Do biegu, gotowi, start!


Była taka czytanka Danuty Wawiłow, za której wyrecytowanie dostałam szóstkę w drugiej klasie podstawówki:

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko, światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

Na nic nigdy nie ma czasu?

A ja chciałbym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej,
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby, i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie spieszyć się w ogóle…

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno.

Życiowe, co? O, jakże proroczy to wierszyk, mimo iż powstał w czasach, gdy raczej ludziom się nie spieszyło.

Na nic nigdy nie ma czasu, a jak tylko jest, to trzeba szybko coś zrobić, żeby go znowu nie było.
Przecież nie można tak siedzieć, trzeba spełniać marzenia. Trzeba być produktywnym. Wziąć los w swoje ręce i pokierować nim tak, żeby zostać królem świata. Z tej wysokości będzie można pomachać wszystkim tym śmierdzącym bumelantom i panom Cześkom z gazowni, którzy tego w porę nie skumali. A oni wtedy z nabożną czcią złożą ci pokłon. Dlatego wypij teraz kolejną kawę, zapudruj czymś wory pod oczami i zapierdalaj dalej. Szybciej!

I zaliczaj te wszystkie szkolenia motywacyjne i te poradniki, jak stać się bogatym w weekend.

I ucz się trudnej sztuki kopania samego siebie w dupę, a także wielozadaniowości i zapychania sobie łba tysiącem niepotrzebnych rzeczy naraz.

I rób oszałamiającą karierę jako key account manager oraz bądź turbozajebistym rodzicem małego Einsteina.

I miej wyrzuty sumienia, kiedy twoje ciało chce całą sobotę przeleżeć w łóżku, a ty jesteś już umówiony z przyjaciółmi na szybkie wejście na Mount Everest i wyrwanie Miss Świata na randkę.

I miej tę wymarzoną willę z trzema basenami, podróżuj dookoła świata, oczarowuj stylem i bądź bogiem seksu.

I bierz te leki na nadciśnienie, te stymulanty, te antydepresanty, te tabletki nasenne, pij to najlepsze whisky, korzystaj z tego życia, wyciskaj z niego sok jak z dojrzałej cytryny, tak, że z życia zostanie tylko wydrenowany, zeschnięty wiór.

Na szczęście nie będziesz miał kiedy zaprzątać sobie głowy, czy ci dobrze z tym wszystkim, czy nie.

 

Ciekawa rzecz: wiecie, co jest na końcu tej drogi, którą tak biegniemy?
Co jest tą metą, do której tak nam się spieszy?

Trumna :)

 

No przecież nie sukces, czyli coś, co nawet nie ma obiektywnej definicji, więc nie wiadomo, kiedy to właściwie jest już osiągnięte.
Gromadzenie wspomnień? Niektórzy podchodzą do nich jak do przedmiotów, im więcej wspomnień, tym lepiej, nawet jak są marnej jakości. Przykrywają nimi strach przed samotnością i ciszą.
Wcale nie trzeba się nie wiadomo jak rozpędzać, żeby mieć piękne wspomnienia.
Więc co?

Spójrzmy prawdzie w oczy, celem biegu jest sam bieg, a my wszyscy będziemy tak biegli, aż dobiegniemy do kresu swojego życia.

To kiedy będzie ci w końcu wolno łapać te motyle z wiersza, gapić się na samochody, iść cały dzień przez kałuże?

Noga za nogą, powoli rozchlapując wodę kaloszami, patrząc, jak krople wody tańczą, słuchasz ich monotonnego szelestu, ich bębnienia o twój płaszcz przeciwdeszczowy.

Obserwujesz przejeżdżające samochody, patrzysz na ludzi niosących zakupy, rozmawiających przez telefon, na zmieniające się światła sygnalizatorów, na dziewczynkę z warkoczykami, na staruszkę, która patrzy na ciebie i uśmiecha się.

Stoisz i patrzysz na te mieniące się światła miasta. Już dziś nic nie musisz. Już nie masz tej wibrującej w żołądku natrętnej myśli, że każda chwila bezczynności to strata czasu i pieniędzy.

Nie musisz nigdzie za chwilę być, nic robić, masz cały wieczór przed sobą, całą resztę życia. I czujesz się wolny, tak wolny, jak tylko można.

Masz wyciszony telefon. Nie wiesz nawet za dobrze, która jest godzina. Nie musisz.

Szczęście już tu jest. W końcu udało mu się Ciebie dogonić.

2 Comments

  1. Avatar
    agata
    January 29, 2015
    Reply

    hmmm staram sie nie biec, ale inaczej ciezko jest mi nadazyc za dzieckiem :P a po 21 to juz wogole nie zdarza mi sie wyjsc z domu bo to nieodpowiedzialne rodzicielstwo :P

  2. Avatar
    January 30, 2015
    Reply

    Ale wiesz co jest smutne? Że jednak porażająca większość ludzi w naszym kraju, która nie ma tego czasu, która zapierdala bez wytchnienia, pudrując wory pod oczami, wcale nie siedzi potem w domu z basenem i nie popija whisky. Tak zapierdalać trzeba by przeżyć, by mieć na rachunki, kredyty (bez których niektórzy nie mieli by dachu nad głową), jedzenie. Normalnie, nie jakoś nadzwyczajnie, nie z powodu wielkich aspiracji, czy wymagań.
    Ja nie biegnę za sukcesem, nie mam wygórowanych wymagań co do kasy. Pracuję po 8 godzin, nie muszę zostawać po godzinach, mam małe dziecko, którego państwo nie pozwala wychować do lat trzech w spokoju w domu, mam masę znajomych, z którymi rozpaczliwie próbuję utrzymać relacje, znajdować najmniejsze skrawki czasu, pomiędzy pracą i dzieckiem, bo potrzebuję towarzystwa ludzi by żyć, teraz jeszcze prowadzę bloga. I nie mam czasu na to by iść przez kałużę godzinę albo dłużej ;) Gdy chcę zrobić coś dla siebie zawsze jest to kosztem snu, którego według wszystkich poradników i bez tego mam stanowczo za mało. I nie uważam, że jestem jakaś nieogarnięta, czy mało zdolna. Uważam wręcz, że jestem mistrzynią rozciągania czasu do granic możliwości, tak by wszystko na czym mi zależy ogarnąć. Takie są warunki, takie są realia. Oczywiście zawsze mogłabym mieć jeszcze mniej i się cieszyć, że mam święty spokój, ale to nie o to przecież chodzi.
    I mimo, że spałam dziś tylko 3 godziny, jestem dychająca i smarkająca, po pracy lecę na warsztaty, by stworzyć swoją mapę marzeń. A po tym spotkam się z koleżankami na piwku i plotach. Szkoda mi czasu na odpoczynek ;)
    Natomiast jako matka z całych sił staram się działać tak, by to moje wieczne bieganie w pośpiechu nie odbijało się na dziecku. Przy niej faktycznie potrafię zwolnić. Choć mam napakowane w głowę ile jeszcze jest do zrobienia, to mimo tej świadomości z moją dziewczynką mogę spacerować bez celu godzinami, podziwiać księżyc i gwiazdy, opowiadać miliard razy historię papugi Poli z Ulicy Czereśniowej, malować kwiaty i balony, bo balony przy każdej okazji muszą być namalowane, paprać się w piasku lub masie solnej, albo cieście na muffinki. Oczywiście za jakiś czas, gdy dziecko trochę urośnie znów będę miała więcej czasu dla siebie. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała większości energii zużywać wciąż na to by się jakoś utrzymać ze swoim kredytem hipotecznym na 30 lat, który nie był wzięty na willę z basenem ;)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *