Czy to ten jedyny?


Opowieść moja rozpoczyna się w latach dziewięćdziesiątych. Stoję przed lustrem ubrana w dresy z kreszu i patrząc na swe dorodne pryszcze i grube brwi, powątpiewam, czy kiedykolwiek znajdę Tego Jedynego. Właściwie jestem pewna, że opowieści o książętach z bajki nigdy nie będą mnie dotyczyć. Powód jest prosty. Przerastam o głowę każdego chłopaka z całej szkoły, poza dobiegającym osiemnastki wąsatym Tomkiem, zimującym któryś raz w piątej klasie. A ten jakoś nie jest w moim guście.

Podobno kobiety kochają bad boy’ów. Możesz być dobrym i uczynnym facetem, obsypywać ją kwiatami i rozwijać przed nią czerwony dywan, ale ona wybierze Zdzicha, który za szkołą pali ruskie papierosy ukradzione woźnej. Mój piętnastoletni Zdzichu palił zioło ze zczerniałej od wielokrotnego opalania lufki. Nie chodził na połowę lekcji, a co do planów na przyszłość, planował palnąć sobie w łeb w wieku 27 lat jak Kurt Cobain. Mimo to przepadałam za jego towarzystwem i z chęcią towarzyszyłam mu w jego podejrzanych transakcjach, gdy opychał kolegom gram majeranku w cenie gramu ziela. Co ciekawe, moja mama też go pokochała. Nawet jednak platoniczna miłość nas obu nie wystarczyła, by podtrzymać ten skazany na zagładę związek. Skończyła się podstawówka i obiekt moich westchnień odszedł w siną dal, nie oglądając się za siebie. Długo się po tym składałam do kupy. I pomyśleć, że nigdy nawet się nie pocałowaliśmy, nie mówiąc o chodzeniu ze sobą.

Następny chłopak, dla którego straciłam głowę, miał lat dziewiętnaście, długie włosy i radosne błękitne oczy, czasem z zastanawiająco rozszerzonymi źrenicami. I nie mieszkał w Łodzi. Wspomnienia tego czasu są dla mnie rozświetloną smugą kolejnych imprez, pomrugujących stroboskopami, pobłyskujących dużymi kolczykami w kształcie kół, noszonymi po dwa w jednym uchu, podskakującymi w wielogodzinnym, hipnotycznym tańcu; podźwiękujących połamanymi bitami z winylowej płyty.

Wiedziałam już wtedy, że chłopaki jednak trochę się mną interesują. Co z tego, skoro żaden z nich nie był tym wyjątkowym. Ani ten, z którym prawie nie rozmawialiśmy, bo cały czas chciał mnie całować, ani ten wymyślający niestworzone brednie na własny temat dla urozmaicenia swego nieciekawego żywota, ani ten abstynent w obcisłych bojówkach, upierający się że jak będę starsza, to będę lubić facetów w obcisłych bojówkach (nadal nie lubię), ani ten piszący do mnie długie maile, grożący samobójstwem jeśli nie zda matury (zdał, samobójstwa nie popełnił, później umówiliśmy się na randkę w ciemno. Miał wąsik, jaskrawoniebieskie adidasy i za krótkie spodnie).

Ci wszyscy kawalerowie byli po prostu… zbyt osiągalni. Dopiero kiedy znalazłam takiego mieszkającego w innym mieście, gdzie z góry wiadomo było, że to za daleko, by się widywać nie mając nawet porządnego kieszonkowego – o, to, to! W tym jego spojrzeniu tonęłam jak w błękitnym jeziorze pełnym niespełnionej miłości. W dodatku raz chciał się ze mną spotykać, raz nie chciał. Nie za bardzo wiedziałam, o co mu chodzi. To po prostu musiał być ten jedyny. Czułam to. W końcu rzuciłam dla niego sympatycznego gościa, który był gotów wiele mi dać, ale nie groził mu żaden nałóg, nie miał problemów emocjonalnych i nie szlajał się z kumplami po nocach.

Po tej znajomości pozostało mi pewne wyraźne wspomnienie. Siedzę przy kompie i głośno wyję, najgłośniej jak mogę. Mój wirtualny kochaś kopnął mnie właśnie w zad po kolejnej kłótni przez internet. Miarowo i nieprzerwanie uderzam w bardzo wysokie i rozpaczliwe tony. Sprawiają mi ulgę te wylatujące ze mnie wysokie dźwięki. Leczą moje po raz drugi rozwalone do cna serce.

Po tej akcji wysnułam wniosek, że związki męsko-damskie to gra, a reguły są takie, że kto się zakocha, ten przegrywa. W związku z tym stawałam na rzęsach, by tylko się nie zakochać, i nieźle mi się to udawało. To dlatego, że wybierałam sobie samych dobrze zapowiadających się chłopaków, troskliwych i wydających się przejmować moim losem. Jednak pewnego dnia zapomniałam o ostrożności i to wystarczyło, bym odjechała na punkcie faceta z drugiego końca Polski, świeżo po rozstaniu, niedostępnego zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Wymarzona partia!

Przez cały rok chodziłam zakochana po uszy, choć nie wiem, czy widzieliśmy się w tym czasie choćby dziesięć razy. Dla niego odrzuciłam zaloty chyba ze trzech facetów dostępnych na miejscu, z czego jeden był dość znanym na Zachodzie muzycznym producentem o niebanalnym stylu i zasobnym koncie. Drugi, bardzo fajny chłopak, płakał za mną tak bardzo, że gile poleciały mu z nosa. Jednak byłam niewzruszona. Moje serce było już zajęte przez tego nieco niesamowitego, interesującego się ufo i podróżami astralnymi filozofa. Pewnego dnia, siedząc upalona w trzy dupy u kumpla, który długo zabiegał o moje względy, ale w końcu poddał się i znalazł sobie kogoś bardziej nim zainteresowanego, zrozumiałam, że z mojego związku na odległość nic nie będzie. Tym razem nie płakałam. Upchnęłam uczucia butem gdzieś pod ziemią i zakopałam.

W uszach pobrzmiewa mi ostatnie, co od niego usłyszałam: “Na swój sposób cię kocham. Ale nie wiem, czy mógłbym być ci wierny”. Następnego dnia dowiedziałam się zresztą, że pod tym eufemizmem krył się fakt jego dużego powodzenia u płci przeciwnej zlokalizowanej w jego mieście.

Szkoda mi wszystkich tych nieksiążąt z niebajki, których los postawił na mojej drodze tylko po to, bym ich odsunęła nogą i poszła dalej, wiedziona donikąd porywami serca.

Miałam coraz większego expa we wstawaniu po upadku i coraz mniej bałam się kolejnego pierdolnięcia. Wydawało mi się, że przetrwałam tyle, to przetrwam już wszystko. Co jeszcze mogłoby się wydarzyć?

Miałam 23 lata, kiedy spotkałam mężczyznę, z którym postanowiłam spędzić resztę życia.

Był wyrozumiały i empatyczny. Miał tysiące szalonych pomysłów i tryskał kreatywnością. Wszystkiego domyślał się bez słów. Zaopiekował się mną. Był zabójczo przystojny i diabelnie inteligentny. Ładnie razem wyglądaliśmy. Od razu było widać, że pasujemy do siebie. Czułam się przy nim swobodnie. Nie musiałam w końcu ukrywać swojej wrażliwości. Mogłam w pełni się otworzyć. To było jak sen. Prawdziwy, złoty sen.

Zaopiekował się mną tak dobrze, że po trochu zrezygnowałam ze studiów, z mojego dobrze dopracowanego wizerunku, jakichkolwiek twórczych zajęć, z pielęgnowania znajomości z ludźmi, z kariery zawodowej oraz finalnie z odpowiedzialności za moje życie. Zamieniłam to wszystko na beztroskie chwytanie dnia u boku człowieka, który pomagał mi żyć, bo ja sama przecież nie dałabym sobie rady.

Byliśmy ze sobą kilka ładnych lat. Wspólnie wyremontowaliśmy duży pokój mojego mieszkania. Pierścionek zaręczynowy dumnie błyszczał na moim palcu. Planowaliśmy dzieci. Czasem co prawda nazwał mnie kurwą, oczywiście z mojej winy, czasem mnie popchnął, również z mojej, a czasem samymi słowami potrafił sprawić, że miałam ochotę napierdalać się po głowie kapciem, a gdzieś głęboko w środku mnie coś bardzo gniło i rozkładało się. Ale byłam gotowa walczyć o nasze szczęście. Byłam pewna, że to właśnie on jest moją brakującą połówką jabłka. Taką niewzruszoną pewnością, o jakiej czytacie w tych wszystkich książkach o miłości. Otrzeźwiałam kiedyś w nocy, siedząc na podłodze w kuchni, uświadamiając sobie, że właśnie dostałam z bańki. Rozstawaliśmy się przez wiele miesięcy. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Ale na litość boską, dłużej już nie mogłam.

