Gdzie warto w Polsce wybrać się na festiwal psychedelic trance? Moją uwagę przykuł odbywający się nad morzem Dharma Festival. Nigdy dotąd nie byłam na naszym wybrzeżu tak daleko na wschód. Lokalizacja tegorocznej Dharmy to Piaski koło Krynicy Morskiej, ostatnia miejscowość przed granicą z Rosją. W praktyce jest to miejsce, gdzie nie ma nic – nawet letników w środku sezonu. Ani zasięgu w telefonie.

Jestem pełna podziwu dla transowej braci, że potrafią znaleźć sobie tak odludne i odległe od cywilizacji miejsca, by wybudować tam na kilka dni miasteczko, w którym wydarzą się czary, a później cały ten majdan zawinie się i nic po nim nie pozostanie. Nic poza wspomnieniami, poza resztkami szałasu skleconego w lesie, poza śladami na trawie po polu namiotowym, poza delikatnym kawałkiem kolorowej tkaniny, okręconej wokół pnia drzewa, świadczącej o tym, że tu miało miejsce coś niezwykłego.

Dharma Festival 2016 – jak było?


Przyjechaliśmy w czwartek, który właściwie był zerowym dniem festiwalu, przeznaczonym na rozpoznanie terenu, przywitanie z morzem, znalezienie dobrego miejsca pod namiot i wstępne integracyjne piwko w oczekiwaniu na właściwą część imprezy. Rzeczywiście duża część hipisów dojechała dopiero w piątek i sobotę. Czwartkowi dziękuję natomiast za wyborną muzykę na wielofunkcyjnej tej nocy scenie zwanej Alternative Stage, która później (przeważnie) pełniła rolę chilloutu.

dharma festival

Była i dodatkowa scena, na której odbywały się warsztaty Soundcheck Sessions dla miłośników elektronicznych maszynek do wydobywania dźwięków wszelakich.
Była i dodatkowa scena, na której odbywały się warsztaty Soundcheck Sessions dla miłośników elektronicznych maszynek do wydobywania dźwięków wszelakich.

W piątek na moich oczach impreza rozkwitła w najpiękniejszy sposób. Las uwodził soczystą zielenią i zapraszał, by poczuć się jego częścią. Meduzy znaczące drogę na main stage po zmierzchu nabrały tajemniczości i wabiły podróżników, jasne eteryczne plamy na tle ciemności. Obrazy w galerii falowały i oddychały wraz z wiatrem. Ludzie, ubrani, ozdobieni i pomalowani na niezliczone sposoby, stanowiący jedną wielką esencję wolności i kreatywności, wspólnie wirowali po plaży, podobni do barwnych egzotycznych ptaków, a może kwiatów? Wymiana uśmiechów, spontaniczne przytulenia. Setki istnień wyrażające siebie w unikalny, sobie wybrany sposób, doświadczające jedności. To miejsce, w którym mogę na swój sposób odnaleźć swój dom, w którym spotykam ludzi nadających ze mną na jednej fali. Gdzie każdy zna ten najprawdziwszy sekret: że rzeczy nie są takie, jakie się wydają, a tu i teraz jest wszystkim.

Sobotę będę wspominać ze względu na przepiękny, bajkowy zachód słońca na plaży. Pomysł ustawienia sceny głównej na plaży był naprawdę mega! To nic, że czasami trochę lało albo wiało. Dla osób takich, jak ja, które nie mają na co dzień morza w zasięgu ręki, każda chwila spędzona nad jego brzegiem jest cudowna; tym bardziej, jeśli akurat wyjdzie słońce i opromieni roztańczony tłum, a jeśli dodamy do tego genialną muzykę, to otrzymujemy zestaw idealny. Ba! Ja nawet wykąpałam się w tym morzu w sobotni poranek. Wbiegłam do niego bez zastanowienia i zanim się zorientowałam, woda nie była już taka lodowata, była rześka i pobudzająca. Było to przepiękne doświadczenie, rytualne oczyszczenie po wydarzeniach poprzedniej nocy; biegałam pośród fal śmiejąc się w głos i zanurzając się w wodzie aż po szyję, a po wyjściu czułam się doładowana piękną energią z natury i doskonałym humorem.

Main około sobotniego przedpołudnia - zawsze znajdzie się ktoś chętny do udeptywania plażowego piasku ;)
Main około sobotniego poranka – zawsze znajdzie się ktoś chętny do udeptywania plażowego piasku ;)

W niedzielę każdy był już trochę wymiętoszony, natomiast ja porządnie się wyspałam i spędziłam ten dzień na samotnych wędrówkach i rozmowach z napotkanymi ludźmi. Tu pograłam na djembe, tu napiłam się kawki, tam spędziłam godzinkę na wspólnej, pełnej ciepła medytacji w towarzystwie nieznajomego. Posłuchałam na plaży Shakty i E-Mantry, potańczyłam, połaziłam i pooglądałam, jak festiwal powoli się zwija, a tętniący intensywnym życiem teren znów staje się zwykłym lasem na wydmach i ośrodkiem wypoczynkowym gdzieś na zapomnianym końcu świata.

Szkoda było opuszczać to miejsce, ale to nie koniec. Przecież ta impreza na dobre nigdy się nie kończy. Ona jest jak życie :) Pojawia się i znika w różnych miejscach, czasach i formach, ale jej sedno zostaje wciąż to samo, upajająco autentyczne i niezmienne.

dharma festival

Na minus:

Od strony organizacyjnej mam kilka delikatnych uwag ;) Podkreślając, że nie mam tu na celu czepiania się, oraz że ogólnie nic nie zepsuło mojej przedniej zabawy, pragnę nadmienić, iż:

  • Przez całą imprezę brakowało mi jedzenia, za którym było trzeba urządzać pielgrzymki w nadziei, że któryś czajszop akurat coś ugotował (a i tak impreza kończyła się na jedzeniu w namiocie ciastek zagryzanych bananami). Nie pojmuję, dlaczego stołówka wydawała posiłki przez trzy godziny dziennie, zamiast przez cały czas, przez co wszystkie obiady zjadłam w Piaskach. Więcej jedzenia!
  • Godzina i miejsce warsztatów były tajemnicą nawet dla ludzi udzielających informacji na bramce, i nie pomagała w tym skądinąd nawet fajna rozpiska, szkoda, że nieaktualna już w momencie rozdawania. Istnienie Healing Area z braku wyraźnych oznaczeń odkryłam dopiero w sobotę. Na szczęście Trippy Teepee było porządnie oznaczone – z trafieniem do niego nigdy nie miałam problemu ;)
  • Zdziwiło mnie rozkładanie maina za pięć dwunasta i ewidentnie niedokończony design samej sceny. Sprawiało to trochę wrażenie, jakby nie miał się tym rozstawianiem kto dobrze zająć. Dobrze, że kiedy to już ruszyło, to dźwięki dobiegające z głośników w zupełności wynagrodziły mi oczekiwanie, w trakcie którego zdążyłam prawie wtopić się w piasek.

Mimo to dziękuję ekipie organizatorów Dharma Festival za zrobienie tego wszystkiego dla nas i do zobaczenia!

 

Na ogromny plus:

Turkusowy Domek i Trippy Tipi, w którym panował najlepszy klimat, a nierzadko leciała też najlepsza muzyka. Zarówno to miejsce, jak i osoby je prowadzące po prostu skradły moje serce. Zawsze można było tam przyjść odpocząć, napić się pysznej kawy (na moim latte było napisane KOCHAJ! – zamierzam stosować się do tej rady!), zjeść jakieś nieoczekiwane danie w rodzaju surowego daktylowo-bananowego brownie lub kosmicznego ciastka, pograć na bębnach w towarzystwie, zamienić kilka słów z nieznajomymi dobrymi duszami albo zwyczajnie poleżeć w przytulnym tipi przy ognisku i nabrać sił.

Koncert SPACEBOY w piątkowy wieczór! To jedno z tych wydarzeń, które zapamiętam do końca życia. Mało! Ja dalej nie mogę uwierzyć w to, co ujrzały moje oczy. Magiczne, iskrzące, mieniące się wszystkimi barwami tęczy widowisko, wspaniali ludzie dzielący się sobą z każdym, kto chce patrzeć i słuchać. Nasze wewnętrzne dzieci pragną wciąż wychodzić na zewnątrz i bawić się, marzyć, śnić, podróżować po krainie baśni i biec za głosem serca, które maluje najlepsze opowieści, któremu wciąż znana jest dziecięca radość życia, otwartość i szczera, spontaniczna, bezinteresowna miłość. Wystarczy im na to pozwolić, a świat odpowie i wszystko zacznie układać się w najlepszy sposób. Tego wieczoru chyba wszyscy obecni na sali uwierzyli w czary :) Dzięki, Spaceboy. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy!

dharma festival

Twórczy chaos panował w Turkusowym Domku :)
Twórczy chaos panował w Turkusowym Domku :)

Cudowne miejsce. Main na plaży. Pokręcone ścieżki nadmorskiego lasu. Piasek z wydm, trawy i inne igliwie, w których się wytarzałam. Leśne wizualizacje na chillu. Wielkie ilości baniek mydlanych, których było wszędzie pełno i ogólnie każdy, kto chciał, mógł je puszczać dzięki dostępnym tu i ówdzie zestawom. Upajałam się tymi bańkami, tańczyłam wśród nich bez końca :) To te wszystkie niezliczone drobne szczególiki czynią te klimaty tak niepowtarzalnymi. To ludzie tworzą atmosferę, a ci ludzie naprawdę potrafią ją stworzyć.

Sam pomysł pojechania w to miejsce w zupełnie nieznanym towarzystwie (dziękuję ogromnie jeszcze raz!). Nie do wiary, jak takie wyjazdy sprzyjają nawiązywaniu znajomości. Była to dla mnie lekcja otwartości i zaufania, ale też spojrzenie na innych jak w lustro, wymiana doświadczeń, miejsce na opowiedzenie sobie swoich historii i zadanie sobie pytania: Po co jesteśmy na tej imprezie i na tym świecie? Jako, że magów i filozofów na festiwalach psytrance nie brakuje, również rozmów na pokrewne tematy było pod dostatkiem. Doskonałe środowisko, by się bezpiecznie zgubić i odnaleźć, by sobie popłakać, a później wybuchnąć szczerym śmiechem. By zająć się określaniem siebie na nowo i po latach siedzenia w skorupie wyjść z niej na poszukiwanie nowego i na spotkanie przeznaczeniu. Można było przeżyć ten festiwal na milion sposobów, ale moje subiektywne doświadczenie było po prostu nieziemskie.

Piszę to wszystko dość enigmatycznie, ale przecież ty to rozumiesz. Prawda?
Piszę to wszystko dość enigmatycznie, ale przecież ty to rozumiesz. Prawda?

Przede mną kolejne etapy mojej podróży, która coraz bardziej zaskakuje i zadziwia mnie samą. Dokąd mnie zabierzesz, życie? Poprowadź mnie! Przetańczmy tę noc aż do świtu i ten dzień aż do zmierzchu.

Do zobaczenia w innym lesie, na innej łące, już niedługo. Bądź tam ze mną. Czekam na to :)

Previous Nowe życie singla, czyli oddajcie mi mój slow life!
Next Pamiętnik z Indii #2: Anjuna i Palolem
  • Świetny klimat, ja niedługo zamierzam przetestować kilka lokalnych festiwali, w Anglii sporo się dzieje w lato.

    • A to miłej zabawy ;) A jakieś konkretne festiwale masz na myśli?

  • Hmm…nie słyszałam wcześniej o tym festiwalu, ale bardzo mnie zaciekawiłaś. Szkoda, że nad morze mam bardzo daleko, bo kiedyś w przyszłości z chęcią bym się wybrała :)

    • Jeśli masz bliżej w góry, to w przyszłym tygodniu się kroi niezła imprezka w Bieszczadach ;) Ale nawet takie dalekie wycieczki potrafią być bardzo fajne, szczególnie w miłym towarzystwie ;)

  • Maciej Borsuk

    Jeśli chodzi o dach na mainie to rozkładaliśmy go już od 1 lipca, a to co miałaś okazje zobaczyć to była jego finalna, może nie najpiękniejsza, ale NAJBEZPIECZNIEJSZA, czwarta wersja :)
    To nie takie łatwe udekorować plażę w warunkach sztormowych… Jak myślisz? Dlaczego żadna ekipa wcześniej tego nie robiła w takiej skali? :)

    • Fakt, mimo wszystko byłam pod wrażeniem, że te dekoracje przetrwały, szczególnie pierwszy wieczór, kiedy wiatr prawie urwał mi łeb. Tak że propsy ;)

  • Anna Bielecka

    Świetne! Nie wiedziałam, że coś takiego jest! Brzmi magicznie, lubię tak! Dziękuję za cynk :)

  • Właśnie piszę o zlocie buddystów – imprezie kompletnie nie w moim stylu, na którą pojechałam z ciekawości podejrzenia zjawisk społecznych ;) i już wiem, że więcej się nie wybiorę, ale tutaj fotograficznie świetnie uchwycony klimat hippisowskiej magii :)

  • Fantastyczna relacja i muszę szczerze przyznać, że niesamowicie zazdroszczę tego doświadczenia! Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś wybrać na ten festiwal! Ten klimat musi być niezastapiony :)

  • To i ja należę do grona osób, które nie znały festiwalu, ale wyglada bardzo pozytywnie! Nad morze, ale i do Bieszczad mi daleko, ale chyba porozgladam się za tematem, bo mnie zaciekawiłaś.

  • prałat

    Małe sprostowanie – to nie była druga, a czwarta edycja Dharmy ;)

    • No właśnie się dowiedziałam, a jakoś do mnie nie doleciały te poprzednie. Czuję się sprostowana:)

  • Hubert Czarny
  • Baśka

    a w Polsce gdzie są takie zloty ? jakiś terminarz możesz podać ? chętnie bym się wybrała we wrześniu :)

    • W najbliższy weekend LAS Tribe, później będzie już trochę za zimno, żeby spać w namiocie, i imprezki przeniosą się z powrotem do klubów. Polecam gdańską Protokulturę i cykl Egodrop w Krakowie ;)

  • Maria

    Hej… mam do Ciebie pytanie: rzeczywiście nie znałaś nikogo-nikogo jadąc na Dharmę? Mam wspaniałych znajomych, takich jeszcze od podstawówki, z którymi rozumiem się bez słów, ale jednak to nie ich klimaty. To znaczy: oni tak myślą, bo ja jestem pewna, że każdy by się tam odnalazł. W każdym razie: zastanawiam się, czy nie jechać bez nich… napisz coś więcej o poznawaniu ludzi w takich miejscach. Nie spędzę czterech dni w samotności wśród tłumu?:)

    • Maria, ja nawet gościa z którym tam pojechałam poznałam dopiero w trasie:) Tzn. na miejscu spotkałam kilku znajomych, ale jadąc tam, nie miałam pojęcia kto tam będzie. Jak Cię wzywają transowe łąki i lasy, to po prostu jedź, znajdziesz swoje plemię, zdecydowanie lepiej będziesz się bawić idąc na żywioł, niż jak masz ciągnąć kogoś kto tego nie czuje. Jest taka grupa na fejsie “jedziemy na transy”, jak się dogadasz z ludźmi na transport, to już w samochodzie poznasz ekipę, a później będzie już tylko coraz lepiej;) ahoj przygodo:) miłego lata i może do zo:)