Nie jestem “wyznawczynią slow life’u”. Nie rzucałam nigdy pracy w korporacji, żeby zająć się pasaniem kóz. Nie nęciły mnie slowfoodowe restauracje, w których danie główne kosztuje tyle, co moje obiady przez cały tydzień. Nie używam kosmetyków z wyciągiem ze ślimaka z Barbadosu i nie mam ręcznie malowanej pościeli.

Po prostu pewnego dnia odkryłam, że sposób, w jaki od jakiegoś czasu układam swoje życie, doczekał się swojej nazwy.

Najpierw było:

  • robienie tego, co lubię robić,
  • odpoczywanie, kiedy chcę odpocząć,
  • dążenie do prawdziwości i szczerości w relacjach,
  • cieszenie się najzwyklejszą codziennością,
  • częsty kontakt z naturą,
  • bycie w zgodzie ze samą sobą…
  • i tak dalej, a jednocześnie miałam cały czas wrażenie, że moje życie jest dość intensywne.

    Później dowiedziałam się, że teraz to się nazywa “życie w stylu slow”. I powstało pytanie, co to właściwie znaczy.

    Bo dla zwykłego człowieka “slow life” wydaje się chyba czymś trochę wydumanym i sztucznym, a to, z czego słynie ten styl życia, nie musi być dla nas interesujące.

    Przeglądając różne blogi w stylu slow można dojść do wniosku, że właściwie jak jesteś slow, to sensem Twojego życia powinno być leżenie w puchatych skarpetkach na kanapie. A Ty lubisz na przykład jeździć wyczynowo na rowerze albo marzy ci się jechać do Amazonii jeść tam kaktusy z szamanami, i jak masz to zrobić, jednocześnie do południa pijąc kawę z mlekiem w łóżku w białej pościeli?

    Nie wiem jak Ty, ale ja nie noszę puchatych skarpetek, wolę być boso.

    Nie wybieram pieczołowicie i uważnie stylowych butów przez miesiąc, pomykam w trampkach i to starych, żeby można było je pobrudzić ziemią.

    Nie wiem, jaki skład mają moje ubrania, nie mam capsule wardrobe, tylko zwykłą szafę, która pęka w szwach od indyjskich spódnic, bluz z kapturem i tryliona pstrokatych chustek i szali, które czynią mój styl dalekim od minimalizmu.

    W moim domu jest brudno i szczęśliwie, sytuacja w kuchni często wymyka się spod kontroli, czasem moje djembe służy za stoliczek na ubrania, a ostatnio na środku dywanu piętrzą się kadzidła.

    Lubię klimatyczne małe restauracyjki, ale co poradzę, że lubię też zupełnie zwyczajną grochówkę w przaśnym barze z grillem nie opodal zoo. Moim zdaniem porada podróżnicza “jedz tam, gdzie lokalsi” całkiem dobrze może odnosić się też do mojego rodzinnego miasta.

    Wolne dni spędzam czasem bardzo leniwie, a czasem – bardzo intensywnie. Czasem tak intensywnie, że po takim wolnym dniu potrzebuję jeszcze jednego wolnego dnia, żeby odpocząć.

    slow life

    A jednocześnie jestem wobec siebie tak szczera, jak tylko można i słucham z najwyższą uwagą tego, co sama sobie mam do powiedzenia.

    Nie godzę się na coś, czego w głębi serca nie chcę. Jednocześnie jeśli czegoś chcę i czuję, że to dla mnie dobre – nie waham się za tym podążać.

    Dbam o to żeby moje dni były wypełnione tym, co istotne, nie lubię rozmów o niczym, zabijania czasu i czekania nie wiadomo na co.

    Moi przyjaciele to ludzie, z którymi rozmowy są pełne esencji, wymiany myśli, emocji i doświadczeń, dzielenia się sobą; ludzie, którzy widzą mnie taką, jaka jestem i właśnie taką mnie kochają.

    Kiedy chcę iść na miasto jeść frykasy w knajpie i tańczyć na ulicy to idę, a kiedy zamiast tego mam ochotę się wtulić, oglądać filmy i przez cały dzień nie wytknąć nosa z domu, to nie mam uczucia, że coś mnie omija. Przeciwnie!

    Mam autentyczną wielką przyjemność z życia, szczególnie kiedy wylizuję miskę po robieniu ciasta. Albo tiramisu. O, tak.

    Śpię minimum 7 godzin każdej nocy i niech niebiosa mają w opiece tego, kto spróbuje zburzyć ten porządek rzeczy. :)

    I nikt mi nie wmówi, że to “nie jest slow” albo że coś jeszcze więcej muszę zrobić, żeby być szczęśliwa.

    Wygląda na to, że ilu ludzi, tyle może być pomysłów na slow life. W końcu co to za wielkie wyzwolenie, jeśli po wyjściu z jednego schematu, w którym ktoś mówi ci jak masz żyć (gromadź, konsumuj, zarabiaj i wydawaj), wpadasz w inny schemat, w którym… też ktoś ci mówi jak masz żyć!

    Jest taka zasada – żyj we WŁASNYM tempie, w zgodzie ze SOBĄ. Mnie się ona podoba, a Tobie?

    Pytanie, co to znaczy “w zgodzie ze sobą”. Bo czasem tego nie widać tak na pierwszy rzut oka. Mogłoby się wydawać, że jak pracujesz 20 godzin na dobę, to też jest w zgodzie z Tobą, bo przecież nie jest to wbrew Twojej woli, wyraziłeś na to zgodę, a nawet specjalnie się do tego wyrywasz, bo dzięki temu będziesz w końcu mógł kupić sobie większą chatę, lepszy samochód i w ogóle więcej przedmiotów.

    Albo że jak w ogóle nic nie robisz, to też jest w zgodzie ze sobą, bo zobacz, jak cudownie potrafisz obyć się bez przedmiotów (i bez życia) i w pełni Cię urządza, że nie stać cię na weekend za miastem, ani na fajne buty, ani na kijowe buty, ani na nic, bo to materializm. I – co gorsza – mogłoby się wydawać, że to właśnie ma być ta osławiona droga do slow-szczęścia: Nierobienie Nic.

    Też by mi było nudno, gdybym miała zrezygnować z Życia. Życie jest mi dane na krótko i z pewnością nie po to, żebym się powstrzymywała przed korzystaniem z niego.

    Bycie slow kojarzy mi się raczej z totalnym przeciwieństwem takiego stanu rzeczy.

    Z takim życiem, w którym nie ma miejsca na nudę czy pozory, bo każdy skrawek czasu zostaje wypełniony czymś, czego chcesz i potrzebujesz – nieważne, czy jest to akurat bezkresne lenistwo i dyndanie klapkiem zwisającym z dużego palca u nogi, czy skakanie ze spadochronem albo czołganie się po błocie w bojówkach, robienie cottonballsów DIY, gotowanie rosołu czy angażowanie się w tajniki marketingu albo tajemnej wiedzy informatycznej, prowadzenie zajęć karate, spokojna praca w biurze czy cokolwiek lubisz robić zawodowo.

    Cokolwiek by to było – jest to coś, co SAM wybrałeś i ja przez bycie slow rozumiem taki wybór, w którym jest miejsce na Twoje życiowe spełnienie i delektowanie się tym, co wokół siebie masz. Nie raz na rok w wakacje; codziennie.

    Bez ciśnięcia, bez zarzynania się i tego poczucia, że już natychmiast wszystko musi być gotowe i idealne. Nie musi. Jest tak, jak ma być.

    Z dbałością, żeby to, co robisz, było dobre i wartościowe. Nie: bo ktoś tak powiedział. Bo TY tak czujesz.

    Jeśli chcesz, żeby to było coś dziwacznego i niezwykłego – niech tak będzie. Jeśli wolisz coś zupełnie prostego i pozbawionego fajerwerków – niech tak będzie! Ważne, żeby było prawdziwe, z serca, z głębi Ciebie: tak, to jest moje, to jest właśnie to, czego chcę i co sprawia, że te sekundy mojego życia przyjemnie jest przeżywać. Nie kiedyś, tylko właśnie już. Właśnie to życie, które toczy się teraz, dzień dzisiejszy, godzina ta co masz właśnie na zegarku. Pyszny smak istnienia.

    I jeśli to jest dla Ciebie, czy kogoś, nudne – to ja nie wiem! Może mamy różne definicje nudy.

    Bo moje życie, odkąd je dostrzegłam i przestałam czekać, aż ono się zacznie – nudne być przestało :)

    Previous Pod magicznym mostem #2: Jak drzeć ryja pod oknem? Poradnik dla romantyków
    Next 11 typów ofiary - którym z nich jesteś? (Wszyscy trochę jesteśmy!)

    18 Comments

    1. October 11, 2017
      Reply

      I taki styl życia jest dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjny ;) Bycie w zgodzie ze sobą jest najważniejsze!

    2. October 11, 2017
      Reply

      Pozytywne nastawienie, docenienie chwili, odczuwanie z całych sił i pozwalanie sobie na emocje, jest niezwykle ważne. Pięknie to wszystko ujęłaś.

    3. Ewa Zagawa
      October 11, 2017
      Reply

      Zgadzam się ze wszystkim oprócz jednego – spać muszę 8 godzin, 7 mi stanowczo nie wystarcza :)

    4. October 11, 2017
      Reply

      Zgadzam się z tobą w 100%. Każdy ma swój sposób prowadzenia “slow life” i nie wyobrażam sobie, bym mógł przeleżeć cały dzień “w puchatych skarpetkach na kanapie”. Tak, zdarzają się takie dni, że chwilę sobie odsapnę, bo czasami tak trzeba, ale jednak jakbym miał tak bezczynnie siedzieć i nic nie robić, to bym chyba zwariował. Najważniejsze, to bym w zgodzie z samym sobą!

    5. Wyznaję więc taką definicję slow life jak ty – w zgodzie ze sobą przede wszystkim, ciesząc się pierdołami i pijąc zbyt drogą kawę w kawiarni na Nowym Świecie, jeśli tego właśnie chcę. Albo siedząc cały dzień w domu z kiczowatym kubkiem ze Star Warsów. Robię wszystko w zgodzie ze sobą i wypełnia mnie wtedy piękny spokój :D

      • October 13, 2017
        Reply

        Ten spokój bierze się stąd, że szukamy szczęścia w sobie a nie w zaleceniach z zewnątrz :)

    6. October 12, 2017
      Reply

      Moim zdaniem slow life nie jest nudny, tylko trzeba się przyzwyczaić do zwolnienia naszego zycia :).

    7. October 12, 2017
      Reply

      Bardzo to szanuję! Również nie widzę siebie z garderobą kapsułową, bez względu na to jak bardzo wychwalają ją wszelkie doradczynie, kołcze i inni. Za szafę na ubrania służy mi dosłownie wszystko. Bawią mnie restauracje z jedzeniem za tysiącpińćset, na które z pewnością “slołlajfa” nie stać. Przy tym staram się nie brać za dużo na swoje barki, ograniczać stres, nie przejmować się bałaganem i tym, że nie mam idealnego mieszkania. I to jest mój slow life :)
      Tylko snu nieco za mało. Ale to już wina za krótkiej doby i małego dziecka :D

    8. October 12, 2017
      Reply

      Slow life to nie jest definicja szczęścia, ale moim zdaniem poniekąd to do tego prowadzi. Według np. buddy jednym z kroków aby osiągnąć szczęście i tym samym spokój jest nauka odpuszczania i odłączania się od przedmiotów, rzeczy, ludzi, itd. Gdy nie będziemy przywiązani to będziemy potrafili odczuć spokój wewnętrzny. I nie oznacza to, że przez to powinniśmy bądź musimy posiadać mniej, jednak po pewnym czasie możemy poczuć, że wielu rzeczy już nie potrzebujemy. :)

    9. October 12, 2017
      Reply

      Ależ przyjemnie się to czyta! Fajnie jest znaleźć w życiu taką równowagę :)

    10. October 12, 2017
      Reply

      Wcale nie musi być nudny! Może być ciekawie, ale po prostu spokojniej :)

    11. October 13, 2017
      Reply

      Mnie się wydaje, że wszystkie te nowe trendy pochodzą głównie z Warszawy, a potem innych dużych, zabieganych miast, w których wiele osób pracuje w korpo; dla tych ludzi normalne życie staje się na nowo odkryciem. Ale jak się taki człowiek jak ja, z małego miasta na południu Polski zastanowi nad sobą, to stwierdza, że aby przeskoczyć na rytm “slow” wypada mu jeszcze wolniej cukier w kawie mieszać i to będzie jego slow life.
      Ja osobiście nauczyłam się jednego: każda zmiana w moim życiu musi wypływać ze środka, a nie z zewnątrz; nie staram się zmieniać rzeczy zewnętrznych żeby poczuć różnicę – zatem najpierw przyglądam się swemu życiu duchowemu czy je w ogóle mam, na jakim jest etapie. I to ono tak naprawdę wyzwala potrzeby zewnętrzne.
      Ja myślę tak: nie dajmy się zwariować. Nie każdy musi mieć puchate skarpetki ! :D (ps. też chodzę boso)

    12. October 16, 2017
      Reply

      Podpisuję się pod slow life w twoim wydaniu Dorota, bo i w moim wydaniu jest to po prostu moje życie, w moim rytmie. Ludzie lubią sobie wszystko nazywać, nadawać znaczenie, szufladkować. Tutaj analogiczne wydaje mi się zachłysnięcie “hygge” :) Wszystko musi być hygge, bo po prostu, fajne, moje, cudne, już nie wystarcza :)

    Leave a reply

    Your email address will not be published. Required fields are marked *