Etgar Keret i moja relacja z wizyty w krainie samobójców


Co można robić, kiedy się jest przeziębionym, uziemionym, za oknem pogoda bez sensu, Wojenka w delegacji, w lodówce gotowy zapas jedzenia na trzy dni, a w mieszkaniu jak okiem sięgnąć barłóg i niedźwiedzia gawra? CZYTAĆ!!!

Jak to dobrze, że mam znajomą, które dba o moje czytelnictwo, bo do biblio nie miałabym siły dotrzeć z tym gilem, choć jest tak długi że mogłabym skakać na nim na bungee.

Etgar Keret jest izraelskim twórcą polskiego pochodzenia. Bardzo znanym. Nie wiem, czy powinnam się wstydzić, że go dotąd nie znałam, czy raczej cieszyć, że w końcu mi się przytrafiło spotkanie z jego opowiadaniami. Do najdłuższych nie należą, większość ma średnio po 3-4 strony, są nawet takie, które mieszczą się na jednej stronie. W sam raz żeby przeczytać do końca, zanim zagotuje się woda na herbatę.

Jak na takie cienkie tomiki to ich czytanie trochę mi zajęło, bo każde z tych opowiadań jest tak celne, zmyślne i wywiera taki wpływ na mózgownicę, że wcale nie ma ochoty się od razu przechodzić do następnego, jeszcze trzeba się trochę podelektować błyskotliwością tego, co się właśnie przeczytało.

Najlepsze – i najdłuższe – z przeczytanych przeze mnie opowiadań były “Kolonie Knellera”, o świecie, do którego trafiają samobójcy. Nie różni się ten świat specjalnie od naszego, jest może tylko trochę bardziej ponury. Opowiadanie za to przeciwnie. Jest w nim świetny sarkazm, najlepszy humor sytuacyjny, szczypta surrealizmu kojarzącego mi się to z Cortazarem, to z Animatrixem, gigantyczny dystans do rzeczywistości i niesłychana naturalność. Masz wrażenie, że opowiada o twoich kumplach. Wstałam wczoraj do niego o 6 rano, bo obudziłam się i już tak bardzo chciało mi się je czytać. Do nudnych i ponurych książek nie wstaje się o 6 rano (nie licząc podręczników akademickich, ale to na szczęście za mną), więc to chyba wystarczy jako rekomendacja.

“Dwa dni po tym jak popełniłem samobójstwo, znalazłem tu pracę w jakiejś pizzerii, nazywa się Kamikaze i należy do sieci. (…) Praca nic specjalnego, ale jak na coś tymczasowego zupełnie niezła, a samo miejsce – nie wiem, zawsze jak mówili o życiu po śmierci, całym tym jest-nie ma i takie tam, nigdy nie miałem zdania. Ale co jest pewne, to że kiedy nawet myślałem, że tak, zawsze wyobrażałem sobie dźwięki jakby sonaru i ludzi unoszących się w przestrzeni, a tutaj, nie wiem… bardziej niż cokolwiek przypomina mi to ulicę Allenby”.

“Ari przyprowadził tego swojego kolegę, Kurta. Ari ma go za Bóg wie co, dlatego że był solistą Nirwany i tak dalej, ale prawda jest taka, że to nudziarz jakich mało. Ja też tutaj nie szaleję ze szczęścia, ale on zrzędzi przez cały czas i od momentu jak zacznie, nie masz żadnej szansy mu przerwać. Każda rzecz, o jakiej mowa, zawsze przypomina mu jakąś piosenkę, którą kiedyś napisał, i zawsze musi ci ją wyrecytować i żebyś zachwycał się słowami, a czasem jest jeszcze w stanie nawet podejść do barmana i poprosić, żeby tę piosenkę puścił, i wtedy już naprawdę nie wiesz, gdzie się schować”. Hahahaha, ja leżę.

“Otworzyliśmy oczy, plaża dookoła nie była już naszą prywatną plażą. Nie, żeby ktoś na niej był, ale teraz, w świetle, mogliśmy zobaczyć, jak pełna była zużytych kondomów. Unoszących się w płytkiej wodzie jak meduzy, leżących koło nas w piasku jak muszelki, wszystko nagle wypełniło się zapachem używanej gumy, który wczoraj szczęśliwie został wchłonięty przez zapach morza. (…) Leżeliśmy tak bez ruchu nie wiem jak długo, jak jakaś para turystów, co utknęła na polu minowym i czeka na wybawienie.
– Proszę, tu jesteście – spomiędzy drzew wyłonił się nagle Kneller. (…) Poprowadził nas do miejsca noclegu swojego i Iana, a po drodze wyjaśniał, że ta plaża była kiedyś plażą kurew i narkomanów, tyle że z czasem zrobiła się już tak odrażająca, że nawet oni przestali na nią przychodzić.”

Inne opowiadania nie są gorsze:

“Ostatni raz w życiu biegał, zanim odkrył, że można uciec z lekcji gimnastyki”. To dokładnie tak jak ja!
“Miron ukradł Uziemu wielką paczkę zaproszeń na ślub i robiliśmy z nich filtry do jointów.”
“Usiłowałem wyobrazić sobie macicę mojej matki na pokrytym zieloną rosą polu, pośród oceanu, a wokół delfiny i tuńczyki”.

W tomiku “8% z niczego” występują dla odmiany: mówiąca ryba, karzeł przebrany za dziewczynkę, ludzie mieszkający na Księżycu, płaczący Murzyn, chłopiec o błyszczących oczach, pies, który zawsze wraca i cała galeria osobliwości, a wszystkie historie poza wspinaniem się na wyżyny absurdu, budzą najróżniejsze, zaskakujące refleksje. W tych najkrótszych historyjkach każde słowo jest tak bardzo na swoim miejscu, że aż dziw, jak on to zrobił, że jeszcze namalował taki przejmujący obraz tymi paroma słowami. Proza, a jak poezja. Dla cynicznych szyderców i dla romantyków też. Trudno o cytaty, które oddawałyby klimat. Sprawdźcie sami, dłużyć się na pewno nie będzie.

Mam jeszcze zbiór opowiadań “Rury”, ale są trudniejsze i chyba potrzebują kolejnej szansy.

Gorąco polecam. Tak gorąco, że aż chyba dostałam gorączki.

2 Comments

  1. Avatar
    acid2b3
    May 31, 2016
    Reply

    Zainspirowana Twoim wpisem pobiegłam do biblioteki po Etgara, ale jako pierwsza pozycja wpadł mi w ręce “Szum” Małgorzaty Tulli. Praktycznie Cię nie znam, ale mam nieodpartą myśl, że ta książka się Tobie spodoba :) chyba,że już ją zaliczyłaś …..chyba,że się mylę :) pzdr

    • Avatar
      June 2, 2016
      Reply

      Nie słyszałam, na pewno się za nią rozejrzę. Odkopujesz jakieś moje prehistoryczne teksty, o których sama zapomniałam. Teraz sama chętnie sobie odświeżę Etgara :D dzięki!

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *