomu nigdzie się nie spieszy, nie ma żadnych ciśnień. Bardzo szybko to się udziela i sam zaczynasz rozsyłać wokół uśmiechy i zagadywać do nieznajomych. Nareszcie możesz sobie na to pozwolić. Ta utopijna swoboda wyrażania siebie, za którą wszyscy tęsknimy, ten powrót do plemiennego poczucia wspólnoty, skłania całe rzesze ludzi do jeżdżenia od festiwalu do festiwalu przez całe lato, po całej Europie. Taki lifestyle.
festiwal psytrance
Dekoracje na mainie w wieczornym oświetleniu! Nocne transowe miasteczko było niestety niemożliwe do uchwycenia okiem aparatu bez statywu. Musicie mi uwierzyć na słowo, że wszystko wyglądało tak, jak to, a nawet lepiej.
Po drugie wszystkie te dekoracje, zakamarki, niespodzianki. W przygotowanie terenu została włożona niewiarygodna masa pracy. Ekipa montująca te cuda była na miejscu już dwa tygodnie przed imprezą. Samo chodzenie i odkrywanie, co też jeszcze oni dla nas stworzyli, nie miało końca. Poza dwiema scenami muzycznymi czekały na nas między innymi sala warsztatowo-wykładowa, ujmujący kanion Zen z wielkim drzewem zwalonym nad przepaścią, piękny Forest of Shadows z linkami do slacka, galerie sztuki psychodelicznej, piwny bar z wygodnymi pufami do zagłębiania się, chaishopy z pysznym wege jedzeniem i piciem, grill, kawiarnio-lemoniadziarnia, a ponadto sporo udekorowanej przestrzeni służącej tylko do tego, by można było w zacienionym miejscu położyć się na trawie i patrzeć w niebo… słuchając najpiękniejszych utworów muzycznych na świecie na doskonałym nagłośnieniu.
Tańczymy!! O każdej porze dnia i nocy. Na mainie, na chillu i w dowolnym miejscu. A jak już się ktoś wytańczył, to można się zrelaksować i pobalansować.
Tańczymy!! O każdej porze dnia i nocy. Na mainie, na chillu i w dowolnym miejscu. A jak już się ktoś wytańczył, to można się zrelaksować i pobalansować.
Chillout stage!! I te stretchowe żagle. Wyglądają kosmicznie na zdjęciach, ale gdybyście zobaczyli to w ruchu na wietrze... A potrafiło tam przywiać. Gapiłam się w to chyba z godzinę.
Chillout stage… i te stretchowe żagle. Wyglądają kosmicznie nawet na zdjęciach, ale gdybyście zobaczyli to w ruchu na wietrze… Prawdziwe cudo. A potrafiło tam przywiać.
Po trzecie, na takim festiwalu naprawdę jest co robić. Poza imponującymi scenami muzycznymi czekała na nas bogata oferta warsztatów, wśród których można było znaleźć jogę, medytację, pranajamę, relaks przy dźwiękach mis i gongów tybetańskich, naukę gry na bębnach, tribal dance i inne. Załapaliśmy się na przykład na przesympatyczny i wciągający wykład o… pszczołach. Nic dziwnego, że impreze docenili nie tylko szaleni imprezowicze. Przyjechali ludzie z dziećmi, nawet niemowlętami, było też kilka psów. Między innymi uroczy jamnik :) Swoją drogą warunki były całkiem przyzwoite i dalekie od znanego z wielu masowych festów przerażającego syfu. Komu nie wystarczał do szczęścia namiot, ten mógł ulokować się w wygodnym drewnianym domku. Poza uwielbianymi przez wszystkich toitoiami, w knajpie na terenie festu były normalne czyste kibelki. Do biletu każdy dostawał podręczną zakręcaną popielniczkę i owszem, ludzie z nich korzystali. Choć może mogłoby być wokół więcej koszy na śmieci, to i tak organizatorzy zrobili co mogli, żeby psychodeliczne towarzystwo tych pięknych Bieszczad tak zupełnie nie zdewastowało.
Wszystkie te pozamuzyczne, artystyczne i duchowe elementy imprezy były po prostu oszałamiające i było ich tak dużo. Mogłam chodzić godzinami po tych lasach, oglądać, słuchać, odkrywać. Najważniejsze i tak nie dało się sfotografować. Ale było warto.
Wszystkie te pozamuzyczne, artystyczne i duchowe elementy imprezy były po prostu oszałamiające i było ich tak dużo. Mogłam chodzić godzinami po tych lasach, oglądać, słuchać, odkrywać. Najważniejsze i tak nie dało się sfotografować. Ale było warto.
festiwal psytrance
Przeurocza jogowa ekipa z porannej niedzielnej sesji :) Dźwięk tych mis hipnotyzuje i coraz bardziej mnie intryguje. Są cudowne do relaksacji.
Oczywiście idealnie być nie może, dlatego zostaliśmy wystawieni na próbę, gdy okazało się, że nieskalana cywilizacją okolica nie sprosta zapotrzebowaniu na wodę pod prysznic dla takiej rzeszy ludzi i… woda się skończyła. Od razu zaczęły nadjeżdżać beczkowozy, ale spróbuj się w czymś takim wykąpać. Na szczęście hippisi poradzą sobie w każdych warunkach! Toalety w knajpie na terenie Natura Parku zaczęły pękać w szwach od ludzi myjących się w całości w umywalkach, a do pobliskiego strumienia z wodospadem zaczęły chodzić pielgrzymki. Teraz się z tego śmieję, ale wytrzymać cztery dni bez porządnego prysznica w trzydziestostopniowym upale to naprawdę było wyzwanie. Pocieszało mnie tylko to, że wokół wszyscy mieli podobne standardy czystości. No i wizja mojej wanny po powrocie. (Prosto z trasy wbiegłam do łazienki i siedziałam w niej chyba z pół godziny, chociaż byliśmy w domu półżywi o trzeciej w nocy. Będe to wspominać na starość:))
Z ciekawostek, spod namiotów na main stage było około półtora kilometra pod górę. Tak – teren był aż tak wielki. I chyba nie muszę dodawać, że chodziliśmy te półtora kilometra tam i z powrotem po kilka razy dziennie. Jakoś się tego nie czuło. Dopiero po przyjeździe do domu zauważyłam, jak dramatycznie zmęczona jestem i jakie mam zakwasy na łydkach – chyba wykształciły mi się tam jakieś dodatkowe mięśnie :) No, ale w końcu to były góry!
Z ciekawostek, spod namiotów na main stage było około półtora kilometra pod górę. Tak – teren był aż tak wielki. I chyba nie muszę dodawać, że chodziliśmy te półtora kilometra tam i z powrotem po kilka razy dziennie. Jakoś się tego nie czuło. Dopiero po przyjeździe do domu zauważyłam, jak dramatycznie zmęczona jestem i jakie mam zakwasy na łydkach – chyba wykształciły mi się tam jakieś dodatkowe mięśnie :) No, ale w końcu to były góry!
festiwal psytrance
Main stage o ósmej rano w pełnej krasie, widziany z punktu, w którym rozłożyliśmy sobie kocyk i w najlepsze oszamaliśmy wielkie, pyszne śniadanie ze świeżym twarożkiem z miodem. Artha gra przepiękne goa, a my umieramy ze szczęścia. O, jaki to był rewelacyjny moment. (Tak, specjalnie po to podeszliśmy pod górę półtora kilometra przed śniadaniem!)
Można śmiało powiedzieć, że Goa Dupa jest najlepszym plenerowym eventem psytrance w Polsce. Jeżdżę na te potupajki od chyba siedmiu lat, ale czegoś tak profesjonalnego jak w tym roku jeszcze u nas nie widziałam. Zarówno od strony technicznej, jak i merytorycznej ujrzałam kawał dobrej roboty na europejskim poziomie. A naprawdę u nas wcale o to nie tak łatwo, bo to nie jest branża, w której się zgarnia kokosy, tylko wąska nisza dla ludzi w dreadach i świecących w UV bluzach ze skrzacim kapturem. Ilu znasz takich ludzi? No właśnie.

Piona dla organizatorów i wszystkich dobrych dusz, które tam spotkałam i z którymi miałam wielką przyjemność się bawić. Do zobaczenia w przyszłym roku!

Previous Jak urządzić mieszkanie z duszą? 9 kroków do przytulnego domku
Next A gdyby tak... wyjechać w Bieszczady?
  • dużo ludzi?

  • Rewelacja! Przyznaję szczerze, że pierwszy raz o tym festiealu słyszę, to musi być świetna impreza! Wielki plus za to, że z tego co widać na zdjęciach, nie ma tam dzikiego tłumu.

  • Nigdy nie byłam, a pojechałabym, pojechała.
    I wiem, że (zbyt?) często się tym chwalę, ale ja się w Tybecie cały miesiąc nie myłam!

    • Dobrze, że tylko miesiąc tam byłaś, a nie siedem lat jak Brad Pitt ;p

      • W sumie szkoda. Może by mi wtedy dali milion dolarów i przyjaźń z Lamą? A tak to nawet nie mam porządnego zdjęcia z jakem. Buuu.

  • Pierwszy raz słyszę o takim festiwalu, a piszesz o nim tak zachęcająco, a widoki rzeczywiście cudne

  • Bardzo mnie tym festiwalem zainteresowałaś… On jest co roku rozumiem? :)

    • Z grubsza co roku. Rok temu nie było z powodu problemów z miejscówką. W przyszłym roku ma być :D

    • Kristoff

      Jest potwierdzona data na ten rok 21-24.7 w tym samym miejscu :)

  • Jeeej, jak cudownie :) Uwielbiam festiwale, za chwilę wybieram się na Woodstock, ale to miejsce, o którym piszesz wydaje się tak niezwykłe, że chętnie bym tam pojechała. No i góry… Marzenie.
    Open’era polecam odwiedzić nawet z ciekawości. Jeśli się nie chce, to nie czuć tam ‘dzikich tłumów’, a przekrój ludzi (także wiekowy) jest spory.

    Trafiłam tu z grupy promocji blogerów i na pewno zajrzę jeszcze nie raz. Pozdrawiam :)

    • Witaj! Miło Cię tu gościć:)

  • Jak to ładnie wygląda z tymi kolorowymi żaglami. Po prostu inny świat. Ładne zdjęcia porobiłaś. Ja nie jeżdżę na tego typu festiwale, ale może właśnie tracę fajną zabawę? Po tym wpisie wiem, że na pewno ;)

  • Dotee, nie wiem jak to robisz, ale odwiedzasz miejscowki z moich marzeń. Mam na myśli to ostatnie joga party i ten festiwal. Wcześniej nie słyszałem o GoaDupa, ale za rok to jest mój must. Atmosfera na festiwalach tego typu faktycznie jest inna – np. w krakowskiej Fabryce na Egodropach.

    Anyway: a może jesteś w stanie polecić coś w tym guście, niekoniecznie w Polsce, Na co mógłbym wyskoczyć jeszcze w tym roku?

    p.s. nasz na swojej liście Burning Man? :>

    • Igor, Burning Man to jest moja impreza marzeń, na którą jednak są potrzebne niemałe fundusze. Na szczęście nie ma ograniczeń wiekowych, więc jak będę starsza i bogatsza to wtedy nie omieszkam zahaczyć, a najlepiej od razu machnąć jakieś tournee po Stanach:D

      Na Egodropach byłam parę razy. Goadupę organizuje właśnie ta ekipa:)

      A jeżeli chodzi o to, na co mógłbyś wyskoczyć to praktycznie jakbyś się uparł mógłbyś do października do domu nie wracać:) Obczaj to: http://www.psytrancefestivals.com/calendar/

      Na pewno w zasięgu ręki jest Ozora. Freedom w Portugalii jest w przepięknym miejscu, byłam tam parę lat temu. Ja jakbym miała hajs pojechałabym jeszcze na Transylvania Calling… albo do któregoś z ciepłych krajów:)

      • Dziękować, będę obczajać!

        • Bartosz Bielecki

          To i ja wtrącę , pod koniec sierpnia jest Źródło open air, jest w okolicach Ostrowa WLKP, niebawem będzie większe info tylko trzeba śledzić ;)
          Nie byłem nigdy na tym, ale sądzę, że to może być bardzo dobry festival ;)) Goa dupa to było mistrzostwo i mój pierwszy pobyt w Bieszczadach. Nie miałem dużo czasu, bo trzeba wracać do swojego życia.Serce zostało ;)

          • Dziękuję! Właśnie dopisałem do ToDo, na pewno obczaję. Jak znam zycie skoncze albo tam, albo w … Transylwanii :D

  • Bartosz Bielecki

    Tego się nie da opisać słowami czy pokazać na zdjęciach. Tam trzeba dojechać ( przez wielogodzinne korki w upale ), tam trzeba się wspiąć na sam szczyt, trzeba zerknąć w każdą stronę świata ( wszędzie lasy, doliny ), trzeba to poczuć – wiatr o północy i trzeba tam zatańczyć, będąc otoczonym taką energią…
    Było wspaniale ;)

  • Zawadiaka

    Świetna relacja! Podsuwam wpis znajomym, bo niestety ukradziono nam na
    GD aparat i w tym roku swojej recenzji nie zrobię. Twoje wrażenia
    pokrywają się z naszymi odczuciami, dlatego puszczam go dalej w świat ;)
    Pozdrawiam i, mam nadzieję, do zobaczenia za rok na Goa!

    • Wielkie współczucie z powodu aparatu:/ szkoda, że nawet taka impreza nie może być wolna od chamskiego złodziejstwa!:(

  • kmiekio

    Dokładnie tak było :)

  • Ojej, wygląda genialnie! Wstyd się przyznać, ale jeszcze nigdy nie byłam na żadnym muzycznym festiwalu, a Ty mi tutaj takie piękne zdjęcia wstawiasz, że aż żałuję,że się wcześniej nie dowiedziałam!
    Choć cztery dni bez prysznica byłoby chyba dla mnie męczarnią i zamiast po powrocie siedzieć w niej pół godziny, to pewnie zajęłabym ją na przynajmniej pół dnia :)
    PS. Chillout stage boski!

  • alicja

    Jeżdżę na transowe imprezy, festiwale i zauważyłam, że spora rzesza fanów to osoby, które w tej psychodelii widzą więcej, bo biorą… mdma, psychoeliki i inne… Ciekawa jestem jaki Ty masz do tego stosunek jako stała bywalczyni tego typu imprez? Zgadzam się z Tobą, że wiele osób przyjaźnie się do innych odnosi, uśmiecha a potem z zaskoczeniem stwierdzam, że ma rozszerzone źrenice ;)

    • Alicjo, miło Cię tu widzieć:) Substancje psychoaktywne są obecne na każdej imprezie, czy to się nam podoba czy nie, i trudno oczekiwać żeby akurat na (nomen omen) psychodelicznych imprezach ich nie było. Jedni przyjeżdżają żeby się najebać i naćpać, inni po wyjątkowe doświadczenia, jeszcze inni z jakiegoś innego powodu. Nie mnie oceniać cudze wybory. Wolę zająć się tym, co ja sama mogę z tego wszystkiego wyciągnąć. A czy jestem stałą bywalczynią? Od pewnego czasu bywam na jakichkolwiek imprezach mniej więcej raz na pół roku, więc już chyba raczej emerytowaną:)

      • Alicja Liddell

        Zastanawiałam się po prostu na ile to autentyczna szczerość a na ile kryształowe zabarwienie nastroju ;) Masz rację – wyciągać z tego dużo dla siebie, wygrzewać się w tej atmosferze. Żałuję, że mnie w tym roku tam nie było, Goa była w planie, podobnie Dharma tydzień później ale niestety – siła wyższa. Pozdrawiam Cię i jak widzisz, troszkę się tu na dłużej przysiadłam, bo lubię Cię czytać :)

        • Bardzo mnie to cieszy:)

  • Piotrek

    Wspaniała fotorelacja :) nic dodać nic ująć :)

    Mam w związku z nią małe pytanie, mianowicie czy planujecie może gdzieś udostępnić osobno galerie zdjęć ? bo wyglądają świetnie – fajnie było by je zobaczyć w wyższej rozdzielczości (ewentualnie proszę o kontakt na priv mail goa84@wp.pl – bardzo mi zależy na 1 zdjęciu mainstage.jpg z artykułu – 4 zdjęcie pokazujące scene chill out)

    • Poszedł mail :)

      • Piotrek

        Bardzo dziękuje! :)

  • jak cudnie! nigdy nie byłam na takim festiwalu, a po tym tekście mocno mnie to zaintrygowało! :)

  • OO-nie wiedzialam o istnieniu takiego festiwalu. Swietna relacja! Moze i jak sie kiedys na taki udam ;)

  • Ale bym chciała pojechać na takie wydarzenie, ale nie mam znajomych o takich podobnych zainteresowaniach :( Może bym i sama się wybrała, ale jednak nie sprawiloby mi to tak wielkiej przyjemności. Wygląda cudnie :)

    • Weronika Wendy

      tam nigdy nie będziesz sama… :)

    • Kristoff

      Rok temu pojechałem sam na taki festiwal na Węgrzech, znajomi dojechali dopiero po 2 dniach bo byli w tym czasie na Woodstock, ale zanim dojechali to już poznałem ponad 20 osób z różnych rejonów świata i do dziś mamy kontakt, i razem odliczamy do kolejnej edycji. Tak jak Weronika napisała, tam nigdy nie jest się samemu :)

  • Moja hipisowska dusza aż tańczy z wrażenia. Też nie lubię tłumów na wielkich festiwalach, będąc na Orange, gdzie grało MGMT o mało nie straciłam życia przez szalejący tłum. Świetny pomysł malownicze miejsce i ta natura. bosko

  • Poznańczyk

    Jak wyglądały ceny za festiwal w zeszłłym roku?

    • Coś koło 200-240 zł o ile pamiętam.

  • Kristoff

    Witam serdecznie. Parę lat temu miałem przyjemność znaleźć się przypadkiem na festiwalu Psytransowym (Dzikuska) organizowanym przez znajomych w okolicy Szczecina. Był to czysty spontan, bo w czwartek postanowiłem że tam pojadę, w piątek rano kupiłem jakiś namiot w jednym z marketów spakowałem kilka pierdół i po paru godzinach już byłem na miejscu. Festiwal był skromny i dość krótki ale poczułem że to jest własnie to czego mi od dawna brakowało i nawet o tym nie wiedziałem. Dalej wydarzenia potoczyły się szybko, bo po dwóch miesiącach byłem już na największym Psytransowym festiwalu w Europie (Boom festiwal) i poczułem się jakbym odkrył jakąś starożytną zaginioną cywilizacje z której sam się wywodzę :D Ciężko to sprecyzować, trzeba to po prostu przeżyć, tak czy inaczej od tamtego czasu obiecałem sobie że co roku latem opuszczę na kilka tygodni codzienność, wyłączę telefon, spakuję się i pożyję trochę prawdziwym życiem oraz pogadam z prawdziwymi ludźmi gdzie każdy jest serdeczny i spojrzenie komuś w oczy nie naruszy jego przestrzeni życiowej :)

    • Byłam na Boomie w 2010, to niesamowite miejsce i energia. Powrót do źródła :) Jak przeczytałam Twój komentarz, to od razu mam ochotę znów pakować plecak :) A w tym roku gdzie się wybierasz?

      • Kristoff

        W lipcu ruszam na MoDem a w sierpniu na Boom festival. Pamiętam jeszcze zawsze to uczucie rano, kiedy upał wyganiał mnie z namiotu, i gdy wstawałem cały obolały oraz niewyspany z wizją bardzo zimnego prysznica za 10 minut. To był własnie jedyny taki moment rano kiedy myślałem co ja tu cholera robię, ale za chwile gdy zobaczyłem resztę ekipy na tym samym etapie i pewnie z takimi samymi myślami od razu zacząłem się śmiać :D Po prysznicu oczywiście kryzys mijał :) A ty jakie masz plany na ten rok?

        • Podziwiam Twoje standardy higieny, ja codziennie rano lądowałam w jeziorze, a pod tym prysznicem byłam ze dwa razy :) W tym roku na pewno Dharma nad polskim morzem, a dalej jeszcze nie wiem, co mi strzeli do głowy :)

          • Kristoff

            Jeśli masz na myśli Boom to też ratowałem się jeziorem, ale raczej aby schronić się trochę przed upałem, bo wtedy kiedy ja byłem czyli 2014 to było chyba ponad 50tyś ludzi więc było dość sporo kolejek :) Z reszta nic tak nie budziło jak zimny prysznic z rana.
            Pomyśl też może nad Dzikuska open air. Morza nie ma ale jest ładne jezioro :D