Tonęłam długo, łapałam łyk powietrza i tonęłam znowu. W wódce, w czarnej depresji, w czymkolwiek, byleby tylko nie istnieć. Straciłam mężczyznę mojego życia. Zostałam bez samej siebie, bez swojego życia, bez większości znajomych. W ogóle mnie nie było.

Nieźle wyszłam na tym poszukiwaniu wielkiej miłości.

czy to ten jedyny

Ta historia wbrew pozorom ma happy end.

Odpuściłam sobie poszukiwania tego jedynego. Kto byłby następny? Chyba musiałby to być sam Lucyfer prosto z piekła.

Za to, w kim się zakochujemy, odpowiada nasza podświadomość, a w tej czasem panuje burdel i nie zawsze jej wybory są trafne. Są tam różne traumy, uwarunkowania z dzieciństwa, kryją się tam wszystkie utajone kompleksy i cała masa rzeczy, z którymi należałoby iść na terapię, a nie wchodzić w związki. Już widzę te tłumy idące na terapię. Przykre to jest, ale dotyczy większości z nas. Zanim zrozumiemy, że wybieramy niewłaściwych facetów, już z którymś mamy ślub i dziecko. Takie to właśnie jest pokręcone.

Jestem od kilku lat w szczęśliwym i pełnym ciepła związku z mężczyzną, który nie jest księciem z bajki. Wybrałam go pomimo tego, że nie jest nawiedzonym artystą ani autodestrukcyjnym romantykiem, nie jest władcą wszechświata ani szalonym kapelusznikiem. Jest dobrym człowiekiem, życie z nim nie parzy i nie boli. Mam przy nim przestrzeń do odkrywania samej siebie. Oboje możemy rozwinąć skrzydła.

Nie było żadnej wyciskającej łzy historii rodem z melodramatu, wyznań miłosnych o północy, gwałtownego zadurzenia, bujania w obłokach, nie było uczucia, że oto w końcu zmierzam na spotkanie swemu przeznaczeniu. Był duży dystans, racjonalne spojrzenie i świadomość, że może z tego coś wyjść, ale muszę nam pomóc. Że możemy dać radę, jeśli się przyłożymy. Że to będzie ciężka praca. Że to, czy nam się uda, będzie zależało od nas, nie od zawartości chemicznej naszego mózgu, ale od tego, czy damy radę się dogadać i dopasować do siebie wzajemnie. Od tego ile jesteśmy w stanie sobie bezinteresownie dać i jak bardzo zaakceptujemy to, co nas w sobie najbardziej wkurza.

Czy to ten jedyny na całe życie? Nie wiem. Jakie to ma znaczenie?

Tu i teraz on jest dla mnie jedyny.

24 Comments

  1. Avatar
    September 9, 2015
    Reply

    Uśmiecham się pod nosem. Zupełnie nie wiem o czym piszesz i to w każdym aspekcie Twojej historii. Nie dlatego, żebym nie marzyła o miłości i nigdy nie kochała, co to to nie.
    Są takie chwile “jadup”, kiedy do mnie dociera z całą mocą, że świetne rady i życiowe lekcje innych ludzi są u mnie o dupe rozczaś. Niby mam to cały czas z tyłu głowy odkąd zapłaciłam kiedyś 2 stówki za stek bzdur ze śmiechu warta posypką, ale jednak czasami się to zaciera.
    Ale spoko, ja po prostu nie jestem hetero.

    • Avatar
      September 9, 2015
      Reply

      @niehetero: zazdroszczę! :-)

      • Avatar
        September 10, 2015
        Reply

        Czego? Bo nie ma czego.

        • Avatar
          September 10, 2015
          Reply

          Zawsze żyłem w przekonaniu, że lepiej byłoby mi się dogadać z płcią tą samą :-) Ale – wiadomo – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…

          • Avatar
            September 10, 2015

            Chyba bym oszalała, gdybym miała związać się z kobietą… Nigdy nie wiadomo, co one tam sobie myślą, nic wprost nie powiedzą. Z facetami faktycznie łatwiej się dogadać :]

    • Avatar
      September 10, 2015
      Reply

      Na szczęście ja nie kasuję 2 stówek za możliwość czytania moich mądrości:D W sumie to to jest fajne, że każdy ma zupełnie inne doświadczenia. Tyle różnych historii, a każda inna. Nawet czasem jak idę ulicą i mijam ludzi, to sobie tak myślę. Ile to różnych opowieści i doświadczeń idzie razem ze mną tą ulicą.

  2. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    W takim razie ja chyba całkiem nieźle trafiłam. Chociaż brakuje mi w moim trochę energii i kreatywności, pewności siebie :( wie o tym, mówi że popracuje nad sobą. Ale od dłuuuugiego czasu brak działań. Już nawet nie mówię o efektach, ale próbach działania…

    • Avatar
      September 10, 2015
      Reply

      Oj tam, mój ma to samo. To chyba taka typowa męska przypadłość:) Niech biorą z nas przykład!

  3. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Zawsze, gdy ktoś mówi mi, że chce coś robić do końca życia albo coś jest na całe życie, mam ochotę zapytać: “Czyli co? Do jutra? Do “za miesiąc”? Do “za 20, 30, 50 lat?”
    Przecież nie wiemy, ile nam tego życia pozostało i kiedy będzie jego koniec. Bardzo dobre podsumowanie – ważne jest tutaj i teraz :).

  4. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Puenta bezcenna! :)

  5. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Piękny i prawdziwy tekst, każda szukająca cholera wie, czego kobieta powinna go nie tyle przeczytać, co przyswoić.

  6. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Dzielna z Ciebie dziewczyna. Takie toksyczne relacje ma za sobą każda znać, a dopiero po latach zdajemy sobie sprawę z tego jakie durne byłyśmy. Jedyna rzecz, która mnie martwi, to brak fajerwerek. Poczucie stabilizacji i spokoju jest ultraważne, ale jak do tego są jeszcze fajerwerki, to jest już wszystko :)

    • Avatar
      September 10, 2015
      Reply

      Właśnie to szukanie fajerwerków mnie tak udupiło. Pewnie, że są fajne, ale okazało się, że nie są konieczne. Miłość to jedno, a fajerwerki to drugie:)

  7. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Wow, niesamowita historia, myślałam że jestem odosobniona w przypadkach z facetami, ale widzę że nie… Też mam za sobą związek z Kłamcą, Piotrusiem Panem, kilka dziwnych i chorych fascynacji mężczyznami z którymi nic nie powinno mnie łączyć, ale obecnie mam męża, takie w typie jak twój. Grzeczny, miły, kulturalny, trochę małomówny, ale Dobry Człowiek z niego, z sercem na dłoni :) Wydaje mi się, że do bycia szczęśliwą też czasem trzeba dorosnąć, prawda ?:)

  8. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Porywający tekst!
    Pamiętam jak kiedyś napisałaś mi w komentarzu o swoim związku z wampirem emocjonalnym i teraz już wiem o co chodzi.
    A ‘ten jedyny’? Chyba myślimy tak o każdym kolejnym facecie, do którego czujemy obezwładniającą miłość. Co w tym złego? To naturalne, że mam nadzieję i plany wobec mężczyzny za którym aktualnie szaleję. Po kilku takich szaleństwach uczę się ostrożniej używać tej nazwy, ale przeważnie i tak mam nadzieję, że to już na pewno on.
    Ja myślę, że przychodzi taki czas, kiedy same decydujemy kto będzie naszą drugą połówką jabłka. Gdy już wiemy że romantyzm i porywy serca to nie wszystko, liczy się za to dojrzałość i konsekwencja. Pewna chemia jest potrzebna, jasne. Ale to od nas zależy dokąd nas zaprowadzi. Dlatego wierzę, że sami reżyserujemy nasze bajki i głownie od nas zależy kogo obsadzimy w roli księcia. Oraz czy przydarzy nam się happy end :)

  9. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Wspaniały tekst i świetna puenta

  10. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Dorota. Napijemy się kiedyś wina? :D

    • Avatar
      September 21, 2015
      Reply

      Nie wiem dlaczego Ci nie odpisałam na tak kuszącą propozycję. Pewnie! Najchętniej czerwone półwytrawne:)

  11. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Piękny, smutny tekst z happy-endem. Mam nadzieję, że takim dożywotnim. :) Ważne, że odnalazłaś swoje szczęście “tu i teraz”, masz rację – cała reszta nie ma żadnego znaczenia. Trzymam kciuki i ściskam Ciebie! :)

  12. Avatar
    September 10, 2015
    Reply

    Majeranek zamiast zioła…. mam obok domu szkołę, to jest pomysł na biznes mojego życia! :D
    A tak na poważenie miałaś niezłe perypetie miłosne, bardzo zagmatwane. Najważniejsze, że już znalazłaś. :)

  13. Avatar
    September 11, 2015
    Reply

    Cieszę się, że Twoja historia ma happy end :). Sama nie miałam tak burzliwych orzygow: kilka niedostępnych facetów, kilka takich, którzy mnie olali, ale wszystko to by spotkać kogoś, kto mnie kocha, szanuje, jest mi niezwykle bliski jeśli chodzi o podejście do życia, ale – co najważniejsze – ja kocham go. To, co w takich sytuacjach zawsze należy mieć w głowie to świadomość, że miłość nie zawsze wyważa drzwi – czasem puka i warto zaprosić ja do środka :).

  14. Avatar
    September 11, 2015
    Reply

    Świetny, prawdziwy tekst, takie lubię najbardziej… szczerość jest w cenie :) Mnie się wydaje, że aby dostrzec i DOCENIĆ prawdziwe dobro dla nas (a miłość takim dobrem jest, zarówno dawaniem jak i braniem) trzeba trochę przeżyć. Trochę tych kopniaków nazbierać :) Mój pierwszy mężczyzna urzekł mnie taką opiekuńczością a po latach musieliśmy się rozwieść właśnie dlatego, że nie miałam już siebie. A on nie miał dojrzałej, dorosłej kobiety a dziecko, któremu nie pozwalał dorosnąć. Inne doświadczenia pokazały mi, że najważniejszą cechą jest szczerość i wsparcie. Namiętność też – spróbuj być ponad 3 lata w celibacie z mężczyzną – niestety tak miałam i nie polecam – poczucie wartości pada na łeb, na szyję, na dno oceanu. Dotee, jak ja lubię Twoje teksty, są takie – no właśnie – szczere! Dzięki za to :) Miłego dnia!

  15. Avatar
    September 15, 2015
    Reply

    O matko, wspaniale piszesz! Rzadko się zdarza, żebym przeczytała cały tekst bez omijania kilku linijek. My kobiety to jednak jesteśmy trochę pokręcone z tą miłością. Np ostatnio byłam świadkiem takiej sytuacji: on leży na kanapie i ogląda jakiś program, ona siedzi z laptopem na kolanach. On zmienia kanał, trafia na “Twoja twarz brzmi znajomo”, zaczynają razem oglądać, mimo że Ona nadal jest przy laptopie. Reklama. On ich nienawidzi, więc przełącza. Znajduje fajniejszy dla niego program, Ona to widzi i mówi, żeby On obejrzał właściwie co tam chce. Więc On go ogląda. A Ona się wścieka, bo wolała tamten. Kobiety czasem są popieprzone :)

  16. Avatar
    September 16, 2015
    Reply

    Wiesz, myślę, że historię o tym, który robił Ci krzywdę powinnaś opowiadać “ciągle i wciąż”. Cieszę się, że się ocknęłaś z tamtej relacji, oby każda dziewczyna tkwiąca w czymś takim miała tyle odwagi! Bardzo przeżywam takie opowieści, mimo, że sama nigdy nie miałam takich problemów. Pamiętam jak w kogoś innego na blogu napisałaś o tym “przemocowym” związku i bardzo mnie to wtedy uderzyło.
    Sama wierzę w przeznaczenie, bratnie dusze i inne takie ‘bzdury’. Wierzę też, że nie można przestać kochać. Tyle, że definicję miłości również mam własną. Może dlatego, że od 10 lat jestem z facetem, który jest moim całkowitym przeciwieństwem, ale bez niego nie wyobrażam sobie życia. Co nie znaczy, że nie mam własnego;)

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *