Dlaczego nie jestem FIT?


Zdrowy styl życia. Kiełki, korzonki, skubanie listków sałaty… No i oczywiście wyciskanie z siebie siódmych potów na siłowni. Tak to się przynajmniej kojarzy typowemu Januszowi, zresztą nie tylko jemu, bo mnie też się to tak kojarzy. Stereotypowy człowiek prowadzący zdrowy tryb życia to takie trochę połączenie wiewiórki i antylopy gnu. Cały czas je trawę i orzechy, ruchliwy, jak spotyka się ze znajomymi, to zamiast stać truchta w miejscu, w każdej chwili gotów biec na spotkanie nowego wyzwania 1000 brzuszków. No oczywiście wiem, że stereotypowy człowiek nie istnieje, ale nie jestem pewna, czy reszta świata o tym wie. Bo dla świata ostatnio zdrowie równa się fit, takie odnoszę wrażenie. A że zdrowie równa się szczęście, to prosty wniosek z tego płynie: chcesz być szczęśliwy = musisz być fit! Tylko czy na pewno?

Nasz świat jest tak pomyślany, że ciągle dokądś pędzimy. Jedni pędzą za pieniędzmi, drudzy za prestiżem, a trzeci pędzą do telewizora, bo się zaczyna teleturniej z Krzysiem Ibiszem. A jeszcze inni zasuwają na bieżni. Skaczą na zumbie, ćwiczą z Chodakowską, ciągle są na jakiejś radykalnej diecie, oglądają wszystkie te motywujące zdjęcia przed i po, na których jakaś laska zrzuciła sto kilo i z szerokim uśmiechem prezentuje światu swoje bezgraniczne, wymarzone szczęście. Łatwo uwierzyć, że jak już dobiegniemy tam, gdzie zmierzamy, to też osiągniemy szczęście, no nie?

I zamieniamy jeden kołowrotek na drugi. Biegnij, biegnij! Wypełnij swoje życie dietą i ćwiczeniami. Niech wizja idealnej sylwetki przesłoni Ci cały świat. To jest właśnie cudowny lek na całe zło.

Bycie “na diecie” to bzdura. Świetny sposób, żeby nabawić się jakiejś obsesji czy innego zaburzenia. Albo zwykłej i prozaicznej choroby (vide Dukan – wiele lasek przyzna, że ta dieta działała, tyle, że po tych miażdżących efektach sprzed paru lat pozostało już tylko jojo, gruba dupa i zniszczone nerki). Zdrowy sposób żywienia to zupełnie coś innego niż jakaś dieta cud, w której nagle nie możemy jeść a to tłuszczy, a to węglowodanów, a to dowolnego innego składnika budującego nasze ciało. Nawyki pozostają te same, czyli niedobre, a my wzdychamy tęsknie za czekoladą, gdy na talerzu po raz kolejny sałatka z samych fit składników, na które nie możemy patrzeć, a na deser odżywka białkowa, której nie potrzebujemy. Aż do momentu, w którym nie ulegniemy wielkiemu hamburgerowi z frytkami. Wyrzeczenia na zmianę z wyrzutami sumienia… dla mnie to nie brzmi jak przepis na szczęście.

Żeby nie było: oczywiście ruch i odpowiednie żywienie to podstawa dobrego samopoczucia. To fakt, z którym nie mam zamiaru dyskutować. Też lubię sobie potańczyć, pohasać, a czasem nawet się zmęczyć, codziennie staję na głowie, a jeśli chodzi o żywienie to chyba wiadomo jak u mnie jest. Sklepowe słodycze i fast foody już dawno wyjechały z mojego menu i przestały być atrakcyjne. Natomiast obce mi są treningi, nie wiem, ile co ma kalorii, nie mam ustalonych żadnych celów i nie mam zamiaru wykłócać się o to, czy biały ryż ma wysoki indeks glikemiczny – bo takie właśnie problemy zaprzątają głowy wielu młodych miłośniczek fit-lifestyle’u. Nie wiem nawet za dobrze, ile ważę. Na obiad lubię się najeść, napełnić energią. Zjeść to, co mi służy w danym momencie. O tym, czy moja sylwetka jest OK, mówi mi lustro, a nie waga. Jak dotąd od lat mówi to samo.

Ruch jest zajebisty, dobre jedzenie też. Ale czy trzeba zaraz pakować się w tę szufladkę z napisem fit? Zaprzęgać swoje ciało w kierat niczym konia pociągowego? Czy nie można po prostu go szanować i dostarczać mu tego, co potrzebne? Dawać mu zdrowy ruch, nie nadwyrężający ani nie przeciążający go, i nie zastanawiać się, ile kalorii teraz spalamy i czy uda się do końca przyszłego miesiąca schudnąć dziesięć kilo. Dawać mu dobre, pożywne jedzenie dobrej jakości, nie mając wyrzutów, bo zjedliśmy o jedną łyżkę jogurtu za dużo. A przede wszystkim dawać sobie to, o czym fit lifestyle jakoś nie wspomina: uważność i równowagę.

Kobiety biologicznie są w stanie ćwiczyć intensywnie przez dwa tygodnie w miesiącu. Pozostały czas to spadek energii związany z fazą lutealną i menstruacją. Wtedy bardziej korzystna będzie spokojna praktyka: pilates, joga, ćwiczenia rozciągające. Czy budzi to Twój bunt i sprzeciw? Zobacz, jak nauczyliśmy się drenować swoje ciała: chociaż jesteś kobietą, której poziom energii waha się w miesięcznych cyklach, to cały czas trzymasz równe tempo, choć ci nie służy. Tutaj pisałam o tym trochę więcej.

Czasem bez względu na okoliczności ciało musi odpocząć. Jest na przykład chore. Przerażające jest to, jak ktoś prowadzi swoje chore ciało na jakieś zajęcia, każe mu działać, zamiast po prostu położyć się i dać sobie odpocząć! Przecież szkodzimy sobie. Organizm wszystkie siły chce przeznaczyć na powrót do zdrowia, zamiast na jakieś budowanie mięśni czy spalanie tłuszczu! Nawet chodzenie do pracy będąc chorym szkodzi, a co dopiero wyczerpujące ćwiczenia.

A czasem po prostu musimy zająć się duchem. Spotkać się z sobą samym. Bo te codzienne ćwiczenia mogą być takim samym sposobem na ucieczkę od samego siebie, jak kariera czy melanż. I tak samo można wpaść w uzależnienie od bycia fit – czy to ortoreksja, czy bigoreksja – różne nazwy już na to powymyślali.

Warto pamiętać pomiędzy jednym morderczym zestawem ćwiczeń a drugim, żeby posłuchać, co to nasze biedne ciało ma do powiedzenia. Bo ostatecznie mamy być przyjaciółmi samych siebie, right? A przyjaciele nie narzucają sobie niczego wbrew własnej woli. Nieważne, czy to wlewanie w siebie wiadra coca-coli, kiedy ciało marzy o szklance wody, czy raczej właśnie odmawianie sobie listka szpinaku, kiedy ciało błaga o pożywienie, i zmuszanie go do aktywności, kiedy potrzebuje regeneracji.

Życie naprawdę sprawia więcej przyjemności, kiedy skupiamy się na chwili obecnej, a nie na celu, na motywacji, na wizji przyszłości, gratulacjach rodziny z powodu szczupłej sylwetki, zdobyciu miłości wymarzonego faceta itd.

To wszystko nie istnieje. Istniejesz Ty, radośnie biegnąca przez park. Czy to ważne, ile spalisz, ile ważysz, czy masz albo nie masz jakichś zbędnych wałeczków tłuszczu?

Who the hell cares? Możesz być już teraz szczęśliwa, bez szufladek, wyzwań, podnoszenia poprzeczki i wyrabiania planów. I bez wiecznego rezygnowania ze smacznego jedzenia na rzecz korzonków.

Bądźmy zdrowi i wolni – a czy fit, czy nie fit, to już drugorzędna sprawa :)

“Obecne programy ćwiczenia sprawności fizycznej, nie są nastawione na wzmocnienie wrażliwości ciała, lecz na eksploatowanie go, jak gdyby było maszyną. Produkują one w rezultacie ludzi, którzy nadają się tylko do startu w wyścigu życia. Przypuszczam, że jeśli dotarcie na szczyt stanowi dla kogoś cel życia, to współczesne programy rozwoju sprawnościowego mogą mu w tym pomóc. Jeżeli jednak naszym celem jest radość z pełni życia, podniecenie wynikające z tego, że jesteśmy częścią pulsującego wszechświata, oraz głębokie zadowolenie, że jesteśmy osobą wdzięczną, jak i pełną łaski, musimy zwrócić się gdzie indziej”. [A. Lowen]

10 Comments

  1. Avatar
    April 13, 2015
    Reply

    Stawianie sobie celów jest dobre. Pokonywanie przeszkód, rywalizacja ze sobą i innymi, zwyciężanie dla samej choćby satysfakcji. Jeśli zaś chodzi o chudnięcie, to nie widzę nic złego w takim celu, o ile podejmuje się normalne środki i nie katuje ciała idiotycznymi dietami. Co do siłowni to już z niej wyrosłem – jeśli chodzi o zdrowie, to o wiele bardziej pożądane efekty przynoszą ćwiczenia kalisteniczne, nie mówiąc już o oszczędności pieniędzy.

    Z wymową całego artykułu się zgadzam i się podpisuję. Chociaż w sumie ja jestem stronniczy, bo sam jestem leniwym żarłokiem.

  2. Avatar
    April 13, 2015
    Reply

    Ja nigdy nie byłam fit. Spasłam się w ciąży jak dobrej klasy tucznik i przybrałam około 35 kilosów. Na moim cellulicie można było grać w golfa i poczułam, że chcę być fit. Chcę kroczyć dumnie po plaży w bikini i tańczyć Shakirę waka waka:) Bez sportu i treningów moje ciało nigdy nie osiągnie wystarczającej jędrności i elastyczności. Ćwiczę, biegam, trenuję z Chodakowską i jestem szczęśliwa, schudłam już 25 kilogramów a moje uda nigdy nie były tak seksowne. Staram się zachowywać zdrowy rozsądek, najbardziej motywuje mnie widok mego ciała, które zmienia się z każdym dniem. Jeszcze długa droga, ale osiągnę swój cel i po raz pierwszy w życiu poczuje się dobrze we własnym ciele:) Z charakteru lubię siebie całą, no prawie:)

    • Avatar
      April 14, 2015
      Reply

      Cóż… w tym wypadku pozostaje mi szczerze Ci pogratulować efektów:)

  3. Avatar
    April 14, 2015
    Reply

    Mam znajomą, która bardzo przytyła po ciąży z powodu guza przysadki mózgowej. Mówimy tu o przytyciu rzędu 30-35 kg, które prędzej czy później prowadzi do kolejnych chorób. Po wyleczeniu się rozpoczęła intensywny program spalenia nabytej tkanki tłuszczowej, zarówno przez ćwiczenia jak i ustaloną dietę przez dietetyka. Ma doskonałe rezultaty i jest szczęśliwa jak nigdy w życiu. Czuje się fizycznie też znacznie lepiej, choć pracuje po 12 godzin w swoim salonie kosmetycznym i lata na zumbę co chwilę. Czasem pogoń za postawionym celem (choć to cel wręcz karkołomny i związany z miliardem wyrzeczeń) jest konieczna. Większość otyłych ludzi dąży do wymarzonej sylwetki (która zazwyczaj i tak nie ma wiele wspólnego z fit ikonami) by czuć się dobrze w swoim ciele, a nie po to by inni im powiedzieli, że są szczupli, czy ich podziwiali. Dla nas to mało zrozumiałe, bo nigdy nie borykałyśmy się z tym problemem. Przy dużej nadwadze nie da się być zdrowym i szczęśliwym, ale nie zejdzie się też z tej wagi bez postawienia sobie konkretnego celu i bez wyrzeczeń.

    • Avatar
      April 14, 2015
      Reply

      Dla mnie otyli ludzie starający się schudnąć to jeszcze zrozumiałe, gorzej ze szczupłymi ludźmi starającymi się schudnąć:)

  4. Avatar
    April 14, 2015
    Reply

    I niech jak najwięcej osób ma do tego takie podejście jak Ty masz!

  5. Avatar
    April 14, 2015
    Reply

    Zgadzam się z Tobą. Owszem, najlepiej czuję się, kiedy dbam o to co jem i kiedy dużo się ruszam. Ale staram się robić to na co mam ochotę. Tu joga, tu spacer, innym razem rower. Bez zbędnego zmuszania się. I to moim zdaniem wystarczy. Jestem przeciwniczką jednostronnych diet, eliminowania całych grup produktów żywnościowych i katorżniczych treningów. Warto dbać o zdrowie, ale bycie fit nie powinno stawać się głównym celem życia.

  6. Avatar
    September 5, 2015
    Reply

    Jestem osobą o normalnej sylwetce, moje bmi zawsze było prawidłowe, choć troszkę w moim ciele było i nadal jest do poprawy. Do tej pory miałam naprawdę źle poukładane w głowie, po drodze mi było z dietami, z ćwiczeniami już nie, ze zdrowym jedzeniem również. Chodakowska i jej profil na fb sprawiła, że jestem w końcu szczęśliwą osobą, która W KOŃCU czuje się dobrze w swoim ciele, stara się zdrowo odżywiać, nie głodzi się, a nawet zeszczuplała, tak całkiem naturalnie. Zresztą wystarczy zapytać mojego mężczyzny, od jakiegoś czasu mówi mi, że promienieję :)
    Piszę o Chodakowskiej, ponieważ nie jest ona taka zła :) Jej motywacyjne teksty i ten zapał do ćwiczeń mogą się wydawać śmieszne, jednak wielu osobom pomogła. A czy zrobiła z nich fit maszyny? Myślę, że istotne jest tutaj to co napisałam na początku, że miałam źle poukładane w głowie- trzeba mieć już coś w głowie, żeby ktoś nam, z korzyścią dla nas, trochę w niej przemeblował, PRZEMEBLOWAŁ, a nie poukładał jak chce :)
    Ty również należysz do takich osób :) Staram się dzięki Tobie słuchać swojego ciała (czytałam niedawno tekst o tym), a i ten tekst się przyda, bo prawdopodobnie zrobiłabym w tym miesiącu błąd… podczas “wyzwania” Chodakowskiej :)
    A skalpel to całkiem fajny trening :D O ile człowiek zna swoje możliwości i do tego przystosowuje wykonywanie ćwiczeń :)

    • Avatar
      September 6, 2015
      Reply

      Gratuluję racjonalnego podejścia, oby było więcej osób podobnie trzeźwo myślących :) Grunt to równowaga.

      • Avatar
        September 6, 2015
        Reply

        Dokładnie, najważniejsza jest równowaga :)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *