Dotee na detoksie #2 : Jeszcze więcej sałaty


Witajcie w kolejnym odcinku opowieści o mojej czasowej niemocy fizycznej i umysłowej. Dziś na tapecie dzień drugi i trzeci. Skąd dwa dni w jednym? Ano stąd, że jak można było domyślić się po moim fanpage’u, cała ta mocno podejrzana przygoda zaczęła się już w ubiegły piątek. Zasuwam z tematem, by nie kazać Wam czytać do końca tygodnia o moich przygodach polegających na leżeniu plackiem. Dziś mamy już piąty dzień i nie pytajcie, jak się czuję, bo na takie pytania odpowiadam rozpaczliwym łkaniem na zmianę z histerycznym śmiechem. Jeśli nigdy nie przechodziłaś (lub nie przechodziłeś) oczyszczania, to z mojej relacji dowiesz się niemal minuta po minucie, jak to jest.

Drugi i trzeci dzień były do siebie raczej podobne i wypełnione oczekiwaniem na jakieś “WOW”, które to jedzenie samych warzyw miałoby spowodować. W międzyczasie moje życiowe siły wydawały się ulatywać ze mnie jak z dziurawego balonika…

Dzień 2

11:00


Nie wiem, czy to już detoks, czy tylko sobie wmawiam, ale źle spałam, trapiły mnie dziwne lęki i paranoje, które zwykle miewam tylko na ciężkim kacu.
Po porannym szejku (takim jak wczoraj) pojechaliśmy na szybkie zakupy. Na półce dziesięć rodzajów mleka kokosowego i ani jednego bez konserwantów. W ciągu ostatnich kilku dni wydaliśmy już prawie 300 zł na same warzywa. Będziemy jedli je chyba do końca życia.
Sałata z młodym szpinakiem pyszna, choć brakuje do niej czegoś konkretnego. Zamiast oleju lnianego używamy konopnego, bo bardziej nam odpowiada jego smak. Za chwilę imbirowa yerba i idziemy na kocyk zalegać na słońcu.

16:00


Pomysł z robieniem oczyszczania w długi weekend to strzał w dziesiątkę. Nic mi się nie chce. Wojna cały czas śpi. Na obiad pieczone warzywa z sosem koperkowo-sezamowym, kolejna inspiracja na przyszłość. Od dziś nasze ulubione słowo to gomasio, czyli sól sezamowa, ale gomasio brzmi lepiej. Właśnie wyjęliśmy z piekarnika pachnące pieczone jabłuszka, które miały być wczoraj, a tymczasem są dzisiaj. Apetyt wciąż nam dopisuje, poczucie humoru również. Jedyne co, to cały czas mam gigantycznego lenia. Mimo tego zasuwam wciąż po kuchni, bo trzeba coś jeść. Chyba utnę sobie drzemkę po tym deserze.

21:00


Wojna gorzko ubolewa nad swoim losem. Ja się jeszcze trzymam. Chociaż do przygotowania kolacji nie podeszłam już z takim entuzjazmem jak wczoraj. Strasznie dużo sterczenia w kuchni, piekarnik chodzi praktycznie przez cały czas. Droga impreza. Dlatego od razu zrobiliśmy zupę na dwa dni. Świetnie się składa, bo wyszła zajebista. Krem z papryki i batatów z mlekiem roślinnym, które wycisnęłam z kolei z orzechów nerkowca. Namówiłam ciało do lekkiej, relaksacyjnej jogi i wyszła mi prawie godzina, tak mu się spodobało. Nie udaje nam się zabrać za nic konkretnego, a w powietrzu wisi jakieś napięcie. Chyba pójdziemy spać, to nam najlepiej wychodzi. Jeszcze imbiróweczka, tym razem już bez yerby.
Oto, czym wynagradzam sobie ciągłe szamanie sałaty. Yummy! Najprostszy zdrowy deser ever.
Oto, czym wynagradzam sobie ciągłe szamanie sałaty. Yummy! Najprostszy zdrowy deser ever.

Dzień 3

11:00


Spodziewałam się dziś nie wiem jakiego kryzysu, a największy problem mam z tym, że walnęłam paznokciem z całej siły o zawias w szafce i mi się zadarł. Shake z awokado i kiwi bajeczny. Ze śniadania smakował mi pieczony burak z czarnuszką, ale tej sałaty to mam już po dziurki w nosie. Czuję się trochę niestabilnie, silne emocje siedzą tuż pod skórą i wyłażą bez ostrzeżenia. Jem ile wlezie. Zaraz bierzemy aparat i jedziemy na spacer do jakiegoś dalszego parku. Wojna mówi, że czuje się lepiej, niż wczoraj wieczorem.

17:00


Nie wiem, czy ten kryzys już był i minął, czy go w ogóle nie będzie, ale jestem na czymś w rodzaju przyjemnego kaca. Owszem, do działania na pełnych obrotach to mi daleko, ale bywało o wiele gorzej, więc ten dzisiejszy stan mi nie przeszkadza. Spędziliśmy miłe popołudnie w parku 3 maja, zgodnie z datą. Wciąż jesteśmy bardzo głodni. Około 13 zjedliśmy część kolacyjnej zupy, bo od razu po śniadaniu zaczęliśmy umierać z głodu. Surowy makaron z cukinii i marchewki wciągnęłam w podwójnej porcji. Pomidorowy sos z marynowanym pieprzem świetnie mi zrobił, czułam się jakbym jadła coś… normalnego. Przezornie zrobiliśmy go w takiej ilości, że na pewno do wieczora wystarczy. Teraz misja – znaleźć otwarty sklep i kupić banany.

21:00


Gotowane na parze banany, zmiksowane z mlekiem wyciśniętym z wiórków kokosowych z dodatkiem kakao są kolejną z licznych miłych niespodzianek, w które obfituje to oczyszczanie. Podejrzewam, że często je będziemy jadać. Na kolację batatowo-paprykowy krem z wczoraj – Wojny ulubione danie jak na razie. Jesteśmy najedzeni, zadowoleni, w końcu udało się nam posprzątać kuchnię, poszliśmy na drugi spacer i zalegamy. Mimo aktywnego umysłu, fizycznie jestem dzisiaj dosyć słaba i chyba wstrzymam się z jogą. Jest mi tak dobrze w pozycji leżącej. Imbirówka jest pyszna. Piję ją bez słodzenia, za to z plasterkiem pomarańczy.

Ciąg dalszy już niedługo…

Robiliście kiedyś jakieś oczyszczanie? Jak było?

9 Comments

  1. Avatar
    War.Wojenny
    May 5, 2015
    Reply

    To może moje trzy grosze.

    Do projektu detoks podchodziłem z mieszanką ciekawości i przestrachu – tak jakby trochę chciałem,
    a trochę się bałem. Odstawka mięsa, słodyczy, przetworzonej żywności i kawy – no problemo. Największym wyzwaniem okazało się odstawienie nabiału i pieczywa (to jajeczko na miękko plus buła z serem i pomidorem… :) )

    Obecnie trwa piąty dzień detoksyfikacji i powiem szczerze – lekko nie było/nie jest, zatem chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami.

    Jedzenie na śniadanie wyłącznie liści okraszonych suszonym pomidorem
    i dressingiem było dla mnie – miłośnika jajecznicy – ogromnym wyzwaniem (3. dnia naprawdę chciałem cisnąć misę z sałatką śniadaniową hen z okno). Obiady złożone wyłącznie z warzyw również do najlżejszych do przełknięcia nie należały. Tym co trzymało mnie przy zyciu podczas tych pierwszysch dni były zupy-kremy z pieczonych warzyw (krem z pieczonego brokuła urywa dupę – oczywiście w sensie przenośnym, choć ten aspekt oczyszczania również odczułem;) ). Kolejna super sprawa – poranne koktajle z blendowanych liści i owoców – sprawa dobrze mi znana i do tego naprawdę smaczna, a do tego dająca kopa na rozruch z rana.

