Jak się bawi underground?


Wróciłam! I od razu, żeby nie wytracać pędu, pomknęłam na imprezę. Festiwali ci u nas dostatek, więc mogłabym wybierać i przebierać w różnych Woodstockach i innych Audioriverach. A ja tymczasem wolałam zaszyć się w gąszczu, gdzie nie było żadnych gwiazd, bilet kosztował zero złotych, nie odbyła się żadna kampania reklamowa, a i tak przyjechały tysiące ludzi z całej Europy. Są takie miejsca?

Pierwszy raz byłam na teknivalu gdzieś w okolicach 2003 roku i pamiętam mój szczery zachwyt ideą tej imprezy. Tym, że w ogóle można takie coś wymyślić. W dodatku skala, w jakiej się to odbywa, jest imponująca. Pewnie, że grupkę znajomych skrzykujących się na polanie pod lasem z dwoma popierdującymi 200-watowymi głośnikami i końcówką mocy pożyczoną od taty kolegi też można by nazwać undergroundową alternatywą dla zjedzonego przez komerchę mainstreamu. I trochę się z tego pośmiać pod wąsem tudzież poprzypominać sobie te filmy o ruskich technoparties w lesie, które wprawiały nas swego czasu w taką wesołość. Ale kiedy mamy do czynienia z imprezą na kilka tysięcy ludzi (w ten weekend podobno mogło przewinąć się nawet 8 tysięcy), z wieloma potężnymi ścianami głośników o mocy dziesiątek kilowatów, imponującym lub przynajmniej pomysłowym oświetleniem, niezliczonymi didżejami, których ksywy nie są tak istotne jak muza wyciskana z ich sprzętu, licznymi punktami piwnymi i gastro, gdzie goście w dredach z grubymi blantami w zębach ogarniają ci pysznego grilla, a ponad wszystko z tymi wszystkimi uśmiechniętymi twarzami, najczęściej ozdobionymi kolczykami, tunelami i dziarami, a to wszystko dziejące się trzy doby bez przerwy, wtedy, moi drodzy, mówimy o masywnym undergroundowym freeparty, bez pitu pitu i bez żadnego przepalonego o 23 stroboskopu zrobionego ze starej lampy błyskowej.

Takie imprezy odbywają się nie tylko w lesie koło Mzurowej pod Kielcami, ale na polach w całej Europie, i jak się uprzeć, to można wsiąść w kamper i całe wakacje robić objazd po teknivalach. Tak, jak robią Czesi, Holendrzy, Francuzi czy Anglicy, którzy na tę imprezę zawitali i to wcale nie jako suto opłacone gwiazdy. Tak sobie po prostu przyjechali, rozsiedli się pod własnym samochodem i otworzyli piwko. A potem rozstawili swój soundsystem i zrobili taką imprezę, że wszystkim zleciały gacie. A obok inni, tacy sami, a każdy inny. Bezpretensjonalność tego zlotu po prostu miażdży mnie za każdym razem. Rób co chcesz, bylebyś nie krzywdził innych. Można przyjechać z psami lub z dziećmi. Będą mogły bawić się z innymi psami lub dziećmi, z jakiegoś innego kraju. Nikt nie zaprząta sobie głowy takimi bredniami jak oficjalne pole namiotowe czy strefa alkoholu, możesz rozbić namiot pod głośnikiem, jeśli masz ochotę podskakiwać we śnie od basu, możesz tańcząc pić wódkę z gwinta, a inni będą życzyć ci smacznego, bo pomimo obfitego spożycia substancji nie ma żadnych, ale to żadnych negatywnych wibracji. Zamiast sufitu – wysoko w górze niebo i miliony gwiazd, na które możesz do woli patrzeć leżąc w trawie, podczas gdy dookoła ciebie tańczą na bosaka ludzie i dudni muzyka z trzech systemów naraz, każdy z innej strony. Jest w tym chaos i kakofonia, jest pewna bezwładność i zagubienie, ale czuć też niezwykłą wolność i radość, której coraz mniej wokół nas w świecie starannie poukładanym i zorganizowanym, a która wynika z odrzucenia ról i nakazów społecznych, po to, by na tej polanie wśród tych przyjaznych ludzi móc przez chwilę się zapomnieć.

Czy poza wszechobecnym bałaganem są minusy? Pomijam już ludzi ze wsi, którzy tylko nasłuchują, czy im coś nie dudni, bo tacy się znajdą wszędzie, również w twoim bloku jest taka złośliwa baba z uchem przy szklance, a w tej wsi byliśmy i nie było tam nic słychać. Jest jednak hałas w lesie, którego okoliczny ekosystem nie znosi, jest zdeptana ogromna polana, gdzie mieszkały różne żyjątka, póki im wielki tir z systemem na naczepie nie wjechał w paradę. Są tony fekaliów, które z braku toitoiów lądują gdzieś za cudzym namiotem, jeżeli masz pecha to za twoim (koło naszego samochodu były dwa klocki – dla symetrii po jednym z każdej strony). Są śmieci, które nie wszyscy szanowni teknivalowicze kwapią się zbierać choćby do worków foliowych. Natomiast spójrzmy obiektywnie – ogromne ilości śmieci, hałasu i odchodów zbierają się cały czas, nieustannie, w każdym mieście. Po wyjeździe systemów wszystko zostanie doprowadzone do porządku i w przyszłym roku tylko mętne wspomnienia, parę zdjęć z telefonu i starannie znaleziony odcisk grubej opony będą przypominać, że coś takiego się tu wydarzyło. Bo za rok całe to kosmiczne miasteczko wyląduje gdzie indziej.

Jest pewna dekadencja w tym sposobie imprezowania. Tym, że wszystko to powstaje tylko na chwilę, jest tymczasowe i ulotne. Tym, że ludzie nie siedzą pod jednym systemem (na normalnej imprezie mówi się pod sceną), tylko nieustannie krążą pomiędzy nimi. Na wszystkich podobna muzyka z gatunkami przeplatającymi się i mieszającymi. Na każdym co chwila inne towarzystwo, jedni chwilę zostają i się bawią, inni pielgrzymują dalej, zbijają się w stadka, rozpraszają, przelewają się i płyną. Jest tak, jakby to wszystko było jednym i tym samym, jak jeden ostateczny system w wielu odsłonach. Trzy dni i dwie noce zlewają się w jeden długi moment. Czasoprzestrzeń jest ściągnięta. Jest tylko tu i teraz. Żadnego patrzenia na zegarek, czy już gra gwiazda. Zegarek zostaw w domu. Teraz jesteś w psychodelicznym cyrkowym namiocie, gdzie ledwo obowiązują prawa fizyki, a już z pewnością żadne inne. Obowiązuje tylko tekalog – dziesięć prostych zasad, takich jak: szanujcie naturę, siebie i innych, nie niszczcie, dbajcie o bezpieczeństwo, pamiętajcie, to wy tworzycie tę imprezę.

Nie jestem już tak bardzo częścią tego pierdolnika, tak poczułam, może dlatego, że tym razem nie popłynęłam ze wszystkimi tak daleko jak kiedyś, ale za to patrzyłam i wciąż widziałam coś niepowtarzalnego, fantastyczne zjawisko, za którym będę tęsknić w wieku 60 lat, kiedy to wszystko zostanie zastąpione przez zupełnie inne przygody. Wtedy zwiążę swoje siwe włosy w luźny kok, w który wepnę kilka kolorowych piór, wsiądę w kampera i pojadę z moimi dziećmi i wnukami w objazd po europejskich teknivalach. I oby wtedy dalej wszystko było tak samo jaskrawe i spektakularne, jak to, co widzę i słyszę za każdym razem, gdy jestem pod głośnikiem.

IMAG1898

IMAG1894

IMG_1260

IMG_1263

IMG_1266

PS. Jak zawsze, kiedy tam jadę, wracam z samymi ogryzkami zamiast zdjęć. Widać taki to rodzaj imprezy, że zabawa nieodmiennie wygrywa z robieniem dokumentacji.
PS2. Wiem, że patrząc na te zdjęcia trudno uwierzyć, że było tam ponad 100 osób :D

6 Comments

  1. Avatar
    kski
    August 8, 2014
    Reply

    Bardzo spoko! Drugie zdjęcie Rygor Soundsystem! Pzdr

  2. Avatar
    Peter TFardovsky
    August 8, 2014
    Reply

    Piękny art, chylę czoła autorce. 23!

  3. Avatar
    pozdro tekno 23
    August 9, 2014
    Reply

    “…wsiądę w kampera i pojadę z moimi dziećmi i wnukami w objazd po europejskich teknivalach.”

  4. Avatar
    acid2b3
    May 26, 2016
    Reply

    Być może się kiedyś spotkałyśmy pod głośnikiem:)

    • Avatar
      June 2, 2016
      Reply

      Być może, ale musiałoby to być dawno, bo właściwie to była moja ostatnia plenerowa teknoimprezka, jakoś od tej pory tylko po psytrance’ach się bujam :)

      • Avatar
        acid2b3
        June 2, 2016
        Reply

        :) Nasz ostatni center był chyba rok przed Twoim a potem obraliśmy kurs na imprezy u naszych czeskich sąsiadów :) pozdrawiam

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *