Czemu mężczyźni nie chcą tańczyć w parach?


Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam, by umieć tańczyć w parach. I to oczywiście nie “weselniaka”, ani tym bardziej “tańce ocierańce”, ale coś konkretnego, takiego, żeby można było razem powymiatać – najchętniej salsę lub pokrewne tańce latynoskie.

Też pewnie byś potańczyła, co? Wiesz, jak to jest fajnie? Ja już wiem :)

Ale spróbuj znaleźć faceta, który zdobędzie się na taki wyczyn. Zakład, że prędzej wybierze się zdobywać Kilimandżaro, niż na kurs salsy?

A jak nawet zaciągniesz go tymi końmi, prośbą i groźbą na jedne próbne zajęcia, to fakt, że trzeba tam chodzić regularnie co najmniej kilka miesięcy, żeby nabrać swobody, a z rok czy dwa, żeby zaczęło to naprawdę dobrze wyglądać – jest już zbyt zniechęcający, choć perspektywa spędzenia tych samych kilku lat, grając na kompie albo oglądając piłkę w TV, już nie wydaje się straszna.

Czemu mężczyźni nie chcą tańczyć w parach? Czy naprawdę tylko dlatego, że na trzech pierwszych zajęciach ma się koślawe ruchy? To jest ten powód?

To jest naprawdę dziwne, wiecie? Bo przecież – panowie! To wy prowadzicie w tańcu. Kobieta robi dokładnie to, co chcecie. Chociaż raz w życiu się słucha! Do tego robi to z wdziękiem i ochotą! Chyba warto się o to postarać :)

Na tej ogólnej męskiej niechęci do tańca w parach korzystają ci mężczyźni, którzy jednak poszli i nauczyli się tańczyć. Bo powiadam Wam – facet umiejący tańczyć od razu ma +100 do męskości, seksowności, atrakcyjności w oczach płci przeciwnej.

Jakieś takie symboliczne to jest. Sięga głębiej, niż się zdaje i nie o sam taniec tu chodzi.

Jednak, pomimo całego hype’u na (niekwestionowaną) równość płci, pomimo mody na zamianę ról, to kiedy energia płynie od mężczyzny do kobiety, kiedy ona stawia na intuicję i wrażliwość, a on nakłania do działania i pokazuje drogę, to jakoś najlepiej to wszystko idzie.

Jest jakaś pierwotna męska siła w prowadzeniu w tańcu, i kwintesencja żeńskości w byciu stroną odbierającą, zamieniającą te sygnały i zasady w piękno, dzikość, szaleństwo na parkiecie.

A jak taki facet jeszcze umie przesunąć zawias w drzwiach od lodówki z lewej na prawą, albo pójdzie rano po chleb i przyniesie dodatkowo truskawki – o matko jedyna, bierz go! ;)

Previous Przepołowiony piesek, czyli nie mazgaj się
Next Życie bez stanika. Dlaczego tak jest zdrowiej, wygodniej i fajniej?
  • stillness.pl

    Nic niezwykłego – to tylko kody kulturowe i schematy społeczne. Facet ma być twardy, poważny i męski. A taniec w naszej kulturze taki nie jest. Facet na imprezie nie tańczy (pomijając tańce godowe) on siedzi w kącie i łypie gniewnym wzrokiem dookoła znad szklanki wódki. I nawet jeśli ktoś twierdzi, że jest wolny od tego schematu – to nie, nie jest. No chyba że potrafi to udowodnić – na przykład tańcząc salsę. 😉

    A że jest w tańcu ta męska siła i stanowczość – to już inny temat. Gdzieś tam mężczyźni przez skórę czują, że tak jest. Czemu więc nie korzystają z okazji by swą męską energię pokazać? Bo się boją, że wcale tak wiele jej nie mają. Że w tańcu wyjdzie, że ta pełna pewności siebie mina to gra. A gdy zaczną tańczyć – to nie sprostają zdaniu. Ot, takie tam głupstwa. 🙂

    • Te ciągłe próby dopasowywania się do stereotypów i udowadniania czegoś otoczeniu są tak męczące i absurdalne, że głowa boli… a jednocześnie wszyscy się na to czasem łapiemy.

  • stillness.pl

    Owszem i nikt nie jest obojętny. A im bardziej kto twierdzi, że jest od tego wolny – tym bardziej nie wie, że nie jest. Chociaż już samo przyznanie, że wpadamy w pułapkę stereotypów jest dobrym początkiem by się wygrzebać. 🙂

  • To ja jestem szczęściarą, bo poznaliśmy się właśnie na kursie salsy. I do dzisiaj mój partner chętniej wyciąga mnie na salsową imprezę niż odwrotnie. :) Rozumiem, że to może zaburzać moje obserwacje socjologiczne w tym temacie ;) ale chyba nie jest tak źle. Przez iks lat chodziłam na różne kursy i, fakt, prawie zawsze był jakiś niedobór mężczyzn, ale wcale nie taki duży. Najczęściej brakowało jednego lub dwóch. I polecam Ci z całego serca wybrać się nawet bez partnera – zmiany w parach i obecność statystów sprawiają, że to żaden problem, a taniec jest super! :)

    A co do życia… tak. Jak w tańcu. I tak mi się podoba. :)

    • Aneta, ja już od ponad roku chodzę sama na różne kursy latino więc wiem, wiem :) Ostatnio nawet częściej trafia się, że jest więcej facetów niż kobiet :) Wpis powstał raczej inspirowany doświadczeniami moich koleżanek, które za nic nie mogą swoich facetów zaciągnąć na taki kurs, a same iść nie chcą, bo przecież chodzi właśnie o to żeby tańczyć właśnie z Nim, i sama po sobie widzę, że jednak jakoś łatwiej jest zacząć tańczyć będąc singlem :p A przecież to takie fajne jest. A swoją drogą gratuluję, szczęściaro :)

      • Fakt, jak już mamy partnera definitywnie nie lubiącego tańczyć, to to inna sytuacja… i pewnie trzeba się z tą cechą po prostu pogodzić i znaleźć inne atrakcje na letnie wieczory :) Ale ja na przykład bardzo lubię tańczyć w domu, na przykład w drodze do kuchni lub wycierając kurze – do tego nawet nie trzeba partnera.

        A jeszcze wracając do gatunku mężczyzn nietańczących z powodów stricte wizerunkowych (bo to niemęskie, bo koledzy zobaczą, bo cośtamcośtam)… nie wiem czy relacja z osobą, która przywiązuje taką wagę do stereotypów byłaby fajna. Oczywiście nie mam na myśli każdego, kto nie lubi tańczyć – tylko takie szczególne przypadki, które boją się ruszania w rytm muzyki, drżąc ze strachu o własne ego. Może więc czytać to jako wartościowy sygnał? :P

        • Ciekawy temat. Ja miałam do czynienia raczej z takimi mężczyznami, którzy uwielbiali ruszać się w rytm muzyki, tylko, że nie w parach i nie do muzyki salsowej – tylko na przykład elektronicznych dźwięków, więc poniekąd się temu nie dziwię, bo po prostu każdy ma swój klimat. Aczkolwiek i z takim przypadkiem o którym piszesz też, zdaje się, kiedyś się spotkałam i rzeczywiście coś jest na rzeczy z tym ego, choć taka osoba też może być bardzo otwarta i niestereotypowa. Ostatecznie każdy z nas ma jakąś tam słabość i jakieś schematy, które nas czasem wsysają :)

          • Masz rację :) Przyporządkowałam tę cechę do typowego i zamkniętego “Janusza”, ale wszyscy w jakiejś kwestii boimy się utraty jakiejś z wykreowanych twarzy. :)

  • axcdcd

    znaczy się idź na salsę – i odpierdalaj jakiś gejowski szajs, żeby zaruchać

  • Edyta

    Bardzo fajny tekst. Ładnie piszesz. Trochę serio, trochę z przymrużeniem oka. Sama od lat mam marzenie, żeby nauczyć się tańczyć w parze, ale znaleźć kogoś “w spodniach”, kto by też miał na to ochotę to jest niemałe wyzwanie.