    Osłabienie niestety daje się we znaki – 4 dni bez węglowodanów sprawią, że nawet Speedy Gonzales zwolni obroty – nie planujcie specjalnych wyzwań intelektualnych, ani tym bardziej fizycznych – spacer po parku to maks tego na co było nas stać.

    Natomiast lekkość jaką odczuwam dzięki tej mini-diecie wspaniale rekompensuje to osłabienie.
    Podsumowując krótko powyższe rozważania – warto się zastanowić czy na pewno chce się podjąć to wyzwanie bo nie należy do najłatwiejszych, ale efekty naprawdę rekompensują wyrzeczenia.

  2. Tego typu detoksu nie robiłam. Natomiast każda próba odstawienia cukru kończy sie trzeciego dnia, kiedy jestem tak poddenerwowana, że mało co nie pozabijam całej rodziny. Ale ciągle próbuję.

  3. Avatar
    May 5, 2015
    Reply

    Ja nieraz myślałam o takim oczyszczaniu, ale jakoś zawsze odkładam to na “kiedyś”. Sama zastanawiam się czy to “kiedyś” kiedykolwiek nastąpi. Dlatego szacunek za silną wolę i wytrwałość:)

    • Avatar
      May 5, 2015
      Reply

      Jak widać u mnie nastąpiło, ale chyba z rok się zabierałam:)

  4. Avatar
    May 5, 2015
    Reply

    Łopanie, to brzmi jak szalone wyzwanie, zwłaszcza, że nie cierpię gotować. Nie mam pojęcia, gdzie bym jadła na takim detoksie, ale pewne jest, że wszystkich bym pozabijała. Na co dzień muszę się pilnować, żeby jeść jako-takie trzy posiłki, a co dopiero detoks… Zazdroszczę samozaparcia ;))

    • Avatar
      May 5, 2015
      Reply

      Teraz to już nie samozaparcie, tylko po prostu jak zaczęłam, to muszę skończyć, bo przerywając mogłabym zrobić sobie krzywdę. Ale szalone to jest naprawdę:) Gdybym musiała codziennie jeździć do pracy albo nie miała faceta do pomocy w kuchni to nigdy bym nie dała rady. Na koniec tego oczyszczania dam zresztą wpis z takim podsumowaniem w razie gdyby ktoś planował podobne szaleństwo:p

  5. Jakiś czas temu słyszałam o takim oczyszczaniu, gdzie przez calutki dzień nie je się NICZEGO. Można tylko pić wodę. Chwilę się nad tym zastanowiłam po czym stwierdziłam, że za nic nie dałabym rady. Twoje brzmi nieco lepiej, ale podejrzewam, że też byłoby mi ciężko, bo… nie przełknę żadnej sałaty (prócz lodowej). Ale planuję zrobić koktajl z avokado i kiwi, już kupiłam! Chyba dodam jeszcze banana i jabłko:)

    • Avatar
      May 6, 2015
      Reply

      Ścisły post nie jest dla każdego, ja też bym nie dała rady. Awokado w tym koktajlu daje kremową konsystencję i taki delikatny mocno smak, banan jeszcze to wzmocni, żeby nie było mdłe dodaj sok z połówki cytryny albo całej limonki. Opcjonalnie też łyżeczkę miodu albo syropu z agawy. W przepisie którego ja użyłam jest jeszcze garść liści szpinaku – też polecam, przemycanie liści w szejku to dobry sposób jak się nie lubi sałat:)

      • To będzie mój pierwszy zielony szejk i właśnie przemycenie świeżego szpinaku miało być głównym celem, nie wiem jak mogłam o tym zapomnieć w komentarzu. Miało być avokado, kiwi, szpinak i jabłko, żeby osłodzić:) dziś gdzieś mi mignął identyczny przepis z bananem, więc pomyślałam, że może warto spróbować. Ale skoro tak piszesz to może daruję sobie tego banana.:)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *