Dotee na detoksie #1: Entuzjazm nad sałatą


Na pomysł zrobienia takiego prawdziwego, mocnego oczyszczania wpadłam, gdy w moje ręce trafiła książka Macieja Szaciłło i Karoliny Kopocz z MedytuJemy “Karolina na detoksie”, przedstawiająca siedmiodniowe menu oczyszczające organizm z toksyn. Początkowo miałam zamiar wypróbować z niej tylko kilka przepisów, ale efekty tych eksperymentów okazały się tak smaczne, że postanowiłam pójść na całość. O dziwo dołączył do mnie mój Wojna i to sam z siebie. Mężczyźni nieodmiennie mnie zaskakują.

Owocowo-warzywne oczyszczanie wymaga około tygodniowego przygotowania. Autorzy książki zalecają 10 dni. Z diety należy wyłączyć wszystko, co przetworzone, ciężkostrawne i obciążające. Doczytałam jednak, że jeśli wcześniej prawidłowo się odżywialiśmy, okres ten może być krótszy. Nasze przygotowanie miało trwać 8 dni, wszystkie składniki miały być skompletowane. W ostatniej chwili los pokrzyżował nam plany majówkowe, stwierdziliśmy, że skoro i tak nie mamy nic do roboty… i oto jesteśmy w punkcie 0.

Ostatecznie udało nam się odstawić na pięć dni mięso (i tak prawie nie jadamy), czosnek z cebulą (okazało się, że dania bez nich też są smakowite), kawę (nie pijemy od dwóch miesięcy), herbatę (chyba jeszcze dłużej, z drobnymi wyjątkami), przetworzoną żywność (bitch, please), biały cukier i mąkę (kurde, czy ja naprawdę odżywiam się tak zdrowo, że praktycznie nie muszę niczego się wyrzekać?), alkohol (niby niełatwe, ale nawet mnie nie ciągnęło – kilka ostatnich dni upłynęło mi na ekscytowaniu się, że robię dla siebie coś nowego i bardzo dobrego). Jedyne co było trudne, to zrezygnowanie z nabiału – kilka razy mimo wszystko zjedliśmy jajko od happy kurki albo trochę twarożku, który uśmiechał się do nas z lodówki i przypominał, że nie kupiliśmy go po to, żeby się zepsuł.

Półki w naszej lodówce uginają się obecnie pod ciężarem warzyw. Z braku niektórych składników typu agar czy mleko kokosowe (zgodnie z prawem Murphy’ego jeśli mają wystąpić jakieś problemy z zamówieniem na allegro, to jaszka, że właśnie przed majówką) postanowiliśmy, że nie będziemy sztywno trzymać się kolejności przepisów podanej w książce, a potraktujemy ją raczej jako źródło wytycznych i inspiracji, mając też na uwadze, że przez pierwsze cztery dni wolno nam jeść tylko warzywa i owoce. (Drugim powodem było to, że nie mogłam się doczekać, by wypróbować w pierwszej kolejności niektóre przepisy z dalszych dni!)

O książce “Karolina na detoksie” rozpiszę się więcej, kiedy to oczyszczanie się skończy i będę mogła obadać efekty. Przez kilka najbliższych dni zamierzam prowadzić inspirowane tą lekturą zapiski, z których cały internet dowie się, jak przebiegło moje oczyszczanie. Mam nadzieję, że nie zaliczę jakiegoś spektakularnego faila.

Dodatkowym źródłem wiedzy na temat, co ja właściwie wyprawiam i po co, stał się dla mnie ten artykuł z Akademii Witalności:
Oczyszczanie organizmu – fakty i mity.

Zaczynamy :)

DZIEŃ 1


11:00

Poranny shake szpinakowy był podobny do tego, co dobrze znamy z naszego marcowego picia koktajli. Sałata z awokado i suszonymi pomidorami to z kolei coś zupełnie nowego, nigdy nie jadałam samej sałaty na śniadanie, wolę coś bardziej sycącego. Wbrew pozorom udało mi się najeść tymi listkami. Obawiam się trochę, jak wytrwamy, gdy zaczną się efekty, osławione kryzysy itd, bo w trakcie próby mojego jedynego dotąd oczyszczania w życiu od razu wymiękłam. No i nie wiem, jak zdobędziemy resztę potrzebnych składników, bo jest długi weekend.

16:00

Warzywny, korzennie pachnący tadżin i do tego pomarańczowa surówka z marchewki. Takie proste danie, a z wrażenia pospadaliśmy z krzeseł. Bardzo dobre, a do tego nada się też w przyszłości na grilla. Zjedliśmy sugerowane cztery porcje we dwójkę, inaczej byśmy się nie najedli. Na razie czuję się super. Starczyło mi energii na półtoragodzinną jogę, która jeszcze poprawiła mi nastrój. Cieszę się, że to wolne dni, nie trzeba się wysilać i mogę resztę dnia przeleżeć z książką. Wyczytałam, że w trakcie takiego owocowo-warzywnego oczyszczania jak nasze można pić yerba mate, więc skusiliśmy się na małą szklaneczkę. Zaraz robimy drugie zalanie, tym razem wodą z imbirem. Yerba jest bardzo moczopędna, co chyba jest korzystne. A później – długi spacer.

21:00

Dzisiejszy dzień przebiega w trybie czilautu, spacerujemy, leżymy i słuchamy ambientów. Na razie nic mi nie jest, czuję się fantastycznie, ale jeszcze za wcześnie na efekty. Zamiast pieczonych jabłek zjedliśmy na deser trochę surowych jabłek i bananów, wygłodzeni po poobiednim spacerze. Nie wiem, czy to regulaminowo, ale czemu nie? Kolacja bomba. Przygotowanie trochę zajęło, bo metodą prób i błędów opracowywałam jeszcze technikę wyciskania mleka z namoczonych wcześniej migdałów, tak, żeby nie uwalić całej kuchni mokrymi zmielonymi migdałami, ale wyszła nam najlepsza i najciekawsza zupa brokułowa, jaką jadłam. Cały czas zjadamy wszystko, co ugotujemy, bo nie są to jakieś wielkie porcje jak na nasze standardy. Nie brakuje mi innych pokarmów, chociaż Wojna cały czas snuje rozmyślania o kotletach schabowych z frytkami.

Ciąg dalszy nastąpi… (powiało grozą)

ZOBACZ NASTĘPNE CZĘŚCI:


Dotee na detoksie #2: Jeszcze więcej sałaty
Dotee na detoksie #3: Precz z sałatą
Dotee na detoksie #4: Dumna i blada

